Dzisiaj na sklepowe półki trafił najnowszy krążek „Equilibrium” kwartetu Macieja Obary. Zapraszamy do lektury wywiadu z muzykiem.

Roch Siciński: Wyjaśnijmy sobie na początek podstawowe kwestie. Powiedz, dlaczego jazz i jak to się stało, że wybrałeś akurat saksofon altowy. Nie kusiła cię gra na tenorze? Kto cię nakierował na alt?

Maciej Obara: Ja chcę brzmieć maksymalnie głęboko i tenorowo na alcie. To mi odpowiada, natomiast na pewno nie przerzucę się na tenor! To nie jest instrument dla mnie. Nie chcę grać na tenorze jak tenorzysta, nie byłbym sobą. A jak się zaczęło? Charlie Parker.  Miałem piętnaście lat. Mama przywiozła płytę z kiosku Ruchu z Wrocławia. Nazywała się „One man was called Bird”. Dała mi ją do rąk i powiedziała zwyczajnie: ?Masz synu. Słuchaj muzyki!?. No to włączyłem. Momentalnie wiedziałem, że to jest to! Wszystkie heavy metalowe gówna, których do tej pory słuchałem wyrzuciłem do śmietnika! Słuchałem Parkera, poszedłem do szkoły muzycznej, grałem klasykę. Miałem nauczyciela, który przymykał oko na to, że muzycznie na co dzień zajmuję się czymś różnym od klasyki…  Dalej to już pewnie wiesz, jak się potoczyło… Gdyby nie mama i Parker, nie byłoby nic. No i ten pierwszy raz, kiedy zobaczyłem saksofon u mojego taty, który wrócił z trasy i wiedziałem, że coś sobie ćwiczył…

R.S.: Tak, wiemy, ale chyba nie wszyscy znają historię twojego kolejnego punktu zwrotnego w karierze. Tego już po studiach w  Katowicach… Opowiesz nam o nietypowym pośredniku do ECM-u?

M.O.: Historia jest banalna. Mój serdeczny uczeń, który ma hurtownię spożywczą w Jeleniej Górze, gra na saksofonie. Swoją drogą, jest posiadaczem pięknego instrumentu ? Selmera Mark VI. Przychodziłem do niego prowadzić zajęcia, graliśmy i gadaliśmy sobie.  Wyszła wtedy moja płyta z Bielskiej Zadymki. Sytuacja sprowadzała się do tego, że ?Mam 500 egzemplarzy, które są gówno warte, nie mam dystrybucji, nikt o niej nic nie wie i zastanawiam się głośno, co mam z tym zrobić.? A on do mnie ? ?Daj mi chociaż ze dwie,  pomogę ci.? Mówię mu, że nikt mi nie może pomóc, to był przecież tak ciężki czas po studiach… Nie wierzyłem mu, bo nie wiedziałem komu chce przekazać to nagranie. Wziął płytę i poszedł. Okazało się, że jego kuzyn jest kierowcą Manfreda Eichera. Nagle Manfred wysyła do mnie maila, że będziemy w kontakcie. Trochę nie wiedziałem, co się dzieje. Później zadzwonił do mnie Stańko. Mieliśmy jakieś pierwsze wspólne nagrania, chwilę później zaprosił mnie do międzynarodowego projektu itd. Jakoś się kręciło. Mam kontakt z Eicherem do dziś, jak coś nagrywam, to przesyłam mu, żeby wiedział, co u mnie nowego.

R.S.: To znaczy, że marzysz o tej firmie, o graniu pod monachijskim labelem?

