Polityka jest mi szczególnie bliska. Dlatego z ogromnym zainteresowaniem obserwuję to, co dzieje się na naszym rodzimym podwórku, szczególnie jeśli pojawia się nowa, choć dobrze już Polakom znana twarz. Szymon Hołownia, jedyny niezależny kandydat na prezydenta, postanowił pokazać jeszcze jedną – ludzką twarz polityka.

Urszula Gruszka: Start Szymona Hołowni w wyborach prezydenckich był dla wielu osób dużym zaskoczeniemm. Co spowodowało, że zdecydował się Pan kandydować na urząd Prezydenta? Czy była to decyzja pod wpływem impulsu, czy tkwiła w Panu od dłuższego czasu?

Szymon Hołownia: To był cały proces, na który złożyło się wiele lat obserwacji, ale też kilka ważnych impulsów. Dobrze pamiętam, co działo się w Gdańsku w styczniu 2019 roku, kiedy we mnie, ale też w tysiącach Polek i Polaków, coś pękło. Gdy widzieliśmy, jak na scenie największej, najwspanialszej fabryki dobra w tym kraju Polak zabija Polaka. To coś, co wtedy pękło, zaczęło we mnie pękać we mnie wcześniej, bo widziałem to przecież w Polsce, w moim ukochanym kraju, już po Smoleńsku, po tym, co z nami zaczęło się dziać po tej strasznej katastrofie.

W budowanym przez 30 lat wieżowcu dobrobytu ktoś wewnątrz nieustannie wyburzał konstrukcję, wyburzał kręgosłup – to, na czym ten budynek powinien stać i bez czego stać nie będzie. Ktoś niszczył wspólnotę. Kluczowych dla demokracji i wolności obywatelskich kwestii nie da się zmienić obserwując politykę z zewnątrz. Trzeba to zrobić od środka. Dlatego zdecydowałem się porzucić wygodną kanapę recenzenta rzeczywistości. Już dłużej nie mogłem być tylko obserwatorem. 20 lat patrzyłem na to biernie i słowo daję, nie mogę już więcej. Dlatego zostawiłem telewizję, aby zmieniać Polskę, bo nasi politycy zamiast to robić, lansują się teraz na gwiazdy telewizji, a polityka to nie teatr, to nie cyrk. Czy tego chcemy, czy nie chcemy – polityka to nasze życie.

Dlatego zdecydowałem się porzucić wygodną kanapę recenzenta rzeczywistości. Już dłużej nie mogłem być tylko obserwatorem.

Z jaką grupa społeczną najbardziej się Pan utożsamia?

Nie ma jednej takiej grupy. Ja chcę być prezydentem różnych Polaków. Jesteśmy bowiem różni i tacy różni musimy się nauczyć ze sobą żyć. Podziały są i będą. Ale my musimy najpierw szukać tego co nas łączy, a z tym, co nas dzieli musimy od nowa nauczyć się sobie radzić. Nie: moje poglądy, moja partia, moja grupa interesów. Czas na prezydenta, który zastanowi się nad tym, jaki świat zostawimy po sobie naszym dzieciom i wnukom.

Porozmawiajmy o 3 najważniejszych punktach w Pana programie wyborczym.

Po pierwsze, dość partyjniactwa. Polityczne ugrupowania są oczywiście potrzebne, ale muszą wrócić do swojej właściwej roli. Po drugie, kościół i władza na swoje miejsca. To oznacza, że kościół i władza powinny rozejść się, bo zeszły się za blisko. W imię tego, w mojej ocenie niezbędnego dla dobra wszystkich stron, rozdziału, ograniczę publiczną aktywność religijną prezydenta. Świeckie instytucje są dla Polaków różnych wyznań, a także tych niewierzących. I po trzecie: pokolenie, nie kadencja. Prezydent powinien myśleć nie o tym, jak zachować swój stołek na następne kilka lat, ale o przyszłości naszych dzieci i wnuków. Dlatego tak ważne jest dla mnie słuchanie ludzi i skupianie się na lokalnych inicjatywach.

Od kilkunastu lat jest Pan związany z mediami. Jako dziennikarz, prezenter,  pisarz. Czy Pana zdaniem, obecne media powinny przejść jakąś reformację?

