Matteo Brunetti to nie tylko finalista polskiej edycji programu „MasterChef”, ale także influencer, prowadzący i osoba o niewiarygodnym poczuciu humoru. W wywiadzie zdradza swoje spostrzeżenia dotyczące mieszania się kultur, pasji do gotowania oraz działalności w social mediach. Zapraszam do lektury, odradzając przy tym czytania tekstu o pustym żołądku!
Rozmowa Zuzanny Kulpy z Matteo Brunetti

Zuzanna Kulpa: Na początek chciałabym razem z tobą obalić lub potwierdzić pewien mit. Czy rzeczywiście mężczyźni są lepszymi kucharzami niż kobiety?

Matteo Brunetti: Nie powiedziałbym. Raczej pół na pół. Miłością do gotowania zaraziłem się od mamy, ona natomiast od swojej babci. Więc na pewno kobiety mają to coś co dają w kuchni. Znam tyle samo mężczyzn, co kobiet, którzy są słynnymi szefami. Myślę, że płeć nie ma znaczenia – t o, co jest ważne to pasja i miłość do tego co się robi.

Czy gotowanie od zawsze było twoją pasją? Myślałeś, że to właśnie w ten sposób będziesz pracował?

Nie spodziewałem się, że będę gotował. Mimo tego, że mam bardzo stare zdjęcia, z czasów, w których miałem około 6-7 lat, na których jestem w kuchni i robię naleśniki lub inne dania, to byłem pewien, że będę zajmował się czymś innym. Pasja do gotowania pojawiła się dopiero gdy miałem około osiemnastu lat. Właśnie wtedy zacząłem studia i musiałem bardziej o siebie zadbać, a przede wszystkim sam sobie gotować. Na początku przyrządzałem typowe dania studenckie. Nie były to parówki tylko – jak to we Włoszech – pasta, passata pomidorowa i do tego tuńczyk z puszki. Po jakimś czasie, to mi już nie wystarczało, więc zacząłem kombinować. Chodziłem z przyjaciółmi do restauracji, aby później próbować odtworzyć przepisy w domu. Tak to się powoli rozwinęło, zauważyłem, że lubię to robić. Poza tym, z domu rodzinnego wyniosłem tradycje dbania o to co się je. Ale to zawsze była tylko pasja, nie profesja. Gotowanie stało się moją pracą dopiero po „MasterChefie”.

W kuchni starasz się ściśle przestrzegać zasad i trzymać określonych przepisów czy eksperymentujesz?

Ciekawe pytanie. Często kiedy rozmawiam z innymi osobami, czy to kucharzami, czy nie, opowiadają mi, że zrobili określony makaron i okazuje się, że popełniają oczywiste błędy.  Tłumaczę wtedy:  zobacz, tak się tego nie robi, gdyby jakaś babcia we Włoszech zobaczyła, że dodajesz śmietanę do carbonary to chyba by umarła! Gdy tak mówię, ludzie odbierają mnie jako włoskiego tradycjonalistę, który trzyma się tylko jasno określonych zasad. To nie jest tak – jeśli się zmieni tradycyjne danie to to po prostu już nie jest ta sama potrawa.  Ja, tak samo jak kuchnię włoską, lubię też azjatycką, amerykańską czy meksykańską. A że lubię eksperymentować w kuchni to często je mieszam ze sobą. Tylko mam wtedy świadomość, że nie jest to klasyczne i tradycyjne danie.

Kto jest twoim autorytetem? Za co cenisz tę osobę?

Moim autorytetem jest słynny szef kuchni, który od niedawna jest jurorem we włoskim „MasterChefe”. Nazywa się Antonino Cannavacciuolo. Jego postura to prawie jak dwa metry na dwa metry, jest naprawdę olbrzymi! Cenię go za to, że zawsze używa składników najwyższej jakości, czyli przede wszystkim świeżych i sezonowych. Nie przetwarza ich, ale odnosi się z szacunkiem do jakościowego produktu. Niby prosta kuchnia, ale im bardziej chce się  wyeksponować ten jeden jedyny składnik tym jest to trudniejsze. Łatwo jest zrobić zupę czy sałatkę, do której wkłada się wszystkie składniki naraz.  Z im większej ilości produktów składa się danie, tym łatwiej jest je połączyć w taki sposób żeby danie smakowało. Natomiast jeżeli używasz tylko 3 lub 4 składników trudniej jest stworzyć coś pysznego i ukryć niedociągnięcia.