M.O.: To byłoby coś. Chciałbym dostać trochę wiatru w żagle i nie musieć dbać o pewne sprawy, za którymi teraz biegam. Label  bardzo mocno determinuje organizatorów koncertów, łatwiej jest coś zrobić. Po to jest teraz wytwórnia. Przecież nie chodzi tylko o płyty, bo – jak wiesz – ten rynek ma poważny regres od lat. Jest coraz gorzej ze sprzedażą. Dzięki na przykład takiemu ECM-owi masz po prostu większy zasięg. Nie chcę narzekać ? jest okej! Ale, tak swoją drogą, w tak dużym kraju jak Polska, z taką ilością muzyków  jazzowych, mamy tylko jedną markę ? NOT TWO z Krakowa, która ma dystrybucję i jest chętniej kupowana za granicą, niż u nas w Polsce. Nasz wpływ na międzynarodowy rynek muzyczny jest znikomy…

R.S.: W takim razie, już niedługo będziesz miał co wysłać do Monachium, bo 26 listopada premiera twojego najnowszego projektu.

M.O.: Tak. Tym razem jest to kwartet polski. Album będzie nosił nazwę ?Equilibrium?, jego premiera zaplanowana na 26 listopada podczas festiwalu Jazztopad. Muzycy, którzy mi towarzyszą, to Dominik Wania na fortepianie, Maciej Garbowski grający na  kontrabasie i Krzysztof Gradziuk za zestawem perkusyjnym.

R.S.: Equilibrium, czyli równowaga. Ta płyta jest zupełnie inna od poprzednich twoich projektów. Ty grasz zupełnie inaczej, choć momentami nie jestem pewien, czy twoi koledzy z zespołu podchwycili pomysł na materiał. Jak to się ma do tytułu krążka…?

M.O.: Doszedłem do równowagi. Zmniejszyłem środki wyrazu. To, jak się uzewnętrzniałem ekspresyjnie na poprzednich projektach, tutaj nie istnieje. Taki swoisty balans dla mnie. Wiem teraz, że, aby się wyrażać w pełni, nie trzeba się w pełni odkrywać ? trzeba myśleć. Dla słuchaczy jest to zupełnie coś innego. ?Equilibrium? będzie łatwiejsza w odbiorze.

R.S.: Dlaczego dołożyłeś do składu instrument harmoniczny? Zawsze unikałeś fortepianu.

M.O.: Cały problem polega na tym, że jak zaczynałem grać w trio, poznawałem rożnych dobrych pianistów, ale muzycznie i  filozoficznie nie układało się to w jedną całość, jeśli chodzi o podejście do muzyki w ogóle. Dopiero na jednym z koncertów ze Stańką poznałem Dominika. Zorientowałem się, że gra tu taki gość, który jest bardzo oddany muzyce i jest mi w pewien sposób bliski. To jest bardzo silna osobowość… Na co dzień w pierwszej relacji jest skryty, ale uważam, że jest ekstrawertykiem w muzyce. Strasznie dużo z siebie daje, kiedy gra i to było tak bardzo wyczuwalne! Pomyślałem ? warto spróbować z nim coś zrobić! Nie miałem już ochoty grać w trio. Stwierdziłem, że jak wezmę tego pianistę do składu, to musi się coś zmienić! Chłopakom z mojego zespołu pomoże zacząć grać lepiej, a mnie pomoże zmienić muzykę i nagrać coś innego. Chciałem po prostu pograć z instrumentem, który całkowicie zmienia barwę zespołu i determinuje inny kierunek niż to, co do tej pory robiłem. Dzięki temu muzyka stała się bardziej liryczna, bardziej  melodyjna, pojawił się kontekst harmoniczny…

R.S.: Wania gra trochę w stylu, z jakim możemy kojarzyć twoją postać do tej pory. Ty natomiast grasz oszczędniej, zachowawczo. Kiedy już korzystasz z wyższych rejestrów, to robisz to niemal piano, nigdzie się nie spieszysz, a improwizacji nie kończysz wybuchem emocji. To ten sam, a jednak inny Obara.

