Każdy z nas przypisuje sobie odpowiednie cechy, z którymi chce być utożsamiany przez społeczeństwo. Często jednak jesteśmy ofiarami powiedzenia: „jak cię widzą, tak cię piszą”. Popadamy w pułapkę oceniania drugiej osoby przez pryzmat wyglądu. Zwracamy uwagę na strój, sposób poruszania się, mimikę. Dokładnie selekcjonujemy tych, którzy pasują do naszego standardu, a którym mówimy serdeczne: „nie, dziękuję”. I tu pojawia się pytanie, czy w dobie mediów społecznościowych, potrafimy odnaleźć się bez filrów i retuszu? Czy to, jacy jesteśmy na prawdę, w ogóle jest ważne? Czy jest to wystarczające? 

Budowanie własnego wizerunku jest procesem, który trwa całe życie. Bo każdy etap życia to inny okres. Innymi jesteśmy ludźmi w wieku lat 19, a innymi będziemy, gdy skończymy 40-stkę. To nasze wybory kreują nasz wizerunek i to, w jaki sposób jesteśmy odbierani. Nasze decyzje, wybory, podatność na wpływy, sposób, w jaki kłócimy się i odchodzimy. To, jacy jesteśmy na prawdę, gdy maska spadnie a o dyplomacji ani mowy.

Budowanie swojego wewnętrznego „ja” warto zacząć od kształtowania swojego charakteru, wypracowania wartości i sprecyzowaniu poglądów. Ocenieniu, co jest dla mnie ważne, a co najważniejsze. Bez czego potrafię, ale nie chcę żyć. Dopiero wtedy, gdy wiemy, jaka jest nasza natura i w jaki sposób chcemy oddziaływać na innych, jesteśmy w stanie skupić na kwestii wizualnej. Jest ona ramą, która podkreśla i uwydatnia to, co chcemy pokazać, a co zakryć. I tutaj odbiciem naszego wewnętrznego „ja” jest pierwsze wrażenie.

Trwa ono zaledwie kilka sekund i nie mamy szansy na jego powtórzenie. Jest bardzo mocne i najczęściej to ono decyduje o tym, czy chcemy bliżej poznać druga osobę, czy nie.

Jeśli chcemy być odebrani przez społeczeństwo jako osoba poważna, godna zaufania, wykształcona, dopasowujemy swój strój do przypisanych cech. Nie bez powodu, wiele firm ma swój dress code, a większość bankierów i finansistów zakłada każdego dnia garnitur. Nie bez powodu również kobieta ma tendencję do odkrywania swoich atutów, wybierając się na randkę a większość subkultur ma swoje odrębne atrybuty. Nie po to, by pokazać: „taka właśnie jestem”, a właśnie „tak mnie odbierajcie”.

Strój jest także najprostszą formą manipulacji bez użycia słów. Wystarczy kilkanaście minut na przebranie się z garnituru w podarty dres, zmienić otoczenie i jesteśmy odebrani zupełnie w inny sposób. Ale pamiętajmy, to my sterujemy własnym wizerunkiem tak, aby nie doszło do sytuacji, w której ubranie wyznacza naszą wartość. Strojem można się bawić i eksperymentować, obserwując, w jaki sposób zmienia się odbiór społeczny.

Główna bohaterka Pretty woman została źle potraktowana w ekskluzywnym butiku – a wystarczyło założyć drogie eleganckie ubranie, by zyskać szacunek. Przykładów nie trzeba szukać w filmach, wiele popularnych miejsc w stolicy również może dać do zrozumienia, czy jesteś mile widziany, czy nie. Przyznajmy, że okrutna bywa pułapka oceniania drugiego człowieka przez pryzmat tego, jak wygląda. A wpadamy w nią codziennie. Brawo!

Nikt z nas nie zaprzeczy stwierdzeniu, że prezentacja wpływa na naszą ocenę w oczach innych. Strój może podkreślać wartości, które mamy w środku, być znaczącym dodatkiem osobowości i oddaniem samemu sobie szacunku. Sobie lub miejscu, w którym się znajdujemy. Ale nigdy nie sprawi, że będziemy lepszymi ludźmi. Nigdy nie będzie wyznacznikiem naszej wartości. Ale na pewno sprawi, że możemy czuć się znacznie lepiej i pewniej siebie.

Artykuł powstał w ramach mojego wystąpienia na panelu dyskusyjnym „Kreować siebie współcześnie”/Uniwersytet Jagielloński, Kraków/