Pochodzisz z Lazio, które jest znane między innymi z jadanych w czwartki gnocchi alla romana. Kuchnia którego włoskiego regionu jest twoją ulubioną? Z jakich dań słynie?

Rzeczywiście, krąży taka legenda – zawsze w czwartek gnocchi! (śmiech) Pochodzę z Lazio, a dokładniej z Frascati, miasteczka położonego dosłownie pół godziny od Rzymu, więc bardzo doceniam kuchnię rzymską. Mam ją we krwi. Słynna carbonara, amatriciana, aglio olio i inne. Uwielbiam również kuchnię sycylijską lub z Modeny. Z okolic tego właśnie miasta pochodzi wiele, przeróżnych, tradycyjnych włoskich składników. To właśnie tam gastronomia najbardziej się rozwinęła i dlatego jest ona najbardziej kreatywna. W tych regionach, więc, lubię kreatywność, w Rzymie natomiast tradycję, a na Sycylii uwielbiam surowe składniki i owoce morza, których jest mnóstwo. Jestem też miłośnikiem sycylijskich ulicznych budek, w których można kupić świeże krewetki, gotowe do zjedzenia. No i oczywiście jeszcze świeża ricotta i mozzarella. Przepiękne.

Zmieńmy kraj; co, natomiast cenisz w kuchni polskiej?

W kuchni polskiej najbardziej doceniam zupy. Jedną z moich ulubionych jest zupa grzybowa, którą babcia zawsze robi na święta – przez cały rok na nią czekam. Od kiedy pamiętam babcia kupowała albo zbierała grzyby w lesie po deszczu, a później je suszyła – w zupie czuć było cały smak jej pracy. Lubię również pieczone dania, szczególnie te długo. To właśnie przypomina mi polski dom. Jeśli, natomiast chodzi o pierogi to to na pewno jest tradycja. Jednak we Włoszech mamy także przeróżne rodzaje ravioli, więc nie jestem wielkim entuzjastą pierogów, mimo tego, że je uwielbiam. Gdybym mógł jadłbym je bardzo często, to danie, które mnie inspiruje.

Jako pół Włoch, pół Polak możesz dużo powiedzieć na temat zjawiska przenikania się i mieszania dwóch różnych kultur. Polska i Włochy – te dwa kraje i ich mieszkańcy mają ze sobą dużo wspólnego czy wręcz przeciwnie – diametralnie się różnią?

Jeżeli chodzi o piłkę nożną to mają ze sobą dużo wspólnego (śmiech). Mieszkańcy Polski i Włoch bardzo podobnie kibicują. Jestem w Polsce od półtora roku, czyli niezbyt długo, ale czuję tutaj czuję większy dystans u ludzi. Gdy chodzę włoskimi ulicami czy idę do włoskiego sklepu, czuję otwartość do kogokolwiek, kto tylko się pojawi. Tutaj jestem odbierany nie jako kolega czy przyjaciel tylko jako osoba, jedna z wielu. Co jeszcze jest podobne? Chyba to, że obydwa kraje uwielbiają włoską kuchnię (śmiech). Widzę też, że Polska idzie w dobrym kierunku jeśli chodzi o gastronomię, coraz bardziej się rozwija. Pamiętam jak dwadzieścia lat temu kiedy jeszcze byłem mały i tutaj przyjeżdżałem, to było to coś zupełnie innego. Teraz naprawdę można tutaj zjeść fajne i inspirujące dania. To są jednak inne kraje, ale zupełnie mi to nie przeszkadza. Może trochę ten ludzki dystans.

Od małego uczyłeś się dwóch języków, jednak całe życie spędziłeś we Włoszech, więc to język włoski był Tobie bliższy. Nie jest dla nikogo tajemnicą, że język polski jest niezwykle trudny. Nawet ludziom, którzy od dziecka wychowują się w Polsce, zdarzają się pomyłki. Jaka była twoja najzabawniejsza wpadka językowa lub historia z nią związana?

