FB Twitter

Trudne życie nocnych marków

| 1 komentarz

Szósta trzydzieści. Nagły dźwięk budzika brutalnie wybudza cię z samego środka snu, mimo że melodia jest całkiem ładna i łagodna. Chwilę zajmuje ci uświadomienie sobie, gdzie jesteś, co się dzieje, a w końcu uznanie tego najgorszego faktu: to już nie sen. Naprawdę jest szósta trzydzieści, a ty musisz wstawać do pracy czy na zajęcia. Przez następne piętnaście minut włączasz w telefonie drzemkę za drzemką, a kolejne pięć – całkiem serio zastanawiasz się nad tym, co by tu wymyślić, żeby jednak nie wychodzić z łóżka, i że oddałabyś/oddałbyś wszystko za kolejne godziny snu. W końcu wstajesz, zaczynasz nieudolnie szykować się do wyjścia, a twoja twarz musi przypominać twarz skazańca prowadzonego na szafot.

Brzmi znajomo? A może przeciwnie – uważasz, że powyższy tekst to gruba przesada i zwykłe użalanie się nad sobą? Jakkolwiek by nie było – czytaj dalej.

Kto rano wstaje, temu Pan Bóg daje

Chyba każdy z nas kiedyś słyszał to zdanie. Z jakiegoś powodu od wczesnego dzieciństwa wszyscy wokół – rodzice, babcie, dziadkowie, nauczycielki – wmawiają nam, że wstawanie rano to jeden z ważniejszych kroków do sukcesu, że jeśli nie wyskakujesz radośnie z łóżka najpóźniej o 7:00, to jesteś leniem, a im wcześniej ktoś wstaje, tym na większy zasługuje szacunek.

Oczywiście, są takie osoby, które z lenistwa nie wstają z łóżka przed dwunastą, a w zasadzie to najchętniej przeleżały by w nim cały dzień, śpiąc, w przerwach oglądając seriale. Ale często sprawa przedstawia się zgoła inaczej, a osoby takie jak ta przedstawiona w opisie na początku tego tekstu bynajmniej nie muszą zaliczać się do leniwych, a po prostu nie są w stanie wstawać wcześnie rano z uśmiechem na ustach, nie mówiąc już o produktywnej pracy. Od czego w takim razie to zależy? A no od jednej podstawowej rzeczy: naszego chronotypu.

Sowy, skowronki i inne zwierzęta

Słyszeliśmy o tym nieraz. Zgodnie z nauką, chronotypem nazywamy wewnętrzny zegar biologiczny, który wyznacza nam optymalne pory snu i czuwania. Za najbardziej podstawowe uznaje się dwa typy: sowę, tudzież „nocnego marka” oraz skowronka, inaczej: „rannego ptaszka”. Większość ludzi jednakże znajduje się na kontinuum gdzieś pomiędzy tymi dwoma typami, a podręcznikowe skrajności nie zdarzają się wcale tak często.

Ale się zdarzają. Osobiście jestem dość skrajnym typem „nocnym”. Może nie bardzo skrajnym, gdyż prawdopodobnie takie osoby najchętniej kładłyby się na co dzień spać koło 4, a wstawały nawet po południu, lecz z pewnością wychodzę już poza średnią populacyjną. Gdybym sama mogła o tym decydować, zasypiałabym około drugiej i wstawała w okolicach dziesiątej, weekendowo zarywając noce z okazji imprezy lub innych towarzysko-kulturalnych aktywności.

Niestety świat przystosowany jest do skowronków, względnie typów pośrednich, a osoby określające się jako sowy, które przecież muszą w jakiś sposób pracować i zarabiać na życie, skazane są na codzienne przykrości i niewygody.

I to naprawdę nie jest przesada. Ja przez lata zmuszona byłam, i nadal jestem, do wczesnego wstawania – najpierw, gdy dzień w dzień musiałam wstawać o 6:20 do liceum, w późniejszym czasie zaś – do pracy. Nigdy nie byłam w stanie się przyzwyczaić. Podobnie jak siedem lat temu, tak i dzisiaj podnoszę się rano z łóżka niemalże ze łzami w oczach, pierwsze godziny pracując z totalnie niską efektywnością, po powrocie do domu padając z nóg i słaniając się ze zmęczenia – bo cokolwiek by się nie zdarzyło, wieczorem i tak zawsze wróci mi energia i nie ma szans na to, abym zasnęła przed północą. Ale nawet, gdyby to się udało, to i tak obudzę się rano półprzytomna, bo znacznie bardziej niż ilość snu istotne są właśnie jego godziny – bowiem chronotyp zmienić jest bardzo ciężko.

