FB Twitter

Rozmowa Urszuli Gruszki z Wojtkiem Smarzowskim

| 0 komentarzy

‌Wydawało się, że „Kler” będzie niczym „Botoks”, ale na szczescie Smarzowski nie został Patrykiem Vegą od kościołów, ale sobą. Przerysowany komizm zacierający się z niesmakiem. Oburza, śmieszy i skłania do refleksji. Wojtek Smarzowski. Reżyser filmowy i teatralny. Scenarzysta. Myśliciel.

Urszula Gruszka: Jakie są pana grzechy? Wyreżyseruje pan o tym film?

Wojtek Smarzowski: Spodziewałem się, że pierwsze pytanie będzie dotyczyło Kleru, ale w porządku. Grzeszę jak każdy inny człowiek. Czasem dokuczam ludziom, kogoś wyzwę, ocenię pochopnie. I jestem zbyt ciekawski, a to też podobno grzech.

Z dużą śmiałością wytyka pan ciemne strony charakteru księży. Czy to taka przywara ateistów, aby tak łatwo oceniać, zwłaszcza katolików i osoby duchowne?

Robię filmy po to, aby wywoływały one dyskusje, prowokowały emocjonalnie lub obyczajowo. Lubię zachęcać widzów do zagłębienia tematu w swoim zakresie, przeanalizowaniu czynników przyczynowo-skutkowych i samodzielnemu wyciągnięcia wniosków. Zależy mi na refleksji, którą pozostawia po sobie produkcja. Kler wywołał falę różnych odzewów, jest filmem o zepsutej instytucji, która jest poza prawem. Nie wiem czy katolicy są aż tak zaślepieni, czy jednak nieuważni, że nie uraża ich milczenie i brak odpowiedzialności wielu księży. Nie dotyka jednak on kwestii wiary.

W pana filmach widzę pewną zależność. Rozpoczęcie lekkie, zapowiada się dobrze, można nawet pośmiać się. A wraz z końcem dobre samopoczucie opada, na sercu jest ciężej i zadaję sobie pytanie, „kurcze czy o takie emocje mi chodziło?”. 

Nie interesuje mnie kręcenie filmów banalnych, błahych i sielankowych. Nie czuję potrzeby robienia filmów typowo rozrywkowych, w trakcie których się zasypia. Wchodzę w pewne historie, docierając do tego, co ukryte i zamiecione pod dywan. Interesuje mnie zarys psychologiczny postaci, dlatego często stosuję retrospekcję, aby widz rozumiał, że pewnie rzeczy nie dzieją się bez powodu. Konstruuję filmy w taki sposób, aby widzowi zabrać poczucie dobrego samopoczucia i robię to w taki sposób, aby widz nie był w stanie zorientować się, kiedy to następuje. Lubię zacierać niezauważalnie granice dobrego smaku, z tymi gorzkimi i nieprzyjemnymi.

No właśnie, jaki jest cel takiego zabiegu? 

Jak pani myśli?

Ja myślę, że to manipulacja. Ale nieskuteczna wobec wszystkich. Oczywiście, celem Kleru było oburzyć, zniesmaczyć – wywołać mocne emocje. Zastanawiam się jednak nad tym, czy Kler mógł Wiernych odwrócić od kościoła, ale myślę, że ludzi świadomych to nie dotyczy. 

Ma pani rację, moim celem było właśnie to, aby taki widz jak pani, zastanawiał się, rozmyślał, rozważał i na sobie odczuwał tę gamę emocji, dostarczanych poprzez film na wielu płaszczyznach. Nie chcę mówić, że jest to manipulacja. Jest to bardziej opakowanie trudnej treści w lżejszy sposób. Nie brakuje karykatury i humoru, bo gdyby nie ona, widzowi byłoby trudno przejść przez cały film, byłoby to zbyt ciężkie. Taki był mój zamysł i idea, nie dotyczy to tylko Kleru. Rozumiem, że jest Pani osobą wierzącą, co Pani czuła oglądając ten film?

Umocniło mnie to w wierze :)

W takim razie zrobiłem więcej, niż się spodziewałem. Bo w Klerze nie ma niczego takiego, co mogłoby urazić osoby jednocześnie świadome i wierzące. Chciałem zrobić film o ludziach. Takich samych jak my, tylko oni mają sutannę i są większymi hipokrytami. Bo jak można mówić na kazaniu o skromności, a wyciągać od wiernych pieniądze, coraz to większe i kręcenie nosem, gdy jest za mało. Chciałbym aby widz patrzył na księdza jak na człowieka, a nie świętego. Przerażają mnie sytuacje, w których duchowni dokonują czynów zabronionych lub są podejrzewani i karą dla nich jest „przerzucenie” do innej parafii. A co dzieje się z ofiarami i dlaczego kościół nie zaopiekuje się nimi? Kler nie jestem filmem jednoznacznym, bo każdy człowiek jest innym przypadkiem. Nasz Kościół jest poza prawem i nikt nie pyta o finanse. Początkowo tytuł filmu miał być inny: „Cicha taca”. Kościół sam z siebie nie oczyści i nie nawróci się, do tego jest potrzebna jakaś instytucja z zewnątrz. Ja próbuję księżom pomóc, lubię ich i widzę ich samotność.

Podoba mi się użyte określenie „nasz kościół”. Buduje pan obraz społeczeństwa. Obraz złego, zepsutego społeczeństwa. 

Nasz kościół, owszem. Spójrzmy, wszystkie uroczystości państwowe rozpoczynają się od mszy świętej. W szkole obowiązkowa katecheza. Nawet powstaje na katolickiej uczelni UKSW wydział lekarski, oczywiście ideologicznie jednoznacznie ukierunkowany. Żyjemy w państwie, gdzie kościół katolicki mamy we krwi. A wracając do obrazu społeczeństwa, dobro całą swoją energię poświęca na likwidowaniu zła. Zło jest ciekawsze i za złem jest motyw, jakaś historia, trauma człowieka. Zło często odzwierciedla rzeczywistość.

W takim razie skoro rzeczywistość jest tak zepsuta i zła, to jest pan szczęśliwym człowiekiem?

Jestem szczęśliwym człowiekiem. Czuję, że realizuję się prywatnie i zawodowo. Przyznam, że często przy realizacji filmów muszę „pozbyć się” swojego układu nerwowego. Na planie muszę ukryć emocje, ale nie znaczy, że nie towarzyszą mi. Działam dosyć maszynowo, mam do wykonania zadanie i je realizuję.

 

 

 

 

Dodaj komentarz

Wymagane pola oznaczone są *.