Niemal wszystkim znana jest słynna zasada, że na świecie pewne są tylko dwie rzeczy ? śmierć i podatki. Owa maksyma była już wielokrotnie przerabiana na wszelkie możliwe sposoby, pokuszę się więc o zacytowanie jednej z nich, która wydaje mi się szczególnie trafna. Otóż, wedle niej trzecią pewną na świecie rzeczą jest obecność Kultu na juwenaliach Uniwersytetu Warszawskiego. W tym roku „kultowy” zespół wystąpił już po raz dziewiętnasty.

Zanim jednak na scenie pojawili się Kazik i spółka, zebrani mogli posłuchać czterech innych zespołów. Postanowiłem zweryfikować jak mała grupa fanów, która była na kampusie od początku, odebrała występy mniej znanych kapel. Jako pierwsza zaprezentowała się młoda kapela Rooster. Nie dali się przytłoczyć tremie i jak na młodą kapelę zaprezentowali się dobrze. Szkoda, że grali dla prawie pustego placu. Ten sam problem dotyczył też kolejnego zespołu ? Mama Selita. Zaprezentowali mocny rapcore spod znaku Limp Bizkit czy Rage Against The Machine niezbyt licznemu gronu słuchaczy. Po młodzieży na scenie zainstalowała się Chemia. Zebrani mogli podziwiać szalejącego na scenie prawdopodobnie najbogatszego polskiego gitarzystę. Wojciech Balczun był bowiem dyrektorem biura marketingu i promocji Poczty Polskiej S.A., pracował na stanowiskach kierowniczych w spółce PKO Bank Polski S.A, a ponadto przez pięć lat pełnił funkcję prezesa spółki PKP Cargo. Jego muzyczne osiągnięcia nie dorównują niestety bogatej karierze menedżerskiej i w zgodnej opinii osób, z którymi rozmawiałem, Chemia wypadła najsłabiej ze wszystkich występujących tego dnia zespołów.

Około godziny 20 na scenie zaczęła instalować się Luxtorpeda. Zespół ten jest już swoistym fenomenem. Przez zaledwie dwa lata działalności szturmem wdarli się do czołówki najpopularniejszych rockowych kapel w Polsce. Obie płyty cieszyły się wielkim zainteresowaniem fanów, a koncerty trzeba już liczyć w setkach. Na ogół Litza z zespołem nie dają powodów do narzekań i tak było też tym razem. Setlista nie przyniosła większych niespodzianek, ale wynikło to głównie z ograniczonej ilości materiału. Widzowie mogli być zaskoczeni jedynie bisami, na które złożyły się fragmenty piosenek innych artystów, między innymi „Running Free” Iron Maiden i… „King Bruce Lee Karate Mistrz” Franka Kimono. Luxtorpeda nie zawiodła, ale wszyscy czekali już na gwiazdę wieczoru.

W tym momencie dochodzimy do przykrej części tej relacji. Przy całej sympatii do Kultu muszę uczciwie przyznać, że ten występ to zupełna klapa. Widziałem ich na scenie siedem razy i nigdy nie było tak źle, jak podczas tego występu. Całość rozpoczęła się ze sporym opóźnieniem, a Kazik przywitał się ze zgromadzonymi słowami – „chyba jestem trochę wstawiony”. Nie wróżyło to dobrze i niestety wróżba się spełniła. Pomyłki w tekstach, spore niedomagania wokalne i niezbyt zrozumiałe wywody pomiędzy utworami, okraszone w dodatku katastrofalnym nagłośnieniem sprawiły, że w okolicach szóstego utworu zacząłem nerwowo zerkać na zegarek. Nie wnikam czy wynikało to bardziej ze spożytych procentów, czy raczej dużego koncertowego obciążenia zespołu. Efekt był mało satysfakcjonujący. Biłem się z myślami czy dalej uczestniczyć w tym, przykrym widowisku, aż z pomocą przyszedł mi deszcz. Po raz pierwszy z własnej woli wyszedłem przed końcem koncertu. Nie pomogła nawet ciekawa setlista podczas której mogliśmy usłyszeć utwory z nowej płyty zespołu, a także niegrane zbyt często kawałki takie jak „Berlin 1932” czy „Wspaniała nowina”.

Kolejnym minusem był, w moim odczuciu, mało studencki charakter imprezy. Wśród zebranych dostrzegłem wiele osób, które wiek studencki mają już dawno za sobą, a także Ci, którzy dopiero za kilka lat zawitają do bram wyższej uczelni. Ponadto wielu z nich zdecydowanie przesadziło z trunkami wyskokowymi i skutecznie utrudniało życie innym zebranym. Nie jestem wojującym abstynentem, ale uważam, że uczestnicząc w wydarzeniu publicznym powinno się dostosować spożyty alkohol do swoich możliwości i nie przeszkadzać innym w zabawie. Nie twierdzę też, że tylko młodzież studencka ma prawo uczestniczyć w plenerowych imprezach, ale Juwenalia UW coraz bardziej przypominają zwykły koncert, a nie święto studentów. Krzysztof Skiba powiedział niedawno, że kultura studencka upada, a „na juwenaliach nie grają niezależne studenckie zespoły, tylko wielkie gwiazdy, a same imprezy stały się profesjonalnie zarządzanymi spektaklami, za którymi stoją duże pieniądze. Wykładają je koncerny piwowarskie lub operatorzy telefonii komórkowej. Po wrażeniach sobotniego wieczoru nie mogę się z nim nie zgodzić.