O najnowszej płycie „Solistice”, inspiracjach i muzycznych planach rozmawialiśmy z Danielem Popiałkiewiczem. Zapraszamy do lektury wywiadu.

Roch Siciński: Na rynku ukazała się najnowsza płyta twojego kwartetu opatrzona tytułem „Solistice”.
Daniel Popiałkiewicz: Tak, umowna premiera miała miejsce 8-ego października. Skład jest taki jak na debiutanckiej „The Hope For Tomorrow”, plus jeden nowy zawodnik w drużynie. Krzysztof Gradziuk bębny, Maciej Garbowski kontrabas to moi bliscy koledzy, nie tylko muzycznie, ale także w życiu codziennym. Bardzo podzielam ich spojrzenie na muzykę i wrażliwość, stąd wciąż gramy razem i czujemy się świetnie na scenie. Dołączył do nas pianista Paweł ?Herbie? Tomaszewski. Jest to człowiek z którym znamy się jeszcze z Akademii Muzycznej w Katowicach. Pamiętam, że na uczelni uchodził za muzyka który potrafił zagrać wszystko! Stąd też wiedziałem, że mogę sobie pozwolić na coś ciekawego pisząc muzykę do „Solistice”.

R.S.: Tytuł. Mowa o zimie, czy lecie? Łączy się z jakimiś muzycznymi zmianami, czy może słabym filmem sprzed około trzech lat? A może jest przypadkowy?
D.P.: (śmiech…) no tutaj akurat nie trafiłeś. „Solistice” oznacza przesilenie i jest to powiązane z wydarzeniami, które były obecne w moim życiu przez ostatnich parę miesięcy Są one dosyć osobiste i myślę, że nie będziemy ich tutaj opisywać.

R.S.: Dlaczego rozszerzyłeś skład i jak wykorzystałeś tę zmianę pisząc muzykę na „Solistice”, która jest przecież bardzo mocno poaranżowana, zaplanowana… odmienna niż debiut? Powiedz czym różnią się te dwa albumy?
D.P.: Jest to płyta mniej jazzowa, biorąc pod uwagę wszelkie składniki, które na jazz się składają, czyli swing, improwizacje itd., ale także dobór instrumentów. No nie ukrywajmy, przecież fortepian do jazzu wszedł dosyć późno, gitara to już w ogóle ? zwłaszcza przesterowana. Przesterowanej gitary jest więcej na tej płycie niż na poprzedniej. Poza tym ten album odchodzi od kanonu takich ośmiotaktowych tematów, na bazie których gra się improwizację. Na „Solistice” piano ani razu nie gra improwizacji na tych funtach, na których wcześniej grała gitara, czy odwrotnie. Mało tego, chyba tylko raz jest tak, że na harmonii tematu grana jest solówka. Poza tym harmonia zawsze jest układana, pod dynamikę konkretnego sola. Zresztą ta harmonia jest inna u Herbiego i inna u mnie, gramy różnie.

R.S.: Pisałeś harmonie na improwizacje z myślą o cechach twoich kolegów z zespołu?
D.P.: Tak

R.S.: Czyli ten projekt autorski jest bardziej autorski niż myślałem. Można powiedzieć: zdeterminowany w całości przez ciebie…
D.P.: No tak. Wiem, że Herbie jest świetny w graniu na siedem, ja się lepiej czuje w metrach parzystych, podobnie z progresją itd. Wobec tego chciałem wyeksponować nasze mocne punkty. Koledzy z zespołu nie zostali poinformowani, że jest to napisane specjalnie pod nich. O ile byli szczerzy w rozmowach ze mną, to każdemu z nich muzyka się bardzo podobała, a materiał pasował jak należy.

