Niedawno na rodzimym rynku, nakładem wydawnictwa Czarna Owca, ukazała się małych rozmiarów książka, która ma w sobie niewątpliwie duży potencjał wywoływania dyskusji. Dyskusji ? dodajmy od razu ? niewygodnych pod wieloma względami. Tak nasączonych argumentami ideologicznymi, że obiektywna i racjonalna polemika wydaje się być niemożliwą do zaistnienia. Tej irytującej niemożności dopomógł niestety sam autor.

Michel Henry (będący na co dzień dziennikarzem popularnego we Francji, lewicowego dziennika ?Libération?) pisząc książkę, w której już samo sformułowanie podtytułu zdaje się sugerować absolutnie bezsporną tezę o legalizacji, wywołał w 2011 roku nad Sekwaną narodową dyskusję na temat narkotyków. Sam zwykł określać to ?zwalczaniem hipokryzji?, który to cel chwilami zdaje się w jego oczach urastać do rozmiarów krucjaty. Czy jego książka spotka się z podobnym odzewem również nad Wisłą?

Henry jest kreatorem. Zanim w późniejszej części książki w całej rozciągłości zaatakuje czytelnika swoim arsenałem faktów naukowych i statystyk, wpierw czuje się w obowiązku stworzyć dla odbiorcy spójny obraz swojego kraju. A jest to problematyczne ? otóż z tego, co opowiada nam autor wynika, że we Francji narkotyków używa każdy. Używa ich nastoletni uczeń i pięćdziesięcioletni pracownik fizyczny. Używa ich ubogi mieszkaniec imigranckich przedmieść i bogaty przedsiębiorca. Używa ich drobny złodziejaszek i oficer policji. Jednak większą część spośród tych ludzi łączy coś jeszcze ? obłuda, publiczne zaprzeczanie o ?byciu czystym?, niepozwalające problemowi legalizacji narkotyków zaistnieć trwale w umysłach opinii publicznej. Michelowi Henry?emu wtóruje w tej opinii pisarz Frédéric Beigbeder, autor przedmowy, najbardziej znany we Francji zwolennik legalizacji (z tego powodu sam nazywający siebie jednym z najmniej obłudnych obywateli swojego kraju). W pewnym momencie niemal wprost określa prohibicję narkotykową, jako prawdopodobny wstęp do stworzenia państwa totalitarnego.

Obu panom nie przeszkadza wplatanie w tekst faktów, które jawnie przeczą ich tezom, po czym przechodzenie nad nimi do porządku dziennego, lub ich reinterpretacja (w pewnym miejscu autor zgrabnie obala ?mit? o wzroście spożycia narkotyków po liberalizacji handlu nimi, a kilka stron wcześniej czytamy: ?39 proc. siedemnastolatków, którzy nie palili konopi (?) jako powód podaje ich nielegalność?). Przedmowa i wstęp zajmują niewielką część książki, ale skutecznie psują jej odbiór jako całości. A szkoda ? z każdą kolejną stroną książka zamienia się w bardzo dobry przyczynek do dyskusji, daleki od semantycznych manipulacji, przez które niestety trzeba przebrnąć na początku. Autor krok po kroku przedstawia mało znane fakty dotyczące korzeni prohibicji, politycznych powodów jej wprowadzenia i poszerzania, a także (to rzecz dyskusyjna) kompletnej nieaktualności jej założeń. Według niego największymi błędami tego systemu są traktowanie zażywających jak przestępców, zerowa tolerancja spychająca przemysł narkotykowy do przestępczego podziemia, oraz niekonsekwencje prawodawstwa w państwach, w których problem ten jest szczególnie wyeksponowowany. Wyeliminowanie tych ułomności ma się stać receptą na wiele problemów ? międzynarodowej przestępczości, wydawania miliardów na walkę z nią, czy braku kontroli nad dystrybucją narkotyków.

Trafność i poziom argumentów za zniesieniem prohibicji, wysuwanych przez autora, jest bardzo zróżnicowany ? od ciekawych i skłaniających do refleksji (problem określenia powodów legalności jednych używek, a penalizacji innych), poprzez kompletnie nietrafione (powszechność zażywania jako argument za depenalizacją), aż po te całkowicie absurdalne (oderwana od rzeczywistości próba porównania hipotetycznej legalizacji narkotyków, do sytuacji mającej miejsce po zniesieniu prohibicji alkoholowej w USA.) Bardzo wartościową częścią książki jest omówienie doświadczeń czterech państw, skrajnie różnych pod względem prowadzonej przez nie polityki narkotykowej: Holandii, Szwecji, USA i Kanady. Równie ciekawy jest obszerny fragment książki, w którym Henry umieścił wywiady przeprowadzone z politykami i lobbystami prezentującymi własny i bardzo wyrazisty punkt widzenia problemu narkotykowego, każdy poparty własnymi doświadczeniami. Ku mojemu zaskoczeniu znajdują się tu też wywiady ze zwolennikami penalizacji i sceptykami legalizacji, co z punktu widzenia czytelnika chcącego wyrobić sobie własne zdanie na ten temat, jest niewątpliwie wielkim plusem.

W tej recenzji nie siliłem się na zbytni obiektywizm co do poglądów autora. Dlaczego? Michel Henry nie dał mi ku temu powodów pisząc książkę pod z góry założoną tezę. W świecie wykreowanym przez autora kategoryczny zakaz korzystania z pewnych używek wydaje się krokiem do stworzenia państwa faszystowskiego, zaś wypalenie zwykłego jointa ? kagankiem wolności. Takie spojrzenie nie może spotkać się z pełną akceptacją. Autor ignoruje moc, z jaką oddziałuje na społeczeństwo istniejące prawo ? prawodawstwo wyznacza granice tolerowanych zachowań, stwarza pojęcie swobody. Fakt, że jest masowo łamane, nie może być głównym powodem do jego zmiany. Depenalizacja czegokolwiek powoduje wstrząs w ludzkim postrzeganiu o niemożliwych do przewidzenia konsekwencjach. Dlatego każda taka zmiana powinna być wprowadzana w bardzo delikatny sposób, a brane pod uwagę powinno być także całkowite jej zarzucenie.

Mimo, że nie zgadzam się z przesłaniem tej książki, uważam ją za wartościową i bardzo zachęcam do jej przeczytania. Książka prawdopodobnie nie wywoła dyskusji w Polsce, jak zdołała to uczynić w kraju autora ? nasze społeczeństwo różni się od francuskiego, zarówno tego prawdziwego, jak i tego nieco przerysowanego, wykreowanego przez Henry?ego. Jednak doświadczenia ostatnich kilkudziesięciu lat każą mieć pewność, że problemy, przed którymi dziś stoi Europa Zachodnia niedługo będą dotyczyły także Polski. Patrzmy na nie uważnie i wyciągajmy wnioski już dziś, bo pytania, które w ubiegłym roku zadał Francuzom Michel Henry, już niedługo mogą dotyczyć nas samych.