Niedzielne wybory prezydenckie w Rosji pewnie wygrał Władimir Putin. Jego zwycięstwo nie powinno ani zaskakiwać, ani nawet dziwić, choć opozycja już ogłosiła zanotowanie tysięcy fałszerstw wyborczych. Nie przeszkodzą one jednak zapewne Putinowi w objęciu fotela prezydenckiego na kolejnych 6 lat. Kadencja rozpocznie się 7 maja, kiedy to nowy-stary prezydent oficjalnie obejmie swój urząd.

Stara gwardia
Wyborcom przyjdzie jeszcze trochę poczekać na kremlowski coup d’etat. Nie będzie też „nieoczekiwanej zmiany miejsc”, bo chyba nikt nie miał wątpliwości, że gdy Putin zostanie prezydentem, jego miejsce na fotelu premiera zajmie Dmitrij Miedwiediew. Swoimi kandydaturami nie zaskoczyły także pozostałe partie polityczne. Kolejny już raz w wyborach prezydenckich startował przewodniczący Komunistycznej Partii Federacji Rosyjskiej – Giennadij Ziuganow, który ostatecznie zajął drugie miejsce z poparciem 17,19%. Najciekawsza walka miała się odbyć o trzecie miejsce –  zgarnął je biznesmen i opozycjonista – Michaił Prochorow (kandydat niezależny), któremu udało się wyprzedzić Władimira Żyrinowskiego, przywódcę nacjonalistycznej Liberalno-Demokratycznej Partii Rosji (6,23% wszystkich głosów). Lider socjalistycznej i prokremlowskiej Sprawiedliwej Rosji – Siergiej Mironow – zdobył zaledwie 3,85% głosów.

Konstruktywna opozycja
Wysoki wynik Prochorowa nie jest dowodem na implozję rosyjskiego systemu władzy. Przeciwnie, Putinowi na rękę jest utrzymywanie pozorów demokracji, gwarantowanych mu przez funkcjonowanie w sferze publicznej osób takich jak Kasparow czy Prochorow właśnie. Obu może spotkać to, co stało się z komunistami; choć opozycyjnie nastawiona do Kremla, Komunistyczna Partia Federacji Rosyjskiej na siłę wrosła w obecny system polityczny Rosji i z tej stagnacji może się już nigdy nie wydostać. Kojarzona coraz bardziej z systemem podstarzałych liderów, startujących we wszystkich kolejnych wyborach, KPFR straciła świeżość i siłę, którą w pewnym stopniu ogniskuje wokół siebie Prochorow. Zapewne nie na długo. Bo choć zarówno on, jak i Giennadij Ziuganow oficjalnie zbojkotowali wyniki niedzielnych wyborów, to kolejne protesty spowodują jedynie kontrę ze strony Władimira Putina i jego zwolenników.

Być może pojawi się kolejne oświadczenie ze strony administracji Baracka Obamy potępiające słabą jakość demokracji w Rosji, w żaden sposób nie zaszkodzi to jednak pozycji Putina, na którego wciąż wiele osób głosuje ze szczerego przekonania, że tylko jego prezydentura gwarantuje państwu siłę gospodarczą, rozwój i wpływ na środowisko międzynarodowe. Paradoksalnie, jest wśród nich wiele młodych osób, dla których kariera w putinowskiej administracji albo w którejś z państwowych spółek jest spełnieniem wszystkich marzeń. Faktem jest, że w tej chwili Putin jest Rosji potrzebny. Nie dlatego, że jego obecność gwarantuje powrót do imperialistycznych zapędów tego państwa, ale dlatego, że jego zbyt nagłe zniknięcie ze sceny politycznej mogłoby doprowadzić do chaosu i destabilizacji kraju, spowodowanej walką o władzę między jego „dworem”, spragnionym demokracji ludem a elitą biznesową i lobbingową.

Początek końca?
Mimo to, The Economist już obwieścił, że kolejna prezydentura Putina to początek jego końca. Niezadowolenie młodych ludzi, skupionych obecnie wokół Prochorowa, raczej nie zmaleje, bez względu na sytuację gospodarczą w kraju. Koc, którym Putin przykrywa obecnie braki demokracji w Rosji, może okazać się za krótki, by zasłonić wszystkie niedomagania jego autokratycznej polityki.

Zdjęcie: Politsurfer, Creative Commons