FB Twitter

JAK (SIĘ) NIE KOMUNIKOWAĆ? KRÓTKI KOMENTARZ OKIEM STUDENTKI

| 0 komentarzy

Nie umiemy ze sobą rozmawiać – czas najwyższy się do tego przyznać. Nie umiemy ani mówić, ani słuchać. A co umiemy? Krzyczeć! I to baaardzo głośno! Potrafimy też obrażać – to wychodzi nam wspaniale!

Trudno przejść obojętnie obok tego, jak wygląda polska debata publiczna. Śmiało można powiedzieć, że jej jakość zawsze była daleka od ideału. Odnoszę jednak nieodparte wrażenie, że w ostatnim czasie spory urosły do niewyobrażalnych rozmiarów, antagonizmy przybrały na sile, język zaostrzył się i uległ prymitywizacji, nie wspominając już o całkowitym zdeptaniu jakichkolwiek reguł etycznych i komunikacyjnych.

Z tego, co pamiętam, w szkole uczono mnie (więc mam prawo zakładać, że innych również) kultury komunikacji międzyludzkiej, do której należy, między innymi, szacunek do rozmówcy i dbanie o jakość języka (czyli powstrzymywanie się od wulgaryzmów i słów powszechnie uznawanych za obraźliwe). Teraz zastanawiam się, w którym momencie wiedza ta przestała współgrać z rzeczywistością. Ludzie wolą dać upust emocjom, szczególnie w internecie, bo wydaje im się, że tam są anonimowi. Uwierzcie mi, że jednak nie są. Wszelkie fora, na których można pisać jako „gość”, są anonimowe tylko z nazwy. Komentarz w mediach społecznościowych, także ten usunięty, jest przypisany do profilu (nawet, jeśli profil jest, według przekonań właściciela, „fałszywy”), a stąd tylko krok do ustalenia numeru IP i tożsamości autora. Jedną wypowiedzią można zniszczyć wszystko w swoim życiu: karierę, szacunek innych ludzi i dobre imię. Miej to na uwadze, gdy kolejny raz postanowisz się „wypisać” i pokazać innym, jacy to są „beznadziejni”.

Błędy w komunikacji są najlepiej widoczne wśród osób publicznych, które, siłą rzeczy, słychać w państwie najczęściej. Można powiedzieć, że w pewnym sensie są one obarczone szczególną odpowiedzialnością związaną z dbaniem o jakość wypowiedzi. Tym bardziej nie dowierzam, gdy poziom dyskusji między nimi drastycznie spada do przepychanek słownych i prób udowodnienia swojej wyższości nad rozmówcą. Przecież powinni stanowić wzór dla zwykłych ludzi, a przynajmniej starać się nim być. Nie ma się co dziwić, że nie umiemy ze sobą normalnie rozmawiać. Przykład idzie z góry!

Nie byłabym sobą, gdybym nie zaczęła się zastanawiać, gdzie leży przyczyna tego, że wolimy krzyczeć i poniżać, niż merytorycznie i kulturalnie się komunikować. Po odpowiedź udałam się oczywiście do skarbnicy wiedzy studentów, czyli Biblioteki Uniwersytetu Warszawskiego. Po kilku godzinach znalazłam w końcu to, czego szukałam, a tytuł książki zamieszczam pod artykułem.

Kazimierz Michalewski, autor tekstu „Mimowolna agresja w komunikacji”, potwierdził moje przypuszczenia. Otóż, w atakowaniu drugiej osoby nie chodzi bynajmniej o rozwiązanie problemu, którego dotyczy dyskusja. Kwestią kluczową jest „pognębienie konkurenta” (zwracam uwagę, że profesor nie bez przyczyny używa określenia „konkurent”, a nie „partner w rozmowie”). Autor podkreśla też, że media bardzo skrupulatnie wyłapują wszelkie oznaki takiego konfliktu i dodatkowo podsycają go poprzez umiejętne podpytywanie zwaśnionych stron o jego przyczyny, chociaż nie chodzi im wcale o rozwiązanie sporu, ale o sensację.

