FB Twitter

To miasto bez tożsamości

| 0 komentarzy

Aleje Ujazdowskie tęsknią za wami

To miasto bez tożsamości – powiedziała mi Maria pewnego, wczesnowiosennego dnia. Zima się dłużyła. Warszawa była wtedy smutna – tak jak smutne potrafi być czasem tylko to miasto. Milczałyśmy przez dłuższą chwilę sącząc gorącą herbatę z wyszczerbionych kubków.– Lubię tu być – powiedziała z pewnością w głosie. – Cieszę się, że spędzam swojego Erasmusa w Warszawie. Tu ciągle coś się dzieje, ludzie są mili, mężczyźni mniej obcesowi. I to miejsce – czuję, jak wolność wypełnia ściany i wylewa się na zewnątrz kamienicy. W Warszawie czuję się wolna. Ale staram się nie mówić tu po niemiecku, wiem, co zrobiliśmy wam w czasie wojny. Nie lubię tylko presji. Polki zawsze są idealne – w butach na obcasie i skrojonych niemal na miarę strojach. Błyszczą na warszawskich ulicach. Myślę, że to miejsce dla mnie, choć czasem chcę uciec – mówiła. Warszawa, miasto, które dopiero poznawała, nieustannie szukało samookreślenia. Niepewne swojego statusu wzrastającej metropolii, postkomunistycznego molocha czy pocztówkowej piękności stale docierało się w sprzecznościach. Chyba właśnie za to najbardziej kochali je przybysze z Zachodniej Europy. Ich miasta osiadły już w pięknej perfekcji, Warszawa wciąż miała coś do odkrycia.

Cafe Kryzys i zziębnięty Romain  

W warszawskiej nieoczywistości zakochał się Romain, który przyjechał z północy Francji. – Nie słuchaj tych z Paryża – im nigdzie nigdy się nie podoba – mówił. Gdy wrócił do domu, ogarnęła go pustka. Zrozumiał, że dopiero w Warszawie poczuł, że żyje. Gdy wyjeżdżał zostawił swoje ubrania w squacie – Im bardziej się przydadzą – stwierdził. Bywał tam często, przychodził na tanią herbatę, którą uwielbiał. Często opowiadał mi o małej herbaciarni w Hawrze, do właściciela której pisał czasem listy. Pomieszczenie Cafe Kryzys rozgrzewał drobny piecyk i żar kiełkujących idei. Romain pisał wiersze i grał na gitarze, najbardziej tęsknił za francuską ciężką śmietaną. Mieszkał przy Łazienkach, lubił obserwować z okna wiewiórki. Z czasem zaczął odpowiadać na pytania starszych kobiet na przystanku. – O której będzie autobus? – Nie wiem, przepraszam – mówił łamanym polskim. Na bazarze na Kole zmarzniętymi palcami przekładał winyle. Zachwycały go stare fotografie, skrawki czyjegoś życia wycenione na kilka złotówek. Siedzieliśmy razem w żółtej budce wietnamskiego baru pijąc herbatę i dzieląc talerz sajgonek. Dotknął wtedy prawdziwej Warszawy, byłam tego pewna. W stolicy odwiedzili go koledzy, którzy wracali owiani chłodem, ale i oczarowani. – Poczuliśmy prawdziwy powiew życia, świeżości, której nie znaliśmy – pisali później. Gdy Romain wyjechał, Warszawę spowiły mgły. Jego zachwyt nad tym miastem wprawiał w ruch tutejsze brudne powietrze.

Pomnik Mickiewicza i wzruszenie Jessiki

Jessica kochała Polskę. Amerykanka z polskimi korzeniami, na stałe mieszka w Montrealu. – Leonard Cohen studiował na moim uniwersytecie. Czasem mam wrażenie, że w Polsce zna go więcej osób niż w Kanadzie, szczególnie młodych – mówiła. Opowiadałam jej wtedy o miłości zaszczepionej we mnie przez ojca, który słuchał Cohena, gdy wyjeżdżaliśmy na wakacje. Dance me to the end of love na zawsze stało się dla mnie melodią spełnionej miłości. Jessica to rozumiała, w końcu to ona pod koniec ubiegłego roku miała wrażenie, że widziała ducha Cohena na korytarzu uniwersytetu. W Warszawie ze wzruszeniem mówiła o polskiej historii. Gdy w Teatrze Narodowym, w czasie przerwy między pierwszym i drugim aktem Dziadów, czekałyśmy w kolejce na kawę, opowiadała o Mickiewiczu. Wzruszona przechodziła w opowieści do 1968 roku: – To właśnie po tym przedstawieniu zbuntowali się studenci – mówiła podekscytowana. Bezbłędnie zamawiała po polsku piwo i dyskutowała o filmach. Lubiła filmy Wajdy. Uważnie analizowała metafory i nie przystawała na prostych wyjaśnieniach. Jego kino uznawała za całość – całość polskich losów i narodowej mitologii. – Nie powinniśmy burzyć wszystkich mitów – mówiła. Przeczesywała gąszcze polskiej literatury – od klasyki przechodziła w awangardę kończąc na współczesnych – Chutnik i Witkowskim. Czytałaś już Foucault w Warszawie? Masz ochotę na posłuchać jazzu na Starówce? – zawsze podążała za rytmem miasta.

