FB Twitter

Ja wysiadam!

| 0 komentarzy

Komunikacja miejska to nie tylko sposób poruszania się po mieście. To nie tylko chwila na sen między zajęciami czy czas na relaks z książką lub gazetą. To również strefa naszych obserwacji i wyciągania wniosków.

Tramwaj. Człowiek na człowieku. Tłok. I ono. Małe, wrzeszczące: ?Ja wysiadam! Chcę wysiąść!? I jego rodzic. Przewracający oczami, uciekający od spojrzeń innych pasażerów. Zdenerwowany szarpie dziecko i również krzyczy. ?Uspokój się!?. Brzmi znajomo? Ile razy widziałeś taką sytuację?

Albo taką? Autobus. Matka z telefonem w ręku. Dziecko siedzi obok. W dłoniach też ma jakąś elektronikę, na której gra. Nie patrzą na siebie. Nie rozmawiają. Są w dwóch różnych światach. Siedzą blisko siebie, ale są bardzo daleko. Odgłos strzelaniny, rozbryzgiwanych wnętrzności. Huk. Rodzic nie reaguje. W jego świecie tego nie ma. A ty, pasażerze ? cierpliwości, wytrzymasz. To raptem parę przystanków.

Ile razy widziałeś takie sytuacje? Ile razy słyszałeś krzyczące dzieci w tramwajach, pociągach, autobusach? Na kogo patrzyłeś z wyrzutem? Na dziecko? Czy na rodzica?

Ja wielokrotnie spotkałam się z rozwścieczonymi spojrzeniami ludzi skierowanymi na małego krzykacza. Nie ukrywam, że mój wzrok również nie był zbyt przyjemny. Tylko, że ja w takich sytuacjach staram się patrzeć na rodzica. Zastanawiam się wówczas czemu postanowił akurat teraz nie wychowywać swojej pociechy.  Oczywiście, może być zmęczony. Może mieć dość ludzi po kilku(nastu?) godzinach pracy. Może chcieć odpocząć. Jednak dziecko to nie jest ktoś, kogo się wychowuje tylko, kiedy ma się dobry humor. Albo tylko w niedzielę. Rodzicielstwo to dożywotni etat z godzinami pracy 24/7. I mnie osobiście doprowadza do szału to, kiedy patrzę na rodziców, którzy: a) nie zwracają uwagi na rozwrzeszczanego malucha, b) jeżeli już to na niego krzyczą, przy czym nie tłumaczą mu dlaczego powinien zachowywać się inaczej, i w końcu c) zamykają się w swoim świecie z telefonem i mają zachowanie dziecka w nosie. I właśnie w takich chwilach dochodzę do wniosku, że na posiadanie potomka powinny być wydawane pozwolenia.

I od takiej dramatycznej konkluzji odciągają mnie rodzice innego typu. Bo całe szczęście ? tacy również istnieją.

Stacja metra. Dość sporo ludzi. Wśród nich około pięcioletni chłopiec. I jego tata. Dzieciak rozgląda się z zaciekawieniem po stacji, podchodzi do tabliczki napisanej alfabetem Braille?a. Pomiędzy maluchem, a ojcem nawiązuje się ciekawy dialog, mniej więcej taki:

-Wiesz co to za tabliczka? ? zagaduje tata.

-Tak. Pani w przedszkolu mówiła ? odpowiada wymijająco chłopiec i odchodzi parę kroków dalej.

-Czyli co mówiła? ? drąży dalej tata.

-Że to dla niewidomych. I?- zastanawia się chłopiec.

-No właśnie, i że takie tabliczki są ważne, bo dzięki nim niewidomi mogą dowiedzieć się gdzie są, lepiej orientują się w terenie, łatwiej im się poruszać po mieście, tak?

I słowo daję, kiedy słyszałam tę rozmowę, to wiara w sensownych rodziców mi wróciła. Bo ojciec przecież mógł zignorować syna, nie zainteresować jego uwagi tym, co było w pobliżu. Mógł wyjąć telefon, zadzwonić do kogoś. Albo po prostu usiąść i patrzeć przed siebie, nie interesując się dzieckiem. Mógł. Ale chciał z nim rozmawiać. Wreszcie, ktoś chciał rozmawiać!

traveling-72151_960_720

Źródło: www.pixabay.com

Ale to nie koniec historii o fajnych rodzicach i dzieciach. Ostatnio udało mi się wcześniej kupić bilet na pociąg, więc szczęśliwie miałam miejscówkę. Pociąg przyjechał, weszłam do odpowiedniego wagonu. Szukam przedziału i z daleka widzę dwóch chłopców przyklejonych do tableta. Przewiduję kłótnie o urządzenie, krzyki. Jeszcze raz patrzę z nadzieją, że to może jednak nie ten przedział?Ale – niestety.

Wchodzę, jednocześnie prorokuję, że tę podróż będę pamiętać przez dłuższy czas. No, ale nic. Siadam w fotelu i czekam jak rozwijać się będzie sytuacja, oczekuję najgorszego. Ich matka siedzi obok, czyta książkę. Jest pogrążona w lekturze, więc myślę, że nawet na chwilę nie spojrzy na chłopców. Pociąg rusza. Ku mojemu zdziwieniu,  kobieta co jakiś czas odrywa się od powieści i kontroluje to, w co grają chłopcy. Co więcej po godzinie, każe im się zamienić, bo teraz kolej tego drugiego. Tu już byłam oszołomiona, bo sądziłam, że wszyscy zobaczymy walkę, wyrywanie sobie elektroniki z rąk, może nawet krew! A chłopcy, bez jęków i wrzasków zgadzają się z matką i zamieniają się tabletem. Podróż mija spokojnie, czytam książkę. I ciągle nie mogę wyjść z podziwu nad tą matką. Bo oprócz tego, że patrzy na to, w co grają jej dzieci, to jeszcze kiedy choćby o decybel podwyższy się dźwięk w grze, każe chłopcom ją ściszyć. Może dla kogoś wydawać się to oczywiste, ale wierzcie mi, zwykle takie sytuacje nie mają miejsca.

I tu właśnie wracamy do początku. Gdyby nie moje podróżowanie, to nie wyciągnęłabym wniosku, że dzieci trzeba wychowywać zawsze, szczególnie w komunikacji miejskiej.

W innym wypadku – ja wysiadam!

Autor: Anita Krasowska

Studentka I roku dziennikarstwa i medioznawstwa. Ogląda kobiecy youtube, jest uzależniona od informacji, a na bezludną wyspę zabrałaby czekoladę "oreo". Nałogowa użytkowniczka "google maps" i "jakdojade.pl". Od niedawna mieszka w Warszawie i powoli zakochuje się w tym mieście. Podróżuje pociągami, metrem i tramwajami. I właśnie o komunikacji miejskiej zamierza pisać. A raczej o ludziach, których tam spotyka. Bo Anita jest biernym obserwatorem dnia codziennego. Lubi przyglądać się ludziom, dostrzegać ich reakcje. Widzieć uśmiechy i łzy. Po prostu ? pisać o tym, co ją otacza.

Dodaj komentarz

Wymagane pola oznaczone są *.