R.S.: Wracając jednak do różnic – kompozycje na nowym krążku nie są banalne, aranżacja jest mocno określona. Skąd u ciebie taka zmiana podejścia do budowy formy?
D.P.: Przez kilka tygodni chodziłem na ? nazwijmy to umownie ? ?naukę kompozycji?, zajęcia te prowadził Aleksander Kościów, który uczy kompozycji na Uniwersytecie Muzycznym w Warszawie. Wprawdzie te spotkania miały charakter luźnej rozmowy na temat szeroko pojętej sztuki, ale i kompozycji również. Wpłynęły na to jak teraz postrzegam kompozycję i samą muzykę jazzową. Często nie zdajemy sobie sprawy z rzeczy, o których doskonale wiemy, dlatego że się nad tym nigdy nie zastanawialiśmy. Teraz już zdaje sobie sprawę z takiego na przykład banału, że muzyka jest sztuką przebiegająca w czasie. Dopiero teraz to do mnie przemawia. Pisząc utwory dobrze mieć tę myśl gdzieś z tyłu głowy. Muzyka jest specyficznie odbierana. Inaczej niż obraz, na który możemy patrzeć i kontemplować jego piękno  bądź brzydotę. Inaczej też niż książka, którą można przerwać w każdym momencie. Mamy więc większy wpływ na to jak te formy przyswajamy. W muzyce już nie. Startujemy ją i ona się rządzi własnymi prawami! Musi być tak zbudowana, żeby ? nazwijmy je tak ? prawidła dynamiki jak najlepiej wykorzystać. Na przykład to, że człowiek się czegoś spodziewa. Trzeba tak komponować, by słuchało się tej muzyki tak, jak ogląda się film. Oczywiście może to być coś jest klarowny podział na dobro i zło.  Natomiast są filmy bardziej ambitne, gdzie jest już jakiś drugi, trzeci plan. Dobro i zło nie jest już takie sprecyzowane itd. W muzyce jest chyba tak samo. Abstrahując od improwizacji, chciałbym wyjść ponad to. Fajnie, że sobie gramy, mamy jakieś umiejętności, ale czemu nie pokazać ich na bazie jakiejś konkretnej, ułożonej, przemyślanej kompozycji. Myślę, że wtedy ma to większy oddźwięk.  Chyba dlatego nie lubię grać na jam session… Ta właśnie świadomość jest słyszalna także na albumie. W przeciwieństwie do debiutanckiego „The Hope For Tomorrow”. Tam mieliśmy tematy po osiem taktów, improwizowaliśmy do woli, jeszcze najlepiej po kolei…

R.S.: Słyszałem, że podczas sesji natrafiliście na kilka technicznych problemów?
D.P.: Można tak powiedzieć. Nagrywaliśmy u Jasia Smoczyńskiego, w Tokarni. Pierwszy problem techniczny swoje źródło miał w obszerności kompozycji, także w zapisie. Kwity nie mieściły się na jednej kartce, jak to było podczas nagrywania poprzedniej płyty. Tym razem były utwory które miały po 9 stron… Pulpity ustawione były po dwa albo i trzy obok siebie, a mimo wszystko był problem ? nuty spadały. Teoretycznie mogliśmy to przewidzieć, ale cóż… Problem był z fortepianem, bo tam pulpitu nie dołożysz! Herbie musiał sobie jakoś radzić. Przekładał jedną ręką, a drugą grał, także w niektórych momentach słychać, że harmonia znika (śmiech…) Wiesz, to jest śmieszne jak się opowiada. W studiu było dość nerwowo. To miały być trzy dni pod rząd. Po pierwszym dniu okazało się, że nie jesteśmy przygotowani. To był ten drugi problem. Trzeba było przenieść nagranie. Zdecydowaliśmy się rozjechać w swoje strony i poćwiczyć. Później dogadaliśmy nowy termin. To były dwa dni, ale jeśli dobrze pamiętam to część pierwszego  podejścia, na które przyjechaliśmy niezgrani została na krążku.