Piętro w socrealistycznym pałacu  

Pietro przyjechał do Warszawy, by napisać pracę magisterską o Muranowie. Błądziliśmy razem po zakamarkach tego nowego miasta powstałego na zgliszczach. Oddychał atmosferą odbudowy. W Muranowie dostrzegał jakąś głęboką moralność urbanistów i architektów. Pod Pałacem Kultury opowiadał mi o ideologiach i wielkich gmachach. Wskazał wtedy na posąg Mickiewicza: – Znalazłem kiedyś Sonety krymskie w bibliotece we Włoszech. Wzruszeni monumentalnym pięknem socrealistycznej Warszawy, chowaliśmy się przed deszczem we wnętrzach warszawskiego Pałacu. Moi rodzice wierzyli w komunizm – wyznał. – Od kiedy jestem w Polsce, nie potrafię już myśleć jak oni.

Mark pod Halą Mirowską

Mark lubił warszawskie restauracje: – W tym jednym miejscu możesz dotknąć całego świata – opowiadał podekscytowany. Intrygowały go polskie wersje zagranicznych potraw – sałatka grecka z sałatą, naleśniki meksykańskie z kiszonym ogórkiem, pokochał kebab z kapustą. Na Pradze jedliśmy razem pyzy i spacerowaliśmy po Różycu. – Boisz się tu czasem? – pytałam pewna, że słyszał już dziesiątki przestróg. Mówił, że się nie bał, choć wolał nie przyznawać się do amerykańskiego pochodzenia. – Nie chcę być już pytany o Trumpa – mówił. Szczęśliwie ominęła go wizyta prezydenta, którego nie uznawał. W myślach słyszę przeprosiny, po których można było poznać, że od lat mieszka w Kanadzie. Mark uwielbiał mieniący się tęczowymi światłami klub Galeria pod Halą Mirowską, którego bywalcy witali się z właścicielem całusem w policzek, a na barze spoczywały tęczowe zapałki „Kampanii przeciw homofobii”. Jeszcze tu wrócę – stwierdził zamawiając Żubrówkę.

Jeannie i kasztany w Alejach Ujazdowskich

Z nimi – studentami z różnych stron świata oglądałam polskie filmy. Po Niewinnych czarodziejach dyskutowaliśmy o pokoleniach i miłości, która czasem spełnia się w niespełnieniu. My – członkowie pokoleń z różnych krajów czytaliśmy ten film inaczej. Zakończenie brane było za tragiczne bądź szczęśliwe – jako wyzwolenie ze świata gry albo wejście pod szklany sufit rzeczywistości. Pokolenie nihilistów – to o nas czy o nich? – pytaliśmy. Po obejrzeniu Popiołu i diamentu Kanadyjka Jeanne zacytowała Maćka Chełmickiego: – „W tym kraju nic nie jest poważne. Ale wiesz, przyzwyczaiłem się”. To chyba w Polsce się nie zmieniło – dodała. Miałam wrażenie, że dotknęła wtedy sedna wiecznych niepokojów, które miotają sercami Polaków. Wzruszyła się, gdy Maciek wspominał z portierem ich dawną Warszawę i kasztany, które kwitły w Alejach Ujazdowskich. Czułam, że Warszawa pozostawi w niej ślad – wspomnienie podobne do zakwitających wiosną kasztanów.

Oni wszyscy uczyli mnie miasta na nowo. Wzruszało ich to, co nie skrusza już serca przechodnia z warszawskiej ulicy. Szukali, wciąż w potrzebie docierania do źródeł i tego, co prawdziwie polskie i warszawskie. Zakochiwali się w Warszawie na nowo wdychając powietrze po deszczu, dotykając zmarzniętych policzków we wnętrzach kawiarni. Składali się na opowieść o tym mieście bez granic, które choć przez chwilę wszyscy nazywali swoim własnym. Miasto bez tożsamości mieniło się mozaiką przypisywanych mu cech i rozgrywających się w nim historii, które przeżywali ludzie różnych narodów i kultur. Ściany budynków, bramy kamienic, stoliki kawiarni, schody muzeów – one wszystkie zapamiętają wasz lekki chód i skupienie w pełnym zachwytu odkrywaniu.

Autor: Maria Dybcio

Studentka stosowanych nauk społecznych, ?prawie? absolwentka studiów wschodnich. Wielbicielka literatury faktu i Polskiej Szkoły Filmowej. Zafascynowana Kaukazem i Bałkanami. Zakochana we wszystkim, co warszawskie. Dla SEDNA odkrywa nieznane zakątki Warszawy i śledzi aktualne festiwale filmowe.

Dodaj komentarz

Wymagane pola oznaczone są *.