FB Twitter

Stracone marzenia

| 0 komentarzy

To miał być wielki czas. Wielki turniej. Wielkie emocje. Wielkie sukcesy. Każdy w naszym kraju marzył, by Mistrzostwa Europy w piłce ręcznej mężczyzn wypadły znakomicie pod każdym względem. I prawie się to udało. Prawie, bo tylko jeden element układanki nie współgrał z pozostałymi, a był to element najważniejszy. Fantastycznie spisali się organizatorzy, którzy dogodzili zarówno drużynom, biorącym udział w turnieju, jak i kibicom, którzy zdecydowali się przybyć z różnych zakątków starego kontynentu. Wyróżnić należy także polskich fanów, którzy co mecz wypełniali halę po brzegi i wspierali naszą kadrę z całych sił. Niestety w 2016 roku nie popisała się nasza reprezentacja piłkarzy ręcznych. Po obiecującym początku zakończyli turniej zdecydowanie poniżej oczekiwań zajmując dopiero 7. miejsce.

 

PROSIMY O SPOKÓJ

Mistrzostwa dla polskiej drużyny rozpoczęły się dobrze, bo od dwóch zwycięstw. Chociaż nie były to mecze z najgroźniejszymi rywalami, liczyła się każda wygrana. W obu spotkaniach biało-czerwoni zwyciężali zaledwie jednym trafieniem. Podczas pierwszych meczów polskiej kadry kibicowskie serca biły bardzo szybko zatrzymując się w ostatnich minutach, kiedy rozstrzygały się losy spotkania. Kibice wypisywali na transparentach: ?Prosimy o spokój. I tak wygramy jedną bramką?.

 kibic3

grafika: Mateusz Gawron

 

MISTRZ ŚWIATA NA KOLANACH

Pierwszym poważnym sprawdzianem na turnieju miał być ostatni mecz pierwszej fazy przeciwko Francji, drużynie, która w ostatnich latach nie miała sobie równych. W Pekinie w 2012 roku zdobyli oni złoto olimpijskie. Dwa lata później na Mistrzostwach Europy w Danii także zgarnęli złoty medal. Również w zeszłym roku, w Katarze, powstrzymali gospodarzy i triumfowali na mundialu. Strach przed drużyną trójkolorowych był zatem uzasadniony, bo drugiej tak mocnej ekipy nie sposób znaleźć na mapie świata. Polacy jednak bez kompleksów zagrali z Francją. Byli twardzi i zdecydowani w defensywie, a w ataku odznaczali się szybkim konstruowaniem akcji i skutecznością pod francuską bramką. Szybko wypracowali przewagę, a po 20 minutach gry mieli 7 bramek więcej niż rywale. Francuzi byli kompletnie zdezorientowani i rozbici. Nie potrafili złapać swojego rytmu i stawić czoła polskiej drużynie. Dopiero pod koniec pierwszej połowy zagrali na swoim poziomie i zmniejszyli przewagę do dwóch goli, co zapowiadało wielkie emocje w drugiej odsłonie. Polscy piłkarze zachowali jednak zimną krew i nie dali swoim rywalom doprowadzić do wyrównania. W bardzo dobrej dyspozycji był tego dnia Sławomir Szmal, którego liczne interwencje pozwoliły Polakom zwyciężyć 31-25 i awansować do fazy głównej turnieju.

PIERWSZE POTKNIĘCIE

Zwycięstwo we wspaniałym stylu z Francją zwiększyło oczekiwania wobec końcowego rezultatu. Kibice logicznie rozumowali, że skoro byliśmy w stanie pokonać najlepszą drużynę na świecie, to nic nie jest w stanie nam już przeszkodzić na tym turnieju. Niestety zimny prysznic ostudził kibicowskie żądze i pokazał, że o sukces na bieżących mistrzostwach nie będzie łatwo.

Polacy musieli uznać wyższość Norwegów, którzy zdobyli o dwie bramki więcej i zeszli z parkietu z uśmiechami na ustach. Ich zwycięstwo było w pełni zasłużone, bo chociaż pierwsze minuty należały do naszych zawodników, to Skandynawowie wypracowali przewagę i do końca kontrolowali przebieg meczu. Niepowodzenie Polacy powetowali sobie podczas kolejnego spotkania, kiedy zwyciężyli z Białorusią 32-27 i zachowali szanse na wejście do półfinału. Wszystko było w naszych rękach.