M.O.: Tak, chodzi ci o ten rodzaj ekspresji, który zawsze miał miejsce, kiedy nagrywałem w trio. To wszystko było ukierunkowane na to, aby  grać mocno i bardzo przed siebie. W momencie, kiedy pojawił się fortepian, wyluzowałem się, a gra stała się mocno sonorystyczna. Podejrzewam, że to jest moment, kiedy bardziej dojrzałem. Mam teraz równoległy skład w trio z Michałem Trelą i Markiem  Kądzielą. Skład ofensywny, złożony z mocnych osobowości i można tu grać rzeczywiście ostro, a mimo wszystko dalej kładę nacisk na sonorystykę! Cieszę się z tego, że poszedłem w inną stronę. Uważam, że czasem zagranie pięciu nut ma większą wartość, niż granie ?ile się da?, z pogięciem saksofonu na wszystkie strony włącznie. Ale zawsze będę to kochał. To też część mojej osoby, bardzo mi bliska i naturalna.

R.S.: Na ?Equilibrium? wszystkie numery wyszły spod twojego pióra. Jeżeli skupić się tylko na temacie kompozycji ?Domino?, to  słyszymy Namysłowskiego, ?Cheshire Cat? ma kolory trochę komedowskie itd. Wiemy, że skończyłeś Akademię Muzyczną w  Katowicach, tam jest dużo tradycji ? przede wszystkim amerykańskiej ? ale jak ty się odnosisz do tej nadwiślanej tradycji muzyki jazzowej? Może to zaskoczenie, ale ja na tym nowym albumie słyszę takie wpływy. Nie tak dawno twoim gościem na scenie w Jeleniej Górze był Zbyszek Namysłowski. Jak wam się współpracowało?

M.O.: Cieszę się, że to słychać! Nie słucham dużo muzyki, w tym także polskich mistrzów, staram się tego unikać. Najbardziej obecnie omijana przeze mnie grupa muzyków to alciści. Zauważyłem, że to jest dla mnie zgubne, ale jeśli chodzi o Namysłowskiego, to bardzo go cenię. Pierwsze nagrania polskiego jazzu, jakie miałem, to właśnie jego płyty. Jest to bardzo oryginalna muzyka. W ramach projektu w Filharmonii w Jeleniej Górze udało nam się zagrać razem i uważam, że to była świetna lekcja dla mnie i muzyków z sekcji. Zaproponował nam cztery utwory, to i ja cztery… wielka frajda, warto doceniać takich gości. On ciągle jest kreatywny i dużo ćwiczy oraz komponuje. Namysłowski pisze tak specyficznie, że nikt nie może być na luzie. Jeśli czegoś nie znasz ? bo masz jedną próbę i wychodzisz na scenę ? to tam nie ma spokoju. Patrząc ogólnie, nie analizując jakoś dogłębnie ? jest to dość prosty materiał, ale w trakcie grania okazuje się, że to tylko pozory! Dla Zbyszka to jest muzyka naturalna, on tak gra i tak komponuje, bo tak też słyszy. Dla nas to była lekcja tego, jak być uniwersalnym i odnaleźć się w czyimś materiale. To było fajne spotkanie i duże dla mnie wyróżnienie, że zgodził się zagrać. To jest świetny człowiek ? mieliśmy dobry czas. Kto będzie miał okazję z nim zagrać ? jego szczęście. Gorąco polecam!

R.S.: Mówisz, że słuchanie muzyki jest dla ciebie zgubne. Rozwiniesz?

M.O.: Stwierdziłem, że muszę zrobić wszystko, żeby znaleźć swój głos. Co jest kurewsko trudne, bo saksofonistów jest tylu na świecie… Sytuacja jest taka, że często zaczynam unikać muzyki i lepiej się z tym czuję. Tu nie chodzi o pomysł na to, jaka ma być muzyka, albo jak ma być inna. Nie ma już innej muzyki. Często słuchając różnej muzy mam wrażenie, że niewiele cię zaskakuje, tyle tego jest na świecie. Jest coś fajnego, co cię przez moment uderzy. Zaczynasz słuchać, ale czy naprawdę włączałbyś tę płytę bez  przerwy? Nie! Poświęcisz jej dwa, trzy razy i bierzesz następną. Raczej nie wracasz już do tamtego zespołu. Także znalezienie własnego soundu jest koszmarem. Toteż unikam słuchania alcistów. Jedyny alcista, którego słucham to Dolphy.