Można próbować za pomocą terapii światłem czy zmiany nawyków przekształcić trochę swój chronotyp w jednym bądź drugim kierunku – ale tylko wtedy, gdy plasujemy się bliżej średniej rozkładu. Zmiana z sowy w skowronka (lub odwrotnie, choć nie spotkałam jeszcze osoby, która pragnęłaby czegoś takiego) jest praktycznie niemożliwa. Tymczasem przeważająca większość firm w dalszym ciągu przyjmuje jedynie najbardziej standardowe godziny pracy – 8-16, góra 9:30-17:30, ale nie daje to zbyt wiele, bo często i tak trzeba wstać o świcie, gdyż na przykład dodatkowo godzinę spędzamy rano na dojazdach. W niektórych miejscach wprowadza się już tzw. widełki czasowe, w których pracownicy muszą stawić się w pracy – często jednak górną granicę stanowi i tak godzina 10:00, co dla osób skrajnie wieczornych ciągle jest zbyt wcześnie. Poza tym, wciąż są to tylko wyjątki.

Jako ciekawostkę dodam, że w literaturze i Internecie można znaleźć więcej rodzajów chronotypu, przyjmujących nazwy innych zwierząt: wilka, lwa czy też tygrysa. Pewnie można by mnożyć je i mnożyć, bo przecież bynajmniej ludzie, nawet w tym jednym aspekcie, nie dzielą się na zaledwie trzy czy pięć kategorii, jednak idea pozostaje ta sama: każdy z nas posiada swój własny zegar biologiczny i żeby czerpać jak największą radość z życia i jak najlepiej radzić sobie w życiu zawodowym, chociaż mniej więcej powinno się tego zegara słuchać.

Jestem sową: i co teraz?

Na to pytanie nie ma niestety dobrej odpowiedzi. Bo nawet, gdyby w firmach zaczęła upowszechniać się możliwość późniejszego przychodzenia do pracy, to często osoby o chronotypie sowy najbardziej efektywne są w późnych godzinach wieczornych lub wręcz w nocy – a trudno wymagać, aby jakikolwiek biznes działał normalnie o takich porach.

Zawsze jednak lepsze to niż nic. Przesunięcie widełek pracy z 8-16 na chociażby 10-18 nie tylko zwiększyłoby dobrostan psychiczny pracowników-nocnych marków, ale również przełożyłoby się na wyniki – znaczący byłby wzrost produktywności, a zatrudniona osoba dopiero w takiej sytuacji mogłaby mieć okazję, aby pokazać swoje prawdziwe możliwości.

Jest jeszcze drugie wyjście – freelance lub home office. Niestety, nie każda profesja może pozwolić sobie na taki system pracy. Czasem może warto po prostu przystanąć i zastanowić się: co właściwie chcę robić w życiu i czy może dałoby się robić to w ten sposób, aby funkcjonować jak najbardziej w zgodzie ze swoim organizmem? Sama pamiętam okres, gdy nie pracowałam, jedynie studiowałam, i choć miałam na głowie sporo obowiązków, nie tylko związanych z uczelnią, to ani jednego dnia nie musiałam wstawać wcześniej niż 9:00. Często w przypływie weny zaczynałam wtedy pracę wieczorami, siedząc przed komputerem do późnej nocy – był to mój nie tylko najbardziej produktywny, ale również kreatywny okres w ciągu ostatnich lat.

Wnioski

Jak napisałam wcześniej, nie ma jednoznacznej odpowiedzi na to, jak radzić sobie, posiadając skrajną odmianę chronotypu. Gdy sytuacja nie wygląda aż tak krańcowo, można próbować przesunąć swój zegar biologiczny nieco w jedną lub drugą stronę, jednak w tym temacie nie jestem ekspertem i lepiej zasięgnąć porady specjalisty lub osoby, której taki manewr kiedyś się udał.

No i co bardzo istotne – do wszystkich was, którzy zwykliście patrzeć na osoby mające problem ze wstawaniem jako leniwe i niezorganizowane: nie oceniajcie, bo naprawdę nie rozumiecie, jak trudno jest funkcjonować w sytuacji, gdy ciało nie chce robić tego, co głowa mówi, że robić powinno.

Bo czasem prawdą jest tylko jedno: kto rano wstaje, ten jest po prostu zmęczony.

Jeden komentarz

  1. Ciekawe i kompletne wyjaśnienie funkcjonowania chronotypu Sowy:-)) Mam teraz dużo więcej empatii i zrozumienia dla nocnych marków:-)) Wszystkie Sowy – zjednoczcie się i zmieniajcie świat dla siebie i innych!

Dodaj komentarz

Wymagane pola oznaczone są *.