FB Twitter

CO JA MAM Z HISTORII?

| 2 komentarze

Mówi się, że matematyka to królowa nauk. Niech będzie… Jest jednak taka dziedzina, która stoi ponad wszystkimi i zawiera je w sobie – to historia, bliska mi już od ponad dekady (kiedy to zleciało?). W końcu jest i historia matematyki, i historia medycyny, a nawet historia książki. Co dało mi zajmowanie się nią przez tak długi czas? Czy to nudna nauka dla spokojnych ludzi w ciepłych kapciach? A może dzięki historii widzi się więcej? I czy ma ona w ogóle przyszłość, skoro zajmuje się przeszłością?

Całkiem niedawno zaskoczył mnie były Opiekun Naukowy, nauczyciel historii z czasów gimnazjum (którego serdecznie w tym miejscu pozdrawiam), proponując spotkanie z uczniami ostatnich klas podstawówki w mojej rodzinnej miejscowości. Chciał, żeby dzieci poznały „kogoś ciekawego”. Początkowo powątpiewałam w motyw przewodni rozmowy, bo wydawało mi się, że moje doświadczenie nie jest wystarczające – nie zrobiłam jeszcze przecież zawrotnej kariery, dopiero raczkuję w „wielkim świecie” i uważam, że wiele przede mną. Nauczyciel jednak, usiłując mnie przekonać, przypomniał: „Pamiętasz, jak w gimnazjum mówiłaś, że będziesz wykładała historię na Oxfordzie? A teraz powiedz, kto w tym wieku tak myśli”. Fakt, uzasadnienie miało sens, a przede wszystkim miała go dla mnie, i nadal ma, dziedzina nazwana przez Marka Tuliusza Cycerona „nauczycielką życia”, bo to ona zapoczątkowała niesamowitą przygodę, którą przeżywam do dzisiaj. Dzięki niej nauczyłam się też marzyć i robić rzeczy, o których kiedyś nawet mi się nie śniło.

Moja historyczna pasja zaczęła się mniej więcej wtedy, gdy miałam dziesięć lat. Od kiedy pamiętam, jestem bardzo ciekawa świata, lubię sama poszukiwać, odkrywać, badać i opisywać, co zaowocowało między innymi tym, że już jako trzylatka umiałam czytać (dziękuję, mamo!), bo nie mogłam się doczekać pochłaniania niezliczonej liczby książek, przekraczającej nawet normy światowe (wtedy wybierałam głównie te o kosmosie i dinozaurach, a dziś śmieję się, że dinozaury były wstępem do historii). Jako mała historyczka – a później już trochę większa – nie zrobiłam żadnej dłuższej przerwy w zgłębianiu tajemnic przeszłości. Wszystko, czego się uczyłam, było niezwykle ciekawe, intrygujące, a przede wszystkim – pouczające. Tak, znam podejście większości społeczeństwa do historii, bo przecież w jaki sposób może być ona inspirująca, skoro to tylko daty i nazwiska? Ano właśnie! Jeżeli patrzy się na tę naukę wyłącznie przez pryzmat dat, postaci i pojęć, to nie ma się co dziwić, że jest ona nudna. Wszystkie te elementy stanowią dodatek do tego, co należy zrozumieć i dzięki czemu mamy szansę nauczyć się czegoś „życiowego”. Jak to było ze mną? Co mi dała historia i jak zmieniła mój sposób patrzenia na świat?

PO PIERWSZE, WARSZAWA

Moje ukochane miasto – od chwili, gdy po raz pierwszy je zobaczyłam. Było to w gimnazjum, na ogólnopolskim finale jednej z olimpiad o tematyce historycznej. Wtedy zapadła decyzja, że chcę studiować w Warszawie i żadne inne miasta nie wchodziły od tej pory w grę. Postanowiłam również, że tutaj chcę budować swoją przyszłość. Zakochanie trwa nieprzerwanie od sześciu lat, a zaczęło się od miłości do historii.

PO DRUGIE, STUDIA

Ci, którzy znają mnie osobiście, bądź też czytali wnikliwie moje poprzednie artykuły, natychmiast zaprotestują („Hej! Ale ty nie studiujesz historii!”). Faktycznie, jeszcze przez najbliższe cztery miesiące, będę studiowała bezpieczeństwo wewnętrzne, ale, gdyby nie historia, nie byłoby bezpieczeństwa. Od samego początku najbardziej lubiłam zgłębiać historię wojen. Wszelkie konflikty – te mniejsze i większe – bardzo mnie ciekawiły, niektóre zaczynały się z błahych powodów, a urastały do rangi wojen totalnych, inne natomiast trwały krótko, lecz pochłaniały miliony ofiar, były również takie, które urzekły mnie sztuką wojenną. Historia wojen przerodziła się w historię wojskowości (nie, to nie to samo!) i historię militariów, to z kolei w zainteresowanie Siłami Zbrojnymi RP, a następnie w bezpieczeństwo wewnętrzne. Łańcuszek na pewno się na tym nie zakończy, bo bezpieczeństwo dało mi całe mnóstwo kolejnych inspiracji, a także pozwoliło zawrzeć kilka naprawdę wartościowych znajomości. I pomyśleć, że znów wszystko zaczęło się od historii.