R.S.: Wracając do twoich kompozycji – ty nie zajmujesz w nich najwięcej miejsca, to jedna z pierwszych myśli, jakie nasuwają się po wysłuchaniu nowego albumu. Nie zwracasz chyba na to uwagi grając? Kompozycja podąża własnym życiem, a ty nie starałeś się na nią wpływać, ujarzmić, wypowiedzieć się w pełni. Czemu?

M.O.: Bo mi się nie chciało tam grać. Taką właśnie chciałem płytę. Powiedzieć tyle, ile trzeba ? nie więcej. Nie jestem ostatnio w ogóle napięty. Wydaje mi się, że w momencie, kiedy zaczynasz myśleć bardzo o muzyce, a nie o sobie ? to grasz mniej. Ci, którzy grają za dużo, nie myślą o muzyce. Musiałem zresztą coś zmienić. Ciągle się nad takimi sprawami myśli. Gorzej, jak masz wewnętrzne  przeświadczenie, że jest dobrze. Wtedy to jest właśnie koniec drogi… w tej dziedzinie to jest koniec drogi! Nie możesz sobie rano wkręcić przed lustrem, że jesteś cool ? bo zginiesz.

R.S.: Zmieniasz nie tylko muzykę, ale ciągle żonglujesz instrumentami. Który to już saksofon z kolei?

M.O.: Czternasty.

R.S.: I tym razem zostanie na dłużej? Ostatnio też byłeś zachwycony, a wiele nie czekałeś na zmianę.

M.O.: Chyba zrozumiałem, gdzie jest jakaś istota brzmienia. Ta szlachetność jest bardzo ciężko wyczuwalna na początku drogi i cieszę się, że teraz to zrozumiałem. Rzeczywiście, zajęło mi to sporo czasu, zmieniałem wiele instrumentów. Teraz mam to, co odpowiada mi i brzmieniowo i kolorystycznie, tak naprawdę właśnie tego oczekiwałem, zmieniając te instrumenty. Ten saksofon ma potężne  możliwości i reszta zależy już tylko ode mnie. Natomiast dotychczas, próbując wykreować coś, zawsze napotykałem opór materii, przeszkadzało mi to, z czego instrumenty są zrobione, w jakiś sposób narzucone i określone brzmieniowo czy intonacyjnie. Nie dawały  możliwości zrobienia czegoś dalej. Była jakaś blokada w procesie poznawania instrumentu, gdzie nie mogłem iść dalej, a teraz mam taki instrument, który jest bardzo uniwersalny i daje mi dużo radości. Przez niego zmieniłem swoje granie, inaczej myślę o muzyce.

R.S.: Lata 50.?

M.O.: Tak, 1956 rok. Jest w wyjątkowo dobrym stanie. Moje saksofony zmieniały się w pewnym momencie w takim tempie, że często nie miałem czasu opanować danego instrumentu, a już uderzało mnie coś, co powodowało, że rezygnowałem i kupowałem następny. W tej chwili nie ma takiej sytuacji. On musi być na dłuższy czas! Do tego zrezygnowałem z metalowego ustnika i gram na ebonicie.

R.S.: Z tego co mówisz wnioskuję, że to są zmiany, które zaszły całkiem niedawno. Co słyszymy na płycie w takim razie?

M.O.: Już wcześniej grałem na ustniku ebonitowym, ale jeszcze nie miałem tego instrumentu. Ebonit, który mam, jest tak specyficzny, że daje moc metalowego i ciepło, jakiego metal nie był mi w stanie zaproponować. To jest zupełnie inna okrągłość. Łatwiej mi się  kreuje brzmienie. Znalazłem taki trochę złoty środek.