Dzięki tym wnioskom, widać jak na dłoni „chorobę”, która toczy polską debatę publiczną – dążenie do poniżenia, wręcz „dokopania” rozmówcy przy jednoczesnym braku jakichkolwiek chęci dogadania się i rozwiązania problemu. Obserwujemy, jak jedni ubliżają drugim, a ci drudzy nie pozostają im dłużni. Podczas manifestacji i strajków osoby publiczne z ironią, a nieraz nawet z jawną wrogością, wypowiadają się o ich uczestnikach. Często w niewybrednych słowach czynią to politycy, okazując tym samym ignorancję i brak szacunku (niejednokrotnie wobec własnych wyborców). Demonstranci odpłacają się pięknym za nadobne i zdarza się, że niosą hasła, które nigdy nie powinny znaleźć się w przestrzeni publicznej. Również pracownicy uczelni wyższych (zdawałoby się – ludzie oczytani i erudyci) dają czasem popis braku kultury i umiejętności interpersonalnych, włączając się w spór emocjonalnie, a nie merytorycznie. Chyba właśnie na nich opinia publiczna najbardziej się zawodzi i ich postępowanie najczęściej krytykuje. Trudno się temu dziwić – przecież są to ludzie, od których, bądź co bądź, oczekuje się otwartego umysłu, tolerancji, a przede wszystkim kulturalnego wysławiania się i używania racjonalnych argumentów.

To, co mówimy i piszemy, czyli to, co (i jak) komunikujemy, jest częścią naszego zachowania, a każdy z nas indywidualnie odpowiada za wszystko, co robi. Uzasadnienie „ale przecież oni też…” okazuje się bezpodstawne. Zanim pójdziesz za tłumem, użyj głowy! Na tę kwestię zwraca uwagę także autor polecanego przeze mnie tekstu. Okazuje się, że dość często nadawca komunikatu jest świadomy, że jego wypowiedź jest agresywna. Niestety, gorzej już z tym, by zdać sobie sprawę ze skutków, które może ona wywołać. Według mnie ta diagnoza jest trafna nie tylko w przypadku formułowania wypowiedzi. Ludzie zdecydowanie zbyt często ulegają chwili (ach, to carpe diem…), robią głupie rzeczy, a później dziwią się, że spotykają ich za to nieprzyjemne konsekwencje…

Ale wracając do komunikowania… Oczywiste jest, że każdy z nas stawia czoła różnym sytuacjom i przykrym doświadczeniom. To zrozumiałe, że się wtedy denerwujemy, pragniemy przeklinać innych do czwartego pokolenia wstecz, a w skrajnych przypadkach życzymy śmierci „obiektowi” naszej złości. Trzeba mieć jednak na uwadze, że bycie człowiekiem wymaga powstrzymywania się w takich przypadkach od instynktownych zachowań. Nie można uzewnętrzniać wszystkiego, co się nam podoba. Każde nieodpowiedzialne i społecznie nieakceptowane zachowanie może się spotkać z konsekwencjami zarówno prawnymi, jak i pozaprawnymi. Ośmieszanie i obrażanie drugiej strony nie jest argumentem! Wypowiedzi przepełnione pogardą, jawne kłamstwa i manipulacja również!

Drodzy Polacy! Mamy prawo protestować, mamy także prawo się nie zgadzać i spierać, ale niezależnie od wszystkiego mamy OBOWIĄZEK się szanować i dbać o jakość języka polskiego! Na koniec chciałabym podkreślić jedno – jeżeli brakuje rzeczowych argumentów albo nie udaje się ich wymyślić, to wydaje się, że najłatwiejszym sposobem jest obrażenie przeciwnika. Problem w tym, że takie działanie prowadzi tylko do zaognienia konfliktu.

Życzę mądrości życiowej i więcej powściągliwości!

Dziękuję za uwagę!

Michalewski K., Mimowolna agresja w komunikacji, [w:] Piotrowicz A, Witaszek-Samborska M. Skibski K. (red.), Kultura komunikacji językowej 2. Etyka i etykieta w komunikacji językowej, Poznań 2012.

Dodaj komentarz

Wymagane pola oznaczone są *.