R.S.: Wiem, że wozisz ze sobą strasznie dużo sprzętu, a ja chciałbym cię spytać o to, czy pamiętasz jaki był twój pierwszy instrument, pierwsza gitara? Pamiętasz dlaczego zostałeś muzykiem?
D.P.: To jest kwestia powołania. Coś wewnątrz mnie bardziej decyduje niż ja bym chciał, bo wolałbym zarabiać pieniądze i żyć na normalnym poziomie! Co będąc muzykiem jazzowym jest często cholernie trudne. Pierwszy instrument to był fortepian ? osiem lat podstawówki na tym instrumencie. Pierwsza gitara to coś takiego jak tutaj u Was stoi (Muzyk łapie gitarę w studiu RadioJAZZ.FM, która ?robi? w redakcji za element umeblowania ? lata 60-te). Klasyczna gitara bardzo stara po mojej mamie. Potem rodzice kupili mi jakąś akustyczną, a wtedy już przyszedł czas na elektryczne wiosło to jakaś Yamaha, już nie pamiętam jaka… Joe Pass powiedział kiedyś, że technika w grze na gitarze powinna iść zawsze krok za tym co jest w głowie, a ja dodam do tego od siebie, że sprzęt powinien iść kolejny krok za tym wszystkim. Chyba najbardziej cieszę się obecnie ze szlifowanych strun Thomastik, o które zabiegałem. One brzmią dość jazzowo, natomiast kiedy odpali się przester to też ten przester brzmi inaczej niż na zwykłych nieoszlifowanych  strunach. Jest bardziej szlachetny, cieplejszy ale nadal z pazurem.

R.S.: Jak definiujesz swoją muzykę, czego ty poszukujesz w muzyce? Nie identyfikujesz się z fusion, prawda?
D.P.: Dla mnie fusion ma zawsze mocno sprecyzowany rytm i time. Niby kluczowa rzecz w jazzie. Ja nie jestem time?owcem,  zdecydowanie bardziej melodykiem i harmonikiem. Chciałbym, żeby w mojej muzyce było coś poruszającego, a fusion mnie nie porusza. Porusza na takiej zasadzie jak słoń w cyrku, kiedy wejdzie na mały stołek i wtedy ja robię ?wow!?, ale to nie o takie uczucia w muzyce mi chodzi. Ja oczekuje od muzyki rzemiosła, talentu, czegoś bardziej ulotnego, jakiegoś ducha i autentyczności. Jeśli chodzi o swoją muzykę, to naprawdę ciężko mi zdefiniować.

R.S.: Płytowy debiut w 2010 roku, w bieżącym roku płyta bardziej dojrzała, dość mocno przemyślana. To znaczy, że masz ambicję wydawać co roku przez pierwszych parę lat? Będziemy mieli do czynienia z dalszym zwarciem formy, pełniejszym aranżowaniem całej struktury, czy może pójdziesz w drugą stronę i uwolnisz swoje emocje kierując się czasem ku bardziej wyzwolonym  odgałęzieniom jazzu?
D.P.: Wydaje mi się, że bardziej do mnie przemawia propozycja o zwarciu formy. Z jednej strony nie chcę tak platońsko podchodzić do sztuki ? siedzieć i czekać na natchnienie. To tak nie jest. W wypadku „Solistice” w pewnym momencie po prostu usiadłem i zacząłem wymyślać, kreślić. I jakoś się to potoczyło. Z drugiej strony nie chcę też podchodzić do tego tak, że muzyk musi wydawać płytę co roku, żeby utrzymać się na rynku, czy żeby coraz bardziej znane było jego nazwisko, bo to odbywa się ze szkodą dla sztuki.  Oczywiście nie zawsze, ale jeśli tą myślą muzyk głownie się kieruje, to na pewno. Raczej poczekam na to co się wydarzy w mojej muzycznej duszy i na bazie tego będę się starał coś wymyślić.

Wywiad ukazał się pierwotnie w miesięczniku JazzPRESS.