O prawyborach w Partii Republikańskiej i o tym, co będzie tematem przewodnim amerykańskiej kampanii wyborczej rozmawialiśmy z dr Sławomirem Józefowiczem (INP UW). Zapraszamy do lektury pierwszej części wywiadu!

Rafał Więckiewicz: Panie doktorze, jesteśmy obecnie świadkami prawyborów w Partii Republikańskiej. Ich zwycięzca już w listopadzie będzie walczył z Barackiem Obamą o fotel prezydenta Stanów Zjednoczonych. W dotychczasowej walce o nominację partyjną prowadzi były gubernator Massachusetts Mitt Romney. Z danych opracowanych przez ?Washington Times? wynika, że zdobył on już 495 głosów delegatów. Drugie miejsce zajmuje były senator z Pensylwanii Rick Santorum – 252 głosy. Do uzyskania nominacji partyjnej należy zgromadzić 1144 głosy na konwencję krajową planowaną na sierpień. Wydaje się, że to pomiędzy tymi politykami rozstrzygnie się pojedynek o to, kto będzie reprezentował republikanów w walce o Biały Dom.

dr Sławomir Józefowicz: To prawda. Rzeczywiście mamy do czynienia z dwiema wiodącymi postaciami. To co się w tej chwili dzieje, czyli wyniki tzw. ?super wtorku? oraz głosowanie w dwóch południowych stanach – Alabamie i Missisipi, wskazuje jednak na rosnące szanse Ricka Santorum. Przewaga Mitta Romneya nie jest wystarczająca. Warto jednak przypomnieć, że ostatecznie kandydatem republikańskim może być zupełnie inna osoba. Nie tak dawno o możliwość ubiegania się o partyjną nominację zapytano Sarah Palin, która w jednoznaczny sposób nie wykluczyła takiej możliwości. Wcześniej z kolei spekulowano o możliwości kandydowania Jeba Busha, brata byłego prezydenta Georga W. Busha. Być może sprawdzi się powiedzenie, że gdzie dwóch się bije tam trzeci korzysta.

R.W.: Kto w takim razie Pańskim zdaniem ma największe szanse na uzyskanie nominacji Partii Republikańskiej?

S.J.: Większość obserwatorów twierdzi, że Rick Santorum jako kandydat bardziej radykalny miałby mniejsze szanse na wygraną z Barackiem Obamą. Jest politykiem bardzo polaryzującym, ma silny elektorat negatywny. Pamiętajmy o tym, że w wyborach amerykańskich decydują nie tylko przekonani republikanie i demokraci, ale także zwolennicy czy sympatycy tych partii oraz tzw. ?niezależni?. Nie wiemy jeszcze, jakie motywy przeważą. Elektorat Ricka Santorum jest konserwatywny, wyrazisty ideowo i dość stabilny. Można się jednak zastanawiać, czy nie jest to kandydat zbyt kontrowersyjny, czy wyborcy jeszcze niezdecydowani byliby skłonni go zaakceptować. Mitt Romney jest natomiast kandydatem bardziej umiarkowanym, co teoretycznie zwiększa jego szanse w konfrontacji z Barackiem Obamą, ale owo umiarkowanie może mu przeszkodzić w uzyskaniu nominacji własnej partii. Przez wielu republikanów jest on bowiem uznawany za niewystarczająco konserwatywnego.

Nie powinniśmy jednak jeszcze eliminować tej ewentualności, że pojawi ktoś trzeci, inny polityk Partii Republikańskiej, który będzie w stanie nawiązać walkę z największymi konkurentami.

R.W.: Richard Pipes, doradca byłego prezydenta Stanów Zjednoczonych Ronalda Reagana, stwierdził, o czym już pan doktor wspomniał, iż przewagą Mitta Romenya może okazać się to, że jest w stanie, w bezpośrednim pojedynku z Obamą, przyciągnąć do Partii Republikańskiej osoby niezdecydowane. To zdaniem Pipesa może przynieść zwycięstwo republikańskiemu kandydatowi. Wydaje się jednak, że przedłużające się  prawybory republikanów są na rękę urzędującemu prezydentowi. Potencjalni kontrkandydaci są teraz pochłonięci walką między sobą. Często bardzo ostrą walką?

