Spotkanie Sejmowej Komisji do spraw środków przekazu w sprawie debaty nad językiem polityki oraz projektu rządu o walce z językiem nienawiści zmusiły mnie do kilku refleksji. Skąd się to właściwie wzięło, czyja to wina? Ze spotkania Komisji Sejmowej trudno to było wywnioskować.

Wszyscy niemalże skarżymy się na język nienawiści w internecie, polityce, mediach, na wulgarność przedzierającą się do publicznych środków przekazu. Politycy narzekają na media, media na polityków, internauci na kogo popadnie. Wszyscy zrzucają winę na siebie nawzajem. Podobnie było na spotkaniu Komisji Sejmowej, na którym z jednej strony zarzucano mediom wycinanie tylko najbardziej mięsnych kąsków debat oraz posiedzeń sejmu, a z drugiej wypominano politykom, że media nie pokazywałyby tego, czego by nie było.

Tak więc w nieskończoność możemy dociekać – czy to telewizja, prasa i radio prezentują konflikty polityczne jako osobiste utarczki zamiast pokazywać walkę o racje, czy naprawdę taka jest polityczna rzeczywistość. Podczas spotkania zadawano również pytanie, czy może całej mody na wulgarny język nienawiści nie zaczął internet, a nie politycy, bo przecież tam gdzie można być anonimowym, można zrobić wszystko. Cała debata publiczna w tej sprawie, jaką obserwujemy w ostatnich dniach, zaczyna przypominać stand up (czy raczej show typu spoken word) znanego muzyka oraz standupera Henry’ego Rollinsa. Zastanawiał on się w nim, co było pierwsze ? gówniana muzyka techno czy może gówniane narkotyki, pod których wpływem ludzie odbierają ową muzykę techno jako coś o najwyższej próbie jakości. Na to pytanie, podobnie jak na to kto zaczął język nienawiści, nie ma prawidłowiej odpowiedzi.

W takiej sytuacji może więc wszyscy powinniśmy przyznać się do winy i troszeczkę się postarać? Może jednak jest tak, że prawa rynku rozumieją tak samo politycy, media, jak również internet. Jak podczas spotkania Komisji wspomniał profesor naszego Uniwersytetu Jerzy Bralczyk emocjonalizacja przekazu przekłada się na popularność. A na czym innym niż na popularności zależy wszystkim wymienionym środowiskom? Poza tym, jeśli media zarzucają politykom mowę nienawiści, dlaczego cały czas zapraszają do programów publicystycznych tych, po których tej mowy można się spodziewać?

Dlaczego, skoro politycy twierdzą, że wulgarny i agresywny język występuje u ich konkurentów, sami nie dają dobrego przykładu, a zamiast tego sięgają po rozwiązania instytucjonalne, które niekoniecznie mogą pomóc zwalczać zaistniały problem? Wreszcie ? skoro wszystkim nam przeszkadza to, w jaki sposób ludzie porozumiewają się w publicznej debacie, czemu tego nie piętnujemy? Mimo podniesienia tych i innych kwestii na spotkaniu Komisji Sejmowej, do żadnych znaczących i zapowiadających zmianę konkluzji nie doszło.

Podczas spotkania Komisji Sejmowej ds. środków przekazu nie dało się słyszeć żadnych wulgaryzmów, inwektyw, czy nawet ukrytych złośliwości. Dyskusja przebiegła spokojnie, bez użycia omawianego w jej trakcie ?języka nienawiści?. Może więc wyolbrzymiamy problem? Może tak naprawdę zawsze polityka była agresywna tylko teraz ta agresja występuje w innej formie? Niewykluczone, że możliwe jest, że najlepszą metodą walki z tzw. mową nienawiści może być po prostu niezwracanie na nią uwagi.

Nie zapobiegniemy pojawianiu się kolejnych frustratów w przestrzeni internetowej, piętnowanie wulgarnych polityków też może nie dać rezultatów, a jeśli media widzą w języku nienawiści skok sprzedaży, oglądalności bądź słuchalności to może wystarczy ich wszystkich zbagatelizować? Nie zwracać uwagi, odsunąć na margines, na który nikt nie zagląda? Jeśli wszystkie te grupy pragną uwagi, to najgorszą karą za naganne zachowanie może być dla nich odebranie im tego skarbu. Chyba, że tak naprawdę chcemy tego wszystkiego słuchać. W takiej sytuacji nie rozumiem podnoszenia tego tematu w publicznej dyskusji.