Trudno jest zapamiętać, gdyż takie wpadki mam codziennie. Kiedyś na Instagramie dodałem post z Michel Moran, jednym z jurorów „MasterChefa”. Na zdjęciu rozmawialiśmy. Napisałem wtedy „męskie gatki z Michel Moran”. Ludzie zaczęli komentować, że napisałem „majtki”, a nie „gadki”, od „gadania”. To była jedna z wielu. Kilka miesięcy później dodałem podobne zdjęcie i byłem pewien, że tym razem dobrze napisałem. Okazało się, że jednak znów się pomyliłem. Nadal nie pamiętam znaczenia tych dwóch słów! Czasami zdarza mi, że kolega mówi do mnie w żartach „ty wieśniaku”, ponieważ zamiast „poszedłem”, mówię „poszłem”. To jest to co teraz mi się przypomina. Opowiadam dużo sucharów, są to gry słów, takie „łamanie” polskiego języka. Jedno słowo kojarzy mi się z innym. Albo je mylę, albo buduję na nich żarty. Często ludzie patrzą na mnie, jakby zastanawiali się z jak ja te wyrazy ze sobą połączyłem. Dla nich dane słowo ma konkretne znaczenie.   

Niedawno dołączyłeś do akcji Social Media Fair User. Na czym polega sprawiedliwe posługiwanie się mediami społecznościowymi?

Nie dołączyłem do akcji, a wręcz przeciwnie – zorganizowałem ją. Dzięki niej chcę promować uczciwe i transparentne działanie w social mediach. Ale też udowodnić markom, że możliwym jest mieć realne statystyki i zasięgi, za którymi stoją prawdziwi ludzie, a nie boty.  Coraz więcej jest osób, które chcą stać się kimś w internecie. Wydaje im się, że życie influencera jest proste i dużo się zarabia, podczas gdy tak naprawdę to praca dwadzieścia cztery godziny na dobę, bez chwili przerwy. Trzeba cały czas tworzyć kontent, który jest atrakcyjny i unikalny. Aby szybko osiągnąć swój cel kupują followersów i kliki. Jeśli jakaś marka chce wypromować produkt czy stworzyć kampanię, bardzo możliwe, że (kierując się jedynie statystykami) trafi na osoby, których konta są sztuczne; profile, które nie są aktywne, ale wykupione. Firma inwestując w nie, nie ma żadnego zwrotu, żadnego dotarcia ze swoim produktem. Mimo tego, że osoba ta sponsoruje dany post, firmie nic się nie zwraca, nie przekłada się na sprzedaż. Dlatego taka kampania dla firmy jest failem. W momencie kiedy tak się dzieje, przestaje wierzyć w akcje influencerskie. Na tym tracą wszyscy uczciwi działacze. Wykupując zasięgi – 50, 100 tysięcy obserwujących –  taka osoba staje się bardziej atrakcyjna dla firmy, która widzi wyższa statystyki niż u uczciwego użytkownika. Jest to, więc podwójna strata dla obu stron. Próbuję rozpowszechniać tę sprawę wśród wszystkich, którzy się tym zajmują. Wysłałem informację z logo akcji do różnych influencerów – większych i mniejszych. Wiadomość poszła w świat.

Już jakiś czas temu zaczął być transmitowany nowy program z tobą i Davidem Gaboriaud w roli prowadzących, pt. „Bitwa na smaki”. Skąd pomysł na taką serię?

Podziwiam fakt, że udało Ci się dobrze wymówić jego nazwisko! Ja sam jeszcze się tego nie nauczyłem. Po tak długim okresie wspólnej pracy nadal nie jestem w stanie go poprawnie wypowiedzieć. Śmiejemy się z tego z Davidem. Program wystartował dzięki współpracy z  kanałem Kuchnia+. Mieli pomysł na bardzo ciekawy, nowy format. I rzeczywiście, czegoś takiego jeszcze nie było. W pierwszej fazie projektu zrobiliśmy coś na wzór castingu nagranego na szybko zwykłą kamerką w kuchni. Stworzyliśmy coś na kształt symulacji odcinka. Producenci się zachwycili. Dla mnie nie była to nowość –  w końcu był to dla mnie kolejny projekt, którego idea opiera się na rywalizacji i konkurencji. Jednak, mimo wszystko, poczułem się trochę wrzucony na głęboką wodę i cieszę się, że tak się stało – teraz dobrze w niej pływam. Pomysł wyszedł od produkcji, ale z Davidem także dużo daliśmy od siebie. Często rozmawiając poza kamerami, pojawiały się zwroty jak francuskie maccarone. Mówiłem mu, że tak naprawdę słynne maccarone nie są francuskie. Sama nazwa nawet już coś przypomina. Oryginalnie zostały stworzone we Włoszech, dopiero później sprowadzone do Francji. Zaczęliśmy rozmawiać o różnych pozytywnych napięciach, które mogą stworzyć się między nami dla dobra programu. I później te same rzeczy odtwarzaliśmy przed kamerami Wyszło naprawdę nieźle, powstała prawdziwa bitwa na smaki między Włochem a Francuzem. Bardzo fajne jest to, że w tym każdym odcinku widzowie dostają dwa różne przepisy z wykorzystaniem tego samego składnika. To działa, o czym świadczy popularność tego formatu.

