FB Twitter

Konkretnie o niekonkretnym

| 0 komentarzy

Swego czasu napisałam artykuł na temat wyboru studiów, skierowany głównie do maturzystów. Tak się złożyło, że niedługo znowu będę musiała zdecydować, co wybrać, ale tym razem na II stopniu. Ponownie nie uważam, by było to proste. Zdążyłam się już zirytować i właśnie ta irytacja stała się bodźcem do powstania niniejszego felietonu.

W rozmowie z osobą, która nie należy do bliskiego kręgu moich znajomych, opowiedziałam, jakie kierunki rozważam. Cała dyskusja trwała około pięciu minut, a moje dość szybkie wyliczenie, bez zagłębiania się w szczegóły, zostało skwitowane krótkim: „To nic konkretnego”. Aha… Doceniam ludzi, którzy potrafią wyrazić swoje zdanie o studiach, nie znając niczego poza ich nazwą, zwłaszcza, że niektóre brzmią enigmatycznie. Poza tym osoba, z którą rozmawiałam, skończyła właśnie taki „niekonkretny” (według jej definicji) kierunek studiów. Czyżby „zapomniał wół, jak cielęciem był”…?

Bardzo często słyszę, że ktoś, kto, przykładowo, skończył (lub studiuje) socjologię, psychologię, polonistykę, bezpieczeństwo czy politologię, to tak naprawdę nie skończył (nie studiuje) „niczego konkretnego”. Panuje również opinia, że nie musiał się dużo uczyć, bo w końcu „co to są za studia” (stwierdzenie okraszane dodatkowo wymownym prychnięciem). No dobrze, ale po kolei… Jak tak sobie myślę, to akurat w dzisiejszych czasach uzyskanie tytułu magistra faktycznie nie jest jakimś wielkim wyczynem, szczególnie jeśli studenci opierają się nie na nauce i zdobywaniu doświadczenia, tylko na ściąganiu. Za nic mają sobie podpisywaną przy przyjęciu na studia przysięgę uniwersytecką, która m.in. zobowiązuje ich do zdobywania wiedzy w sposób etyczny. Ale kto by się tam przejmował jakimiś przysięgami, prawda? W końcu jest XXI wiek, nowoczesność wokół aż kipi!

Teraz tytuł magistra jest o wiele mniej poważany niż w czasach naszych rodziców. Wystarczy przywołać dość popularne stwierdzenie, że „każdy może skończyć studia”. Mówienie jednak komuś, że skoro studiuje dany kierunek, to tak naprawdę nie studiuje niczego, jest co najmniej głupie. Nie znamy tej konkretnej osoby (chyba że to nasz bliski przyjaciel czy przyjaciółka – wtedy, być może, mamy podstawy, by takie opinie wygłaszać) i po prostu wyrażamy bardzo krzywdzący osąd o danej grupie w stylu: „skończyli socjologię, więc nic nie umieją”. Warto mieć na uwadze, że zawsze znajdzie się kilka osób, które na tę przykładową socjologię poszły i uczyły się jej z pasją. Nie mam tu na myśli tylko wiedzy teoretycznej, bo nie chodzi o to, by nauczyć się stu regułek na pamięć, ale o to, by zrozumieć. Rozumie się zazwyczaj przez praktykę czy przez przyswajanie czegoś więcej niż tylko notatek z zajęć (często nie własnych) czy prezentacji, które wyśle wykładowca.

Wróćmy do słów „nic konkretnego”. Pomyślałam sobie wtedy, co ludzie uważają za „konkretny” kierunek studiów. Może biologia molekularna brzmiałaby poważniej niż „jakaś tam” politologia albo psychologia, tylko że jeśli są one kończone przez osobę, która lubi te dziedziny, to wszystko jest w porządku! Trzeba trochę bardziej szanować ludzi, którzy wybierają sobie własną ścieżkę życia. Nie zawsze jest tak, że ktoś idzie na dane studia, bo nie ma planu na siebie. Są tacy, którzy wiedzą, że na nich się rozwiną. Właśnie tak działają kierunki humanistyczno-społeczne! Wszystko zależy od studenta, jego podejścia i chęci do rozwoju!

Swoją drogą, pamiętam, że gdy wybierałam profil w liceum, to również funkcjonował (i dalej ma się dobrze) stereotyp, że tzw. „human” jest dla tych, którzy „nie lubią matematyki”, „nie wiedzą, co chcą robić”, czy też „chcą przeleżeć całe liceum”. Ja zdecydowałam się wtedy na profil humanistyczno-lingwistyczny i szczerze powiem – nie czuję, żebym „przeleżała” liceum, a wręcz przeciwnie – do tej pory był to chyba najbardziej produktywny czas w moim życiu. Robiłam wiele rzeczy indywidualnie i mogłam się rozwijać wszechstronnie, a nie tylko w jednej dziedzinie, co mnie, człowiekowi zaciekawionemu wszystkim od urodzenia, bardzo się podobało. Choć tu też trzeba oddać pokłon mojemu liceum, które, pod względem podejścia do ucznia, jest naprawdę wyjątkowe. Obecnie mam wrażenie déjà vu. Dziwię się tylko, że nie wystąpiło ono, gdy wybierałam kierunek na I stopniu. Zastanawiam się, z czego to wynika… Może wtedy nie zwracałam uwagi na opinie innych ludzi, tylko uwierzyłam swojej intuicji? Może nikt nie negował wówczas moich wyborów? Chyba nie znajdę już poprawnej odpowiedzi…

W poprzednim artykule zadawałam retoryczne pytanie – „po co iść na coś, co mnie nie interesuje?”. Jasne, mogłabym wybrać wspomnianą biologię molekularną (bo w końcu, czemu nie?), ale mimo to czuję, że prędzej czy później nie odnalazłabym się na tych studiach. Skoro jest coś, co zostawia daleko w tyle konkurencję, to dlaczego mam tego nie wybrać? Może polubi mnie z wzajemnością? Nie dajcie sobie wmówić, że coś, co wybieracie „nie jest konkretne” albo to źle, że macie wiele zainteresowań. Współcześnie nie jest tak, że wyuczymy się jednego zawodu i będziemy go wykonywać całe życie. Ciągle trzeba się rozwijać, dziedziny wiedzy przenikają się, cały czas przeprowadzane są nowe badania i odkrywane nowe fakty. W życiu właśnie o to chodzi – żeby nie stać w miejscu! I, być może, ten „niekonkretny” kierunek bardzo się do tego przyda, bo rozwinie ogólnie, wskaże drogę i punkt zaczepienia. Ktoś, kto faktycznie traktuje studiowanie jako ważną i twórczą część życia (tak, „twórczą”, dobrze czytacie), wiele rzeczy będzie robił samodzielnie lub z pomocą innych osób (wykładowców, promotorów czy opiekunów naukowych), znajdzie i doczyta ciekawiące go zagadnienia.

Chcę, aby na koniec wybrzmiało to jasno – nie definiuje mnie kierunek studiów, ale to, co po tych studiach zostanie mi w głowie i sercu. Pozdrawiam przy okazji wszystkich tych, którzy według społeczeństwa i znajomych „nie studiują nic konkretnego”. Powodzenia!

Dodaj komentarz

Wymagane pola oznaczone są *.