FB Twitter

My, kibice

| 0 komentarzy

Nigdy nie rozumiałam fenomenu skoków narciarskich. Jak może fascynować sport, który jest tak nudny? Najpierw pięćdziesięciu mężczyzn ubranych w różnokolorowe kombinezony odpycha się od belki startowej, by spędzić kilka sekund w powietrzu. Potem dwudziestu z nich odpada. Na końcu trzech wybrańców staje na podium. Łącznie dwie godziny z życia wyjęte na zawody.

Przestałam jednak na nie patrzeć w ten krzywdzący sposób podczas Igrzysk Olimpijskich w Soczi w 2014 roku. Zobaczyłam wtedy coś, czego nigdy wcześniej nie dostrzegałam. Ekscytację na twarzy każdego z zawodników. Świecące oczy patrzące na wyniki rywali, które dla jednych były przekleństwem, a dla drugich błogosławieństwem. Pamiętam, jak na belce startowej usiadł Kamil Stoch, w malinowym kombinezonie i w zielonym kasku z biało-czerwoną szachownicą. Pamiętam jak pięknie leciał w powietrzu. Na zeskoku podniósł ręce w geście triumfu, a na dojeździe podbiegli do niego koledzy z kadry. Wtedy zobaczyłam szaleństwo radości, spełnionych marzeń, satysfakcję i ogrom szczęścia na twarzy Polaka. Wszystko w może dwie minuty. Zachęciło mnie to do poznania tego skoczka i zaczęłam oglądać wywiady jakich udzielił. W jednym z  nich zobaczyłam, jak dwunastolatek z rozbrajającą szczerością mówi: ?Chciałbym wystartować na olimpiadzie, zdobyć złoty medal?No, ale na razie to ja mam jeszcze czas?. Przeczytałam, że Kamil przez niektórych był postrzegany jako cudowne dziecko skoków narciarskich, któremu zawsze brakowało szczęścia lub chłodnej głowy. Że pierwsze zawody Pucharu Świata wygrał w 2011 roku, już jako dorosły zawodnik, i że nie chce być nazywany ?drugim Adamem Małyszem?.

Kiedy kilka dni później odbył się kolejny konkurs, zasiadłam przed telewizorem z wypiekami na twarzy. Wiedziałam, o co toczy się stawka w Soczi. W historii skoków narciarskich było tylko dwóch zawodników, którzy zdobyli więcej niż jeden złoty medal olimpijski: Matti Nykänen (dwa) i Simon Ammann (cztery). Do tego grona dołączył Kamil Stoch, zdobywając kolejne złoto. Pamiętam dmuchanie pod narty do telewizora, mój krzyk: ?Leć Kamil, leć!?. A potem oglądanie każdych zawodów aż do Planicy, gdzie Kamil wywalczył Kryształową Kulę, tym samym zostając najlepszym skoczkiem w klasyfikacji generalnej Pucharu Świata. I tak skoki są ze mną do dzisiaj. Stałam się kibicem. Kibicem, który cieszy się z sukcesów Polaków, który stara się widzieć pozytywy, kiedy naprawdę trudno jest je znaleźć. Kibicem, który zawsze trzyma kciuki.

My, kibice

Grafika: Mateusz Gawron

Dlatego trudno mi zrozumieć to, co działo się wokół niedawno zakończonego sezonu  skoków. Nie mam tu na myśli naszej kadry, której wyniki zdecydowanie różniły się od tych, do których zostaliśmy przyzwyczajeni. Chodzi mi o to, co można było przeczytać     w komentarzach na portalach internetowych na temat poszczególnych zawodników i sztabu szkoleniowego. Internetowi obserwatorzy pozwalniali wszystkich. Powysyłali do stolarni, na Grenlandię, wszędzie. Byle dalej od polskich skoków. ?Bo przecież takie skakanie przechodzi ludzkie pojęcie, wszystko się skończyło i trzeba zakończyć tę kompromitację?! Mniej więcej w takim tonie wypisywano setki komentarzy. Oczywiście, jeszcze więcej było złotych rad. ?Tamten powinien zmienić pozycję dojazdową, tamten powinien szybciej się odbijać. W ogóle Adam Małysz powinien rzucić rajdy i zacząć trenować naszych?. Ot, co!

A o sukcesach mało kto pamięta.  Łatwo zapomina się o medalach i  o niesamowitych emocjach zapewnianych przez całą kadrę w ostatnich latach. Zauważyłam, że zjawisko ?ja, kibic, mówię, mam prawo? występuje we właściwie każdej dyscyplinie sportu uprawianej przez naszych rodaków. Wspieramy, kiedy są sukcesy, nienawidzimy, kiedy ich brak. Oceniamy, poprawiamy, zwalniamy. Nie pamiętamy o dobrych chwilach, ani o tym, że w trudnych momentach zawodnicy najbardziej potrzebują wsparcia fanów. Za to najczęściej otrzymują gwizdy i figę z makiem.

Chciałam też wspomnieć o innym zjawisku, które nazwałam ?oglądam transmisję tylko piętnaście minut, mimo to jestem znawcą?. Doskonale było to widać na Mistrzostwach Europy w Piłce Ręcznej. Umówmy się: to nie jest sport, który cieszy się zainteresowaniem całego społeczeństwa przez 365 dni w roku. Ale kiedy odbyły się zawody tej rangi, siłą rzeczy zasiedliśmy przez telewizorami. Wszyscy byliśmy kibicami polskiej kadry. Przecież mieliśmy zdobyć złoty medal!  Mówiliśmy, jaka to wspaniała drużyna, jak świetnie wygrywa. A potem przegraliśmy mecz z Chorwacją. I skończyło się jak zawsze tym, że kibice ?mają prawo? opluć wszystkich i wszystko. O pierwszych wygranych meczach i radościach większość zapomniała.

Podobnie jest z innymi dyscyplinami sportowymi: piłką nożną, siatkówką, biegami narciarskimi czy tenisem. Wspieramy, kiedy są sukcesy, prawie stawiamy pomniki. Jednak kiedy nie ma osiągnięć, obrażamy się i wypisujemy, że czas przejść na sportową emeryturę. Gwarantuję, że gdyby jakiś Polak wygrał cokolwiek w curlingu (!), wszyscy staliby się wielkimi kibicami. A potem, nie daj Boże, podwinęłaby mu się noga. Wszyscy, prawie czterdzieści milionów Polaków znalazłoby winnego i go osądziło. Bo ?mamy prawo?. Jesteśmy w końcu kibicami.

Autor: Anita Krasowska

Studentka I roku dziennikarstwa i medioznawstwa. Ogląda kobiecy youtube, jest uzależniona od informacji, a na bezludną wyspę zabrałaby czekoladę "oreo". Nałogowa użytkowniczka "google maps" i "jakdojade.pl". Od niedawna mieszka w Warszawie i powoli zakochuje się w tym mieście. Podróżuje pociągami, metrem i tramwajami. I właśnie o komunikacji miejskiej zamierza pisać. A raczej o ludziach, których tam spotyka. Bo Anita jest biernym obserwatorem dnia codziennego. Lubi przyglądać się ludziom, dostrzegać ich reakcje. Widzieć uśmiechy i łzy. Po prostu ? pisać o tym, co ją otacza.

Dodaj komentarz

Wymagane pola oznaczone są *.