PO TRZECIE, PATRIOTYZM

Definiowany najprościej jako „miłość do Ojczyzny”, bez symboli, a tym bardziej bez manifestacji wyższości czy zbędnej martyrologii. Kiedy zaczynasz zdawać sobie sprawę z tego, że w polskiej historii ciągle coś się działo, a w szczególności były to wydarzenia niekorzystne dla naszego państwa, to bardziej doceniasz wszystko, co masz teraz. Do dzisiaj płaczę na każdym filmie, który ukazuje zniszczoną w czasie II wojny światowej Warszawę, bo to w końcu „moje miasto”. Poza tym jestem dumna z tego, że jestem Polką.

PO CZWARTE, SZACUNEK

Do tych, którzy za Polskę ginęli czy dla niej pracowali, ale też zwyczajny szacunek do człowieka tylko dlatego, że nim jest. W historii, jak na dłoni widać, że brak szacunku i podsycanie antagonizmów nie przynosi niczego dobrego. Okazywanie go w każdych okolicznościach jest jednak wadą, więc czasem dostaję po głowie od innych ludzi. Cóż, mogę im tylko współczuć smutnego życia i potrzeby dowartościowania się poniżaniem drugiej osoby.

PO PIĄTE, JĘZYKI OBCE

Nigdy nie uczę się tylko samego języka – to byłoby zbyt proste! Uwielbiam poznawać kulturę innych krajów, tamtejsze zwyczaje, niuanse związane z gestami, osobowością użytkowników danego języka czy typowe zagadnienia z zakresu lingwistyki. Historia pomaga nie tylko dlatego, że wiesz więcej o kraju, którego języka się uczysz. Zdarzają się sytuacje, że dane słowo pochodzi od postaci historycznej, która coś zrobiła (poczytajcie na przykład, skąd się wzięła „kajzerka”, ale koniecznie poza Wikipedią!). Wystarczy mieć pojęcie, co to była za osoba i w jaki sposób podjęta przez nią decyzja wpłynęła na bieg historii. Lingwistyczna połowa mojego serca niezmiernie lubi takie ciekawostki.

PO SZÓSTE, PEWNOŚĆ SIEBIE I ODWAGA

Zajmowanie się historią przez tak długi czas spowodowało, że stałam się pewniejsza swojej wiedzy. Jestem przekonana, że miały na to wpływ wszystkie konkursy i olimpiady, w których brałam udział, zmiana zaszła jednak szczególnie w mojej głowie. Dzięki historii wiem, że „widzę więcej”, zyskałam nieograniczoną liczbę kontekstów i możliwości interpretacji otaczającej mnie rzeczywistości. Moje pierwsze „poważne” wypowiedzi i referaty były związane z tą wielką życiową pasją. Zawsze lubiłam momenty, gdy ludzie mnie słuchali. Tak złapałam wiatr w żagle i pokochałam wystąpienia publiczne. Cieszę się za każdym razem, kiedy mogę opowiedzieć innym o tym, co dla mnie istotne, gdy widzę, że są zainteresowani i doceniają wysiłek, który wkładam w przygotowanie danego tematu.

PO SIÓDME, ZNAJOMI I ZNAJOMI ZNAJOMYCH

Nie zliczę w tym momencie, ilu wspaniałych ludzi poznałam dzięki historii. Począwszy od moich Opiekunów Naukowych z gimnazjum i liceum, przez znanych badaczy w komisjach konkursowych, po uczestników – w większości takich, jak ja pasjonatów, którymi zawsze się zachwycałam, początkowo nie dostrzegając, że jestem taka sama. Z wieloma osobami do dzisiaj utrzymuję kontakt, wspieramy się nawzajem i dopingujemy, choć każdy z nas wybrał inną drogę życiową, niekoniecznie związaną z historią. Jednak to właśnie ona kiedyś nas połączyła i wciąż pomaga zrozumieć świat.

PO ÓSME, SZEROKIE HORYZONTY

Myślę, że to największy plus. Tak, jak pisałam na samym początku, historia jest wszędzie, przenika inne dziedziny, które dzięki niej nabierają większego sensu. W pewnym momencie zauważasz, że wiele wydarzeń się powtarza, że konkretne osoby podejmowały decyzje, prowadzące do katastrofalnych skutków. Kiedy widzisz, że współcześnie żyjący ludzie robią to samo, wiesz już, co się stanie, nie musisz kierować się opiniami komentatorów bieżących wydarzeń. Po pewnym czasie zdajesz sobie już sprawę, że niektóre z nich są błędne, często stanowią nadinterpretację. Wtedy wiesz, że komuś z historią nie po drodze.

Patrząc z perspektywy czasu, śmiało mogę stwierdzić, że nauka historii to najpiękniejsze, co mi się zdarzyło, ponieważ zapoczątkowała wszystko, co teraz dzieje się w moim życiu. Dzięki niej jestem w stanie zdefiniować swoją tożsamość – to, co mnie kształtuje, co na mnie wpływa i jak przez to widzę świat. Każdemu polecam zagłębianie się w tajemnice przeszłości – z otwartym umysłem, bez uprzedzeń, w gotowości nie tyle, by nauczyć się czegoś nowego, ile zrozumieć siebie i otoczenie. Historia wcale nie musi być nudną dziedziną dla emerytów. Sama nie jestem osobą, która dłubie w archiwach i unika ludzi – to wszystko mity na temat historyków i historyczek! Mój charakter określiłabym raczej przymiotnikiem „niekonwencjonalny”, a od ciepłych kapci wolę szpilki!

omentarzy

  1. Aniu bardzo przyjemnie czyta sie Twoje wpisy. Mamy chyba podobne podejście do życia

Dodaj komentarz

Wymagane pola oznaczone są *.