Nuno Lorêto to Portugalczyk, który od kilkunastu lat mieszka w Polsce. Jak sam mówi, to miasto wciąż go inspiruje. Otwarty, śmiały, pozytywnie nastawiony do życia. Wśród znajomych słynie z „polskiej gościnności”.

Urszula Gruszka: Nuno, jak to wszystko się zaczęło?
Nuno Lorêto: Wszystko się zaczęło 11 lat temu w Łodzi. Mieszkając w Portugalii, miałem okazję wyjechać na wymianę studencką Erasmus. To dla mnie była również szansa, aby wyjechać po raz pierwszy za granicę. Postawiłem na Polskę.
Dlaczego akurat Polska?
Hiszpania była za blisko, Finlandia za daleko, do Niemiec nie chciałem. A ja potrzebowałem wówczas wielkich zmian, stąd zapadła decyzja: Łódź. Całe życie mieszkając w Portugalii, nic nie wiedziałem o tym mieście. Kupiłem bilet, wylądowałem w Łodzi i przyznam, doznałem szoku. Wszystko wyglądało dziwnie, smutnie i szaro. Kolejnym zaskoczeniem był przyjazd do akademika, w którym miałem zamieszkać. Pamiętam to jak dzisiaj. Przyjeżdżam i przed moimi oczami grupa pijanych studentów. Wszędzie butelki po alkoholu, nieprzyjemny zapach. Można powiedzieć, że impreza trwała w dobre. To było dla mnie niecodzienne doznanie, bo raczej postrzegałem siebie jako ułożonego, grzecznego chłopaka. Zresztą, pierwszy raz byłem poza domem, poza krajem, zupełnie samotnie. Zderzyłem się z rzeczywistością.


Jak przekonałeś się do Łodzi?
Z biegiem czasu zacząłem poznawać coraz więcej osób, nie tylko z Polski. To było na prawdę fajne, bo pierwszy raz w życiu ludzie byli mnie ciekawi. W Portugalii byłem zwykłym Portugalczykiem, normalnym jak każdy, ale w Polsce wszyscy byli zainteresowani odmiennością.

Minęło już trochę czasu. Jak dzisiaj wspominasz Łódź?

W Łodzi mieszkałem 6 miesięcy. Śmieję się, że był to czas moich „pierwszych razy”. Pierwszy alkohol, pierwsze imprezy. To było miasto, w którym wszystko się zaczęło, dlatego do dzisiaj mam sentyment do Łodzi, która mnie ukształtowała. Ale Erasmus się zakończył i musiałem wrócić do Portugalii. Będąc w ojczyźnie, czułem przygnębienie i poczucie, że nie mam znajomych, że studia nie są już tak ineresujące i ogólnie czułem się źle. Dlatego po zakończeniu studiów, bez wahania powiadomiłem rodzinę, że wracam z powrotem do Polski. Dlaczego? Po prostu tam czułem się szczęśliwy.

I wróciłeś?

Tak, spakowałem rzeczy i wylądowałem w Warszawie. Zaczynałem od zera. Mieszkałem w akademiku, w jednym pokoju z jedenastoma osobami i szukałem pracy. Dzisiaj widzę, że było to szalone i dużo ryzykowałem, ale poszedłem za głosem serca i nie zawiodłem się. Ja tutaj chciałem być. To, że czułem się szczęśliwy, było moją jedyną motywacją. I w końcu znalazłem pracę, realizowałem się i pewnego dnia dostałem atrakcyjną propozycję wyjazdu do Sopotu. Pomyślałem, że warto spróbować, w końcu byłem młody.
Spakowałem wszystkie swoje rzeczy w moje małe autko i wyruszyłem. Mieszkałem tam jakiś czas, ale nie do końca było to coś, czego oczekiwałem. W tym czasie raz na jakiś czas wyjeżdżałem do Portugalii, aż pewnego razu w drodze, zatrzymałem się w Szwajcarii. Przyznam, że bardzo mi się tam spodobało. Jako, że jestem spontaniczną i energiczną energii osobą, zdecydowałem, że poszukam tam pracy. Chwile później znów spakowałem swoje auto i tym razem już na dłużej zostałem w Szwajcarii, bo na pięć lat.


Jak Ci się żyło w Szwajcarii, z dala od Polski?
Żyło mi się dobrze, ale to nie było społeczeństwo, w którym się odnajdywałem. Byłem inny, bo zawsze uśmiechnięty i otwarty. A Szwajcarzy byli chłodni i wycofani. Przerwa na kawę w pracy? Absolutnie. A w Polsce? Przecież zawsze ktoś jest w kuchni. Śniadanie, ploteczki, kawusia, ploteczki. W Szwajcarii z pewnością inaczej się do tego podchodziło, po prostu inna kultura. Moje życie wówczas polegało wyłącznie na pracy. Praca-dom, dom-praca. Jak długo tak można żyć? U mnie trwało to pięć lat a w tym czasie bardzo dużo podróżowałem.


Co z Warszawą?
W 2016 r. co weekend podróżowałem do Warszawy. W piątek z walizką do pracy, potem lot, intensywny weekend z przyjaciółmi i w poniedziałek z rana z powrotem do Szwajcarii. Istne życie na walizkach, ale w Warszawie czułem się szczęśliwy, dlatego po raz kolejny wszystkie drogi zaprowadziły właśnie do stolicy. Trwało to rok. Było to z jednej strony fajne, z drugiej – dziwne. Ale to była dla mnie rutyna, która z czasem była bardzo męcząca, dlatego musiałem wybrać. Tak po raz kolejny zaczynałem od szukania pracy w Warszawie, i udało się. Wylądowałem w Grouponie. W tym czasie wielokrotnie jeszcze podróżowałem do Szwajcarii, w ramach wyjazdów służbowych.


Jaka była dla Ciebie największa trudność żyjąc w Polsce?

Nie chciałbym generalizować, ale w Polsce spotykam ludzi zazdrosnych, którzy nie cieszą się z czyjegoś szczęścia. Przyznam, że nie potrafię tego zrozumieć i to była dla mnie największa trudność. Zauważyłem, że wielu ludzi paja niechęć do innych, którzy z jakiś względów mają lepiej. Nie czerpią inspiracji od nich, nie chcą się od nich uczyć, motywować, a sieją jakąś niechęć, hejt. Ja mam inną perpektywę. Jeśli widzę, że ktoś osiągnął sukces, chcę wiedzieć, jak to osiągnął. Podziwiam go i inspiruję się lepszymi od siebie.

Z czego jesteś najbardziej dumny?
Jestem najbardziej dumny z tego, że zaczynałem od zera w Polsce i że sam dałem sobie radę ze wszystkim. Nie było łatwo: pogoda, język, mieszkanie. Ale jestem dumny, bo wiedziałem, że jeśli czegoś zapragnę i włożę w to serce, wówczas mi się uda.

Czy Warszawa to przystanek?
Uważam, że Warszawa jest niesamowitym miejscem, ale nie mogę powiedzieć, że „na zawsze”. To zależy od wielu czynników: od pracy, miłości, chęci. U mnie wystarczy spakować walizkę i ruszyć dalej. Cenię sobie wolność. Ale kocham Warszawę, i mogę tu zostać na zawsze, jeżeli będę szczęśliwy, jak teraz.