 

MECZ O WSZYSTKO

O awansie do półfinału miał rozstrzygnąć ostatni mecz przeciwko reprezentacji Chorwacji. Mogliśmy przegrać ten mecz różnicą trzech bramek, a i tak świętowalibyśmy awans. Chorwaci, by znaleźć się w najlepszej czwórce, potrzebowali aż jedenastu bramek przewagi. Żaden obserwator piłki ręcznej o zdrowych zmysłach nie dałby szans naszym rywalom na wyjście z grupy. To spotkanie potwierdziło jednak tezę, że w sporcie nie ma rzeczy niewykonalnych. Zagraliśmy słabo w pierwszej połowie. Nasza defensywa była dziurawa, nie najlepiej spisywał się Szmal w bramce, a w ataku brakowało nam polotu i pomysłu. Do szatni zawodnicy schodzili przy stanie 10-15. Mieliśmy nóż na gardle. Ten rezultat premiował Francję, która z zapartym tchem śledziła przebieg meczu. Jednak to, co stało się po przerwie, nie mieściło się w głowie żadnego kibica piłki ręcznej. Zostaliśmy totalnie rozbici przez naszych rywali. Byliśmy tłem dla koncertowo grających Chorwatów, ponieważ ich każda akcja kończyła się bramką. Na nasze rozgrywanie ataków trudno było patrzeć. Po 10 minutach drugiej połowy traciliśmy do przeciwników aż 13 goli. Bezradność polskich zawodników była zatrważająca. Krakowska hala pogrążyła się w śmiertelnej ciszy. Zdezorientowani kibice niedowierzali, że na parkiecie znajduje się ta sama drużyna, która przed kilkoma dniami pokonała wielką Francję. Natomiast Chorwaci poczuli krew i bezlitośnie wykorzystali słabą postawę polskiej reprezentacji. Nawet brytyjski komentator telewizyjny widząc, co dzieje się w Krakowie, szczerze żałował wszystkich Polaków: ?Niesamowicie zorganizowany turniej. Niewiarygodni kibice na trybunach. Nikt nie wierzy w to, co Chorwacja robi z polską drużyną. Cóż za narodowa tragedia. Cała Polska płacze?.  Ostatecznie Polska została rozgromiona przez Chorwację w stosunku 23-37. Mecz, który rozegrał się tamtego dnia, nie był jedynie dramatem dla zawodników i kibiców, ale także dla organizatorów. Po tym blamażu do dymisji podał się szkoleniowiec biało-czerwonych, Michael Biegler.

 

NA OTARCIE ŁEZ

Po meczu z Chorwacją Polska zajęła 4. miejsce w grupie i w ostatnim swoim starciu na Mistrzostwach Europy walczyła ze Szwecją o 7. pozycję. Obie drużyny wciąż rozpamiętywały wcześniejsze potknięcia, traktując to spotkanie jak karę za błędy przeszłości. Mecz ten był szansą dla zawodników, którzy nie mieli zbyt dużo okazji do zaprezentowania się na tym turnieju i obie ekipy wystawiły swoich rezerwowych. Mecz był bardzo wyrównany, do przerwy na tablicy widniał rezultat 12-12. W drugiej połowie niewiele się zmieniło, ale ostatecznie to Polacy wykazali więcej woli zwycięstwa i przechylili szalę na swoją korzyść, wygrywając 26-24.

BIAŁO-CZERWONY MONOLIT

Mistrzostwa Europy w Polsce miały być świętem narodowym. Świetna praca organizatorów, wspaniała postawa kibiców stworzyły niepowtarzalne tło dla sukcesu sportowego. Niestety, ten nie nadszedł, a turniej zostanie zapamiętany z perspektywy ?chorwackiego blamażu?. Istne gromy z nieba posypały się na głowy naszych piłkarzy ręcznych i od reprezentacji obrócił się niemal każdy, nie kryjąc złości, że to właśnie polscy reprezentanci zepsuli całe przedsięwzięcie. Dużo było i jest niesprawiedliwości w postawach kibiców, wieszających przysłowiowe psy na naszej kadrze. Przecież to ta sama ekipa, która w zeszłym roku wywalczyła brąz na mundialu. To ci sami panowie, którzy ograli Francuzów. Jedną z zasadniczych właściwości sportu jest ta, że kiedy zwyciężasz, z sukcesem identyfikuje się wielu, lecz kiedy ponosisz porażkę, zostajesz zupełnie sam. Jednak jako biało-czerwony monolit, my kibice, winniśmy stać murem za naszą reprezentacją. Wtedy, kiedy święci triumfy oraz wtedy, kiedy przeżywa trudny czas. Ostatecznie wszyscy przecież rzucamy do tej samej bramki.

Autor: Dominik Kania

Student dziennikarstwa i medioznawstwa. Do wielkiej stolicy przybył z mniejszych, lecz niemniej dumnych Katowic. Przez całe życie obserwuje i to naprawdę inspirujące zajęcie, bo dzięki temu rodzi się w jego głowie natłok myśli, który aż domaga się przelania na papier. Uwielbia sport, a szczególnie piłkę nożną, która towarzyszy mu od przedszkola. Interesuje się także wszystkim tym, co nas otacza i rzadko udaje mu się powstrzymywać od komentarza wydarzeń politycznych, czy społecznych. Tymi obszarami zamierza się zajmować w "Sednie", ale ponieważ temat czasem leży na chodniku, nigdy nie mówi nigdy.

Dodaj komentarz

Wymagane pola oznaczone są *.