R.S.: Poza kwartetem polskim szczególnie interesuje mnie jeden projekt, w którym uczestniczysz. Miałem przyjemność usłyszeć, co ma do zaoferowanie Piotr Damasiewicz ze swoim bandem, do którego należysz. Opowiedz nam o tej formacji…

M.O.: Ten projekt ma dłuższą genezę, zaczęliśmy grać dwa albo trzy lata temu z Gerardem Lebikiem na tenorze ? polecam serdecznie  wszystkim tego tenorzystę, jest świetny ? i Wojtkiem Romanowskim na bębnach. To jest głównie środowisko wrocławskie, jeszcze Maciej Garbowski na basie. Projekt był super, bo trzy lata temu został zaprojektowany specjalnie dla festiwalu Jazztopad. Zagraliśmy tam premierę, niestety nie doszło do nagrania. Udało się później zdobyć grant – jeden, drugi i… dokonaliśmy nagrania w Alvernia Studios pod Krakowem, a mastering był u Boba Katza(!) w Los Angeles. Można powiedzieć, że jest to jeden z najbardziej  progresywnych projektów na naszym rynku. Kwintet jazzowy plus orkiestra, która jest bardzo nieklasycyzująca. Dziwne jest to brzmienie. Może to wielu osobom nie przypaść do gustu, ale jeśli chodzi o muzykę, to brzmi to współcześnie. Nie w jakichś  klasycznych kanonach, ani też tak, jak się aranżuje muzykę jazzową ze smykami. Muzycy są oryginalni. Każdy z nich jest  ukierunkowany w jakiś sposób, natomiast to było niesamowite spotkanie. Nagranie jest mocne, silne, odważne, eksperymentalne, energetyczne. Mnie się wydaje, że jest to jeden z najważniejszych projektów jaki nagrywałem w ostatnim czasie! To duże wydarzenie, na skalę polską jedno z największych. Nagranie było bardzo drogie i moim zdaniem powinno być honorowane i wspierane we właściwy sposób, choćby taki, aby to pokazać. To jest muzyka nowoczesna.

R.S.: Takiego czegoś w naszym kraju jeszcze nie było. Dlaczego uważasz, że ten projekt jest taki wyjątkowy?

M.O.: Rzecz się chyba rozchodzi o to, że to są osobowości. Osobowości tak trudne, że zebranie ich do kupy i zrobienie tego projektu wymagało od lidera dużo nerwów i zdrowia psychicznego, bo czas był trudny. Strasznie chciałbym, aby to przynajmniej w jakiejś dużej sali wybrzmiało. Czemu? Bo nikt w Polsce nie gra takiej muzyki! U nas jest taki kanon, że jak się aranżuje muzykę jazzową na smyczki, to prawie zawsze wychodzi coś podobnego do kawy ze śmietanką i po prostu eklerek… a tam wyszła sztuka. Nie wiem, ile z tego się da przemycić na rynek, muzyka jest trudna, ale godna uwagi.

R.S.: Dużo grasz poza Polską, gdzie cię można usłyszeć, zobaczyć?

M.O.: 5 grudnia gram w najlepszym klubie w Londynie ? w Vortexie, gram tam koncert live dla BBC. Dostałem zaproszenie do Deconstruction Project… Dzień później gram w Brukseli. Później jadę do Budapesztu. Potem wracam na Take Five Europe do Wielkiej Brytanii na około tydzień. Gram też w moim nowym trio ? gitara i bębny. Tyle, że to jest rzecz, którą dopiero zaczynam. Pokładam w tym duże nadzieje, chcę to intensywnie kontynuować, ale teraz najważniejsze jest to, co wydałem….

* * *

fot. Piotr Dłubak

Wywiad ukazał się również w miesięczniku „JazzPRESS”.