S.J.: Jak najbardziej jest to na rękę Obamie. Prawybory w Partii Republikańskiej to walka może nie wprost wyniszczająca, ale potencjalnie osłabiająca poszczególnych kandydatów. Generalnie sytuacja w obozie republikańskim jest nie do pozazdroszczenia. Bywa, że Partia Republikańska lepiej radzi sobie w wyborach do Kongresu, czy w pojedynkach na szczeblu stanowym, gdzie trochę inaczej rozkładają się siły. W przypadku prezydentury sytuacja rzeczywiście jest trudna. To co się obecnie dzieje, ułatwia zadanie Obamie.

Nie ma w tym jednak nic wyjątkowego. Z podobną sytuacją mamy przecież do czynienia co cztery lata. Finalną walkę o prezydenturę poprzedzają prawybory, niekiedy bardzo konfrontacyjne, a cała kampania wyborcza jest długotrwała i nierzadko nader intensywna.

R.W.: Sytuacja ta jest zatem rezultatem specyfiki amerykańskich prawyborów?

S.J.: Tak. Sama instytucja prawyborów, chociaż demokratyczna, godna pochwały, ma swoje negatywne konsekwencje. Kandydaci z tego samego ugrupowania walczą przeciwko sobie krytykując się nawzajem, a niekiedy bardzo mocno się zwalczając, tak jak powinni zwalczać swojego głównego rywala – w tym przypadku Baracka Obamę. W pewnym sensie wyczerpują się w walce, zanim jeszcze dojdzie do ostatecznego starcia. Co więcej, krytykując się nawzajem dostarczają argumentów głównemu przeciwnikowi z konkurencyjnej partii. Jestem pewien, że Barack Obama i jego sztab śledzi w tej chwili bardzo uważnie republikańskie prawybory, odnotowując każdy nieprzemyślany ruch, który można wykorzystać później w bezpośredniej walce. Prezydent Obama ma więcej czasu, przygląda się tej wymianie ciosów, wyciąga wnioski, a jego sztabowcy mają możliwość przygotowania kampanii z wyprzedzeniem. W 2008 roku prawybory odbywały się w jednej i drugiej partii. Prawybory w Partii Demokratycznej były może mniej konfrontacyjne, ale Hillary Clinton z Barackiem Obamą też mocno się atakowali. Ostatecznie doszło do porozumienia, pani Clinton zaakceptowała rolę Sekretarz Stanu. Niewątpliwie wiąże się to z pewnym wysiłkiem psychicznym – trzeba zapomnieć o niedawnych urazach i ściśle współpracować z człowiekiem, o którym mówiło się wiele krytycznych rzeczy.

R.W.: Warto przypomnieć, że po ?super wtorku? Mitt Romney zaapelował do swoich konkurentów politycznych z Partii Republikańskiej, aby dla jej dobra zrezygnowali z ubiegania się o nominację. Zarówno Rick Santorum jak i Newt Gingrich odnieśli się do tego w sposób jednoznacznie negatywny. Santorum oświadczył, że to on jest reprezentantem zwykłych ludzi. Nie jest przedstawicielem góry partyjnej lecz szeregowych członków Partii i nie zamierza rezygnować z kandydowania. Gingrich stwierdził natomiast, że Romney jest politykiem zbyt umiarkowanym, mało wyrazistym a szansę na pokonanie Obamy ma tylko prawdziwy republikanin, polityk konserwatywny. Czy te kwestie mogą zaważyć na losie kandydatury byłego gubernatora Massachusetts ?

S.J.: Problemy Romneya wynikają także z innych kwestii. Istotnie, jest on uważany przez Santoruma i innych nie tylko za reprezentanta pewnej elity w gronie Partii Republikańskiej, ale również za reprezentanta wąskiej ? i w domyśle wyalienowanej – elity w społeczeństwie amerykańskim: ludzi bardzo zamożnych. W obecnej sytuacji brzmi to jak zarzut. Dodatkowo pod adresem Romneya wysuwano zarzuty, że niektóre jego dawne przedsięwzięcia biznesowe mogą budzić wątpliwości natury moralnej. Chodzi tutaj o wykupywanie przez jego firmę innych przedsiębiorstw po to, aby je zrestrukturyzować i sprzedać. Ta restrukturyzacja często polegała na niszczeniu biznesów, na zwalnianiu ludzi. Tych zarzutów było całe mnóstwo. Niektórzy zarzucają Romneyowi, że jest on reprezentantem tego jednego procenta multimilionerów w społeczeństwie amerykańskim. Dzisiaj, w dobie ruchów Occupy Wall Street, w czasach nasilonych tendencji równościowych, bycie bardzo zamożnym człowiekiem, który pragnie decydować o losach całego kraju, nie musi się wcale dobrze kojarzyć. Rick Santorum przynajmniej niektórym wyborcom może kojarzyć się lepiej – nie ma wielkich pieniędzy na kampanię, jest skromniejszym kandydatem. Przedstawia się jako człowiek o bardziej wyrazistych, zdecydowanych poglądach, a jednocześnie jako kandydat bardziej autentyczny, bliższy zwykłym Amerykanom. To może mieć pewien wpływ na rezultat prawyborów. W czasach kryzysu gospodarczego sukces materialny Romneya w jakimś sensie może działać na jego niekorzyść.