Jakie są twoje przyszłe plany związane z karierą, które mógłbyś zdradzić?

Moje przyszłe plany związane z karierą to dalsza aktywność telewizyjna –  na razie nie mogę zdradzić jaka. A także rozwijanie swoich kanałów w mediach społecznościowych. Oprócz tego dalsze podążanie ścieżką kulinarną i przerzucenie się, w większym stopniu na lifestyle. Patrząc na content w moich mediach społecznościowych media YouTube jest na razie mocno kulinarny, natomiast Instagram jest lifestyle’owy. YouTube to w 90% kulinaria, 10% to reszta, Instagram zupełnie na odwrót – 90% lifestyle, 10% kulinaria. Dobrze czuję się również jako prezenter. W domu mam mikrofon studyjny. Nie jest on profesjonalny, służy do nagrań, można na nim na przykład śpiewać, chociaż ja nie umiem. Czasami włączam któryś z dostępnych trybów zakładam słuchawki, wypowiadam słowo i od razu czuję jakby była przede mną widownia. W ten sposób ćwiczę pewność siebie przed występami na scenie czy chociażby przy post produkcji dźwięku do programu. Wracając do mojej działalności na YouTube, chciałbym również pójść w stronę komediową, gdyż na co dzień zdarzają mi się przeróżne sytuacje. Piszę już scenariusze, w których dodaję wydarzeniom emfazy, ekstremalności. Wychodzą takie rzeczy, że myślę, że gdy to się uda, będzie można się pośmiać.

Jakiej rady udzieliłbyś sobie samemu sprzed przyjazdu do Polski i wzięcia udziału w „MasterChefie”?

Na pewno powiedziałbym samemu sobie, żeby otworzyć kanał na YouTube już podczas emisji programu. Zrobiłem błąd, że otworzyłem go później, ale tak to się ułożyło. Radziłbym też mniej się stresować i odbierać „MasterChefa” bardziej na luzie. Na pewno w siebie wierzyć, bo były takie chwile, w których zastanawiałem się co ja robię i czy dam radę. I wtedy właśnie pojawiał się stres. Poza tym przeprowadzić się wcześniej do Warszawy, bo zaraz po przyjeździe do Polski spędziłem około sześciu miesięcy w Trójmieście, cały czas jeżdżąc w tę i z powrotem. Trójmiasto, Warszawa, Kraków – cały czas w pociągu.

Musiało to być bardzo męczące.

Było. Zdarzyło się nawet, że wyjechałem z Trójmiasta, gdzie mieszka moja rodzina, i powoli zaczęły się potwierdzać różne zobowiązania w moim kalendarzu, co sprawiło, że do domu wróciłem dopiero po półtora miesiąca. Przez ten okres podróżowałem po Polsce, tam i z powrotem. Wróciłem dopiero po tak długim czasie, z tą samą walizką (śmiech). Gdyby, natomiast od początku takim centrum była Warszawa to byłoby dużo łatwiej – teraz żyję na spokojnie.

Wydajesz się być pogodnym, spełnionym człowiekiem. Przeglądając twój profil na Instagramie natrafić można na mnóstwo pozytywnych postów, myśli czy tak zwanych sucharów. Zdradź, proszę, na koniec skąd czerpiesz tę pozytywną energię?

Pozytywną energię biorę z samego siebie. Co nie znaczy, że zawsze mam dobre dni. Każdy ma gorszy okres. Sam Instagram, i mówienie na Insta Story czy w postach o pozytywnych rzeczach napędza optymistyczne spojrzenie na świat. Nawet jeśli mam słabszy dzień to sam się nakręcam, wkładając w siebie moją własną energię, zarażając się tym wszystkim. Jeśli chodzi o suchary to naprawdę nie wiem skąd one się biorą. Nagle pojawia się błysk i już wiem. Mogę zdradzić jednego suchara, którego już nawet zapisałem, jest naprawdę dobry. Na Insta Story będzie scenka, podczas której otwieram lodówkę, w której nie ma nic oprócz kapusty i powiem: ta lodówka jest taKA PUSTA! I właśnie tak wyglądają moje codzienne żarty.

W takim razie czekamy, aż się pojawi!