Polskie media potrzebują dziś ogromnej zmiany. Media publiczne są sprywatyzowane przez partie polityczne. Ten proces nie zaczął się wraz z przejęciem władzy przez PiS, ale trwa w najlepsze od trzydziestu lat i zdaje się nie mieć końca. Jestem zdecydowanie przeciwny pomysłom dotyczącym prywatyzacji mediów publicznych, choć w tak samo zdecydowany sposób protestuję przeciwko temu, jak media publiczne funkcjonują dzisiaj. To jest chory organizm, który trzeba wyleczyć za pomocą zdecydowanych działań, a nie poprzez wykonywanie na nim litościwej eutanazji, bo właśnie tym byłoby przeprowadzenie jakiejkolwiek prywatyzacji TVP i Polskiego Radia. Należy także zlikwidować archaiczny abonament RTV i finansować media publiczne na przykład z części wpływów z podatku PIT. ​Prawdziwą misją mediów publicznych powinno być budowanie wspólnoty poprzez umożliwienie dostępu do nich różnym grupom społecznym, różnym środowiskom. Media publiczne powinny też pełnić rolę kulturotwórczą, aspiracyjną oraz mentorką, dając Polakom możliwość podnoszenia, a nie stałego obniżania poziomu.

Dużo mówi się obecnie o hejcie i przemocy online. Jakie mógłby Pan zaproponować zmiany, aby przeciwdziałać takiej formie przemocy?

Żyjąc wciąż w przeświadczeniu, że najgorsze, co może nas spotkać, to sterowany z zewnątrz zamach terrorystyczny, tracimy z oczu pełzający wewnętrzny terroryzm, jakim jest rozwijająca się, zwłaszcza w Internecie, fala hejtu, skutkująca lawinowo rosnącą w Polsce liczbą przestępstw z nienawiści. Dziś bardzo potrzebujemy zmiany na rzecz bezpieczeństwa i kultury w sieci, żebyśmy nie żyli przeciwko innym, żeby demokracja nie była walką na hejt i wykluczenie. Jak prezydent będę wspierał działania antyprzemocowe, także wszelkie działania wymierzone w walkę z przemocą i dyskryminacją w sieci. Wierzę, że zmiany w tej kwestii możemy wprowadzić nie tylko w sieci, ale też w naszej codzienności, a przede wszystkim w naszej polityce. Dobra polityka jest możliwa. Taka, w której jest mniej hejtu i arogancji. A dziś Polaków i w sieci, i w realu to właśnie polityka dzieli najbardziej – stała się ona orężem w walce pełnej nienawiści po obu stronach barykady.

Czy doskonała znajomość mediów pomaga Panu w prowadzenia kampanii wyborczej?

Oczywiście pomaga, ale jak Państwo wiedzą nie tylko media publiczne w Polsce są zakładnikami w partyjnej grze. Taka sytuacja na rynku medialnym pogłębia tylko frustrację obywateli, którzy znajdują się między młotem a kowadłem. Dlatego bardzo mi zależy, aby w tych wyborach wygrała po prostu prawda obywateli, którzy mówią: cieszę się, że znowu coś ode mnie zależy, że Rzeczpospolita czegoś ode mnie chce. Oni też mają dosyć tego, że ogarnął nas bezwstydny partyjny biznes robiony za nasze pieniądze.

Obecnie jest dosyć wyjątkowy czas, ale jak na co dzień wygląda Pana rutyna? Od czego zaczyna i kończy Pan dzień?

Od bardzo wczesnych etapów kampanii po zapoznaniu się ze stanem świata, wiadomościami z różnych dziedzin, codziennie zaczynam dzień od liva na moim Facebooku, w którym opowiadam widzom o moim planie dnia, ważnych wydarzeniach, komentuję bieżące sprawy, odpowiadam na pytania i komentarze internautów, którzy codziennie spędzają ze mną poranek. Te poranne livy tak mocno weszły już w strukturę mojego dnia, że wątpię, abym miał się z nimi całkiem rozstawać po zakończeniu kampanii. Chciałbym dalej utrzymywać tą więź z obywatelami. I bardzo często jest tak, że mój dzień też kończy się na livie – czasem planowanym, czasem zupełnie niespodziewanym. Te spotkania na livie to też obopólne dawanie sobie energii. Traktuję je bardzo poważnie, bo chcę powiedzieć Wam wiele o tym, jakiej Polski chcemy. Chcę, żebyście mogli zadać mi pytanie, uzyskać bezpośrednią odpowiedź i dzięki temu mogli uczciwie wybierać.

Jaka wartość jest w Pana życiu najważniejsza?

Wolność. I z każdym dniem bliżej wyborów odczuwam to coraz bardziej. Ja nie chcę od państwa i od pana Dudy czy od jakiejkolwiek innej partii politycznej bombonierki pełnej bonów przed wyborczych, które dziś są po to, aby jutro można było mi drugą ręką odebrać coś znacznie ważniejszego. Ja potrzebuję państwa, w którym my, obywatele, będziemy mieć głos, będziemy mogli zgodnie ze swoim najlepszym przekonaniem wybierać i gdzie nasze prawa będą respektowane. Nie chcę Polski Pisu, nie chce Polski Platformy, chcę Polski różnych Polaków wolnej od partyjnej wojny.