R.W.: Poruszył pan doktor bardzo ważną kwestię kryzysu gospodarczego. Nie tak dawno pojawił się w Financial Times artykuł, który w bardzo jednoznaczny sposób krytykuje kampanię prowadzoną przez republikanów. Zdaniem dziennika republikańskie prawybory zostały zdominowane przez zagadnienia marginalne dla dobrobytu amerykanów tzn. kwestie światopoglądowe, obyczajowe. Partia Republikańska nie posiada jednoznacznej wizji tego jak należy naprawić sytuację gospodarcza Stanów Zjednoczonych, co zrobić aby były one znowu innowacyjne. To kwestie gospodarcze powinny być dzisiaj tym najważniejszym nabojem wymierzonym przez republikanów w Baraka Obamę. Odnoszę wrażenie, że oni jednak o tym zapominają.

S.J.: Być może tak to powinno wyglądać. To starcie powinno dotyczyć głównie sposobów wyjścia z ekonomicznej opresji. Kryzys gospodarczy obija się na życiu zwykłych ludzi. Myślę chociażby o takiej pozornie tylko banalnej kwestii jak ceny benzyny. Zwłaszcza w Stanach to rzecz o pierwszoplanowym znaczeniu, decydująca o kosztach życia. Zatem ma Pan racje. Być może ekonomia powinna być na pierwszym miejscu i o to powinni się spierać kandydaci. Problem polega jednak na tym, że jest to kryzys bezprecedensowy, bardzo głęboki, a nie jedno z kolejnych załamań ekonomicznych. Niektórzy twierdzą nawet, że to kryzys kapitalizmu jako takiego. Nie jest łatwo znaleźć wyjście z tej sytuacji. Wybitni ekonomiści proponują odmienne, czasem sprzeczne rozwiązania. Nie do końca jest tak, że Barack Obama, jako zwolennik interwencjonizmu państwowego, chciałby po prostu, aby rząd federalny był bardziej aktywny, wydawał jeszcze więcej pieniędzy i w ten sposób stymulował gospodarkę, a republikanie zachowawczo chcieliby ograniczać wydatki federalne i dawać więcej przestrzeni przedsiębiorcom. To nie jest wcale takie proste. Nie ma złotych, jednoznacznych recept, które gwarantowałyby skuteczność. Pojawia się wiele różnych ocen, diagnoz, pomysłów. Odnoszę wrażenie, że klasa polityczna w Ameryce jest trochę zagubiona. Nawet wybitni politycy, mając do dyspozycji najlepszych ekspertów, prawdę powiedziawszy nie bardzo wiedzą jak wyjść z tego kryzysu. To jest jedna z przyczyn powrotu kwestii światopoglądowych. Wojny kulturowe wciąż są aktualne, bo w pewnym sensie łatwiej spierać się o wartości. W przypadku, powiedzmy, stosunku do praw homoseksualistów, aborcji czy legalizacji marihuany mamy do czynienia z większą jednoznacznością – jesteśmy za, albo przeciw, mamy poglądy konserwatywne, albo progresywistyczne, liberalne. W tych sprawach mamy większą klarowność podziałów ideowych i politycznych. Jeżeli natomiast chodzi o ekonomię, to większość się zgadza, że jest źle i że znalezienie skutecznego rozwiązania nie będzie łatwe. Nie ma jasności co do konkretnych działań naprawczych. Barack Obama wcale nie prowadzi socjalistycznej polityki, czego obawiali się jego oponenci. W gruncie rzeczy jest dość zachowawczym prezydentem. W kwestiach gospodarczych różnice pomiędzy republikanami a demokratami nie zawsze są jednoznaczne, nie jest to klasyczny podział na prawicę i lewicę.

* * * * *

Już wkrótce druga część wywiadu!

fot. Marcn (na licencji CC-BY-2.0)