Od kilku dni coraz bardziej słychać głosy prominentnych polityków europejskich, że należy zbojkotować turniej Euro 2012, a przynajmniej jego ukraińską część z finałem włącznie. To kolejny dowód na to, że humanitaryzm jest dzisiaj częścią międzynarodowej rozgrywki politycznej.

Bojkot jest związany z traktowaniem na Ukrainie byłej premier Julii Tymoszenko. Rezygnację z udziału w meczach zapowiedział już szef Komisji Europejskiej Jose Manuel Barroso, w Niemczech i we Włoszech głośno mówi się o pomyśle przeniesienia całego turnieju do Polski, mimo że przedstawiciel UEFA wykluczył taką możliwość. Wspominał jednak o ewentualności przeniesienia Euro na inny rok. Wszystko w imię walki o prawa człowieka. Czy na pewno?

Przypadek Ukrainy jest dla możnych bardzo wygodny. Pozwala na publiczne wyrażenie swojej ?troski o humanitarne traktowanie więźniów sumienia? bez strachu o konsekwencje gospodarcze i polityczne. Nie twierdzę, że idea bojkotu jest zła, chodzi mi jedynie o zwrócenie uwagi na hipokryzję światowego establishmentu. Warto przypomnieć sobie chociażby rok 2008 i igrzyska w Pekinie. Wiele organizacji pozarządowych nawoływało do protestów przeciw organizowaniu IO w kraju w którym notorycznie łamane są prawa człowieka, ale niewielu prominentnych polityków odważyło się na głośny sprzeciw. Nikt nie chciał ryzykować zerwania przyjaznych stosunków z Chinami. Pozycja państwa środka stawia je w uprzywilejowanej pozycji. Skala reakcji świata na problemy Chin i Ukrainy jest odwrotnie proporcjonalna do skali represji jakich dopuszczają się ich rządy. Czy pan Barroso tak samo chętnie opowiada o okupacji Tybetu, jak o bojkocie kilku meczy w piłkarskim turnieju?  Problem nie dotyczy tylko Chin i Ukrainy. Szczerze wątpię, aby politycy europejscy zamierzali bojkotować igrzyska w Soczi lub Mistrzostwa Świata w Piłce Nożnej 2018.

Warto zwrócić też uwagę na niefrasobliwość decydentów UEFA, którzy teraz, kilkadziesiąt dni przed turniejem, bezradnie rozkładają ręce z powodu niemożności przeniesienia meczów z Ukrainy. Plan awaryjny powinien powstać już w 2010 roku, kiedy władzę na Ukrainie przejął Wiktor Janukowycz. Gdyby już wtedy podjęto odpowiednie działania, to dziś problem byłby rozwiązany, a my nie musielibyśmy się obawiać, że dostanie nam się rykoszetem, ponieważ sytuacja odbije się niekorzystnie na całym turnieju. Polsce pozostała więc lojalność wobec wschodniego partnera, która może z kolei odbić się negatywnie na postrzeganiu Polski na arenie międzynarodowej. Nie ma więc dobrej drogi wyjścia z tej niekorzystnej sytuacji.

Można jedynie wyciągnąć z tego naukę na przyszłość, aby nie wiązać się z Ukrainą żadnymi wspólnymi zobowiązaniami. Piękne hasła o wspólnocie i wzajemnych powiązaniach przestają być tak piękne i wzniosłe kiedy patrzy się na sytuację trzeźwym okiem. Ukraińcy mieli wielką szansę, ale zmarnowali ją przez nieudolność polityki wewnętrznej, korupcję i kłótnie w ramach obozu, który rozpętał zwycięską ?Pomarańczową Rewolucję. Dojście do władzy Wiktora Janukowycza odbyło się na drodze w pełni demokratycznej, społeczeństwo ukraińskie wolało dać władzę w sprawdzone autorytarne ręce, zamiast patrzeć na żenujące szopki w wykonaniu demokratów. Nie ma więc uzasadnienia wołanie o biednym uciemiężonym narodzie. Można mówić jedynie o narodzie, w którym zarówno elity polityczne, Julia Tymoszenko, Wiktor Juszczenko i inni, jak i społeczeństwo oblały egzamin z demokracji. Niestety, wątpię w to, że świat zdoła nakłonić Ukrainę do humanitarnego traktowania Julii Tymoszenko. Czas na demokratyczną Ukrainę jeszcze nie nadszedł.

Źródło zdjęć: flickr.com, na licencji CC-BY-2.0