FB Twitter

Prawo jazdy – Polska vs. Meksyk

| 1 komentarz

Większość ludzi bardzo boleśnie przechodzi ten okres. To bardzo stresujące chwile. Presja społeczna, zmierzenie się z własnymi ambicjami, strach przed upokorzeniem. Do tego dochodzi jeszcze spory wydatek finansowy. Proces zdawania na prawo jazdy, w moim przypadku, był niekończącym się koszmarem.

Gdy zapisałam się na kurs wiedziałam już o tym, że wyjeżdżam na rok do Meksyku. Plan był dosyć prosty ? dostać prawko przed wyjazdem. Natomiast realizacja nie była już tak łatwa… Za pierwszym razem nogi tak mi się trzęsły, że nie byłam w stanie wcisnąć sprzęgła. Mea culpa. Instruktor był dosyć miły, więc byłam pozytywnie nastawiona do następnej próby. Kolejne podejścia kończyły się wymuszeniem, złym parkowaniem, zbyt dynamiczną jazdą… Po raz szósty przystąpiłam do egzaminu dzień przed wylotem do Meksyku.

?   No widzi pani, szkoda, że się nie udało. W podróży prawko się przydaje. No trudno, zapraszamy za rok ? powiedział z uśmiechem. Mając na koncie sześć niezdanych egzaminów doszłam do wniosku, że nie potrzebuję prawa jazdy. Świat boryka się z globalnym ociepleniem, powinniśmy przerzucić się na rowery, hulajnogi, korzystać z komunikacji miejskiej… Kto powiedział, że każdy musi jeździć autem? Niestety  rodzice nie podzielali mojego ekologicznego nastawienia. Każdy temat sprowadzał się do prawa jazdy. Wydawało mi się, że roczny wyjazd uwolni mnie na chwilę od tego problemu…

city-572071_960_720

Źródło: www.pixabay.com

W Meksyku proces wyrabiania ? bo nie można tego nazwać zdawaniem ? prawa jazdy wygląda zgoła inaczej. Po pierwsze wielu kierowców nie czuje potrzeby posiadania prawa jazdy. Za brak uprawnień grozi jedynie mandat, który jest tańszy niż wykonanie dokumentu. W przypadku zatrzymania przez policję, niezależnie od tego czy ktoś ma prawko czy nie, i tak będzie musiał policjantowi zapłacić. Korupcja w Ameryce Łacińskiej ma się bardzo dobrze. Ciekawe jest też to, że nie ma obowiązku przechodzenia kursu. Żadnego. Jestem w stanie zrozumieć, że Meksykanie nie widzą potrzeby nauki teorii, no ale gdzie można nauczyć się prowadzić, jeśli nie na kursie?

? Jak to gdzie? Na drodze. – powiedziała z rozbrajającą szczerością Jimena – Wczoraj jeździłam z tatą po centrum. Beznadziejnie mi szło, wszyscy trąbili, bo nie potrafię ruszać. Ojciec też się irytował. Dlatego dzisiaj będę jeździć sama.

Jeśli ktoś sobie życzy, istnieje możliwość wykupienia jazd z instruktorem. Natomiast mało osób z tego korzysta. Pewnie dlatego codziennie na 15-kilometrowej trasie z domu do szkoły widziałam wypadki.

Doszłam do wniosku, że skoro zdanie prawa jazdy w Polsce przerasta moje możliwości, zdam je w Meksyku. Żeby to zrobić musiałam udać się do Miejskiego Wydziału Bezpieczeństwa Publicznego i Ruchu Drogowego, podać moje dane, grupę krwi, przejść badanie wzroku, zrobić zdjęcie, zapłacić. I już. Po kilku minutach trzymałam w rękach świeżutkie prawo jazdy. Bez kursu, bez zdawania teorii, bez dotykania kierownicy. Wystarczyło tylko wymienić meksykański dokument na polski i po sprawie.

Oprócz prawa jazdy i wizy meksykańskiej, musiałam przesłać do WORD-u potwierdzenie oryginalności prawa jazdy. To był największy problem. Najłatwiej byłoby napisać, że każdy kupuje prawo jazdy, więc nie ma obawy, jest legalnie kupione. W urzędzie komunikacji miejskiej w Cancun nikt nie potrafił mi pomóc. Nie rozumieli, jak ten dokument może być fałszywy. I tak trzeba za niego zapłacić, więc po co płacić fałszerzowi. Mimo to próbowałam porozmawiać z kimś, kto mógłby mi takie zaświadczenie wystawić. Chodziłam do urzędu codziennie…

To miejsce nie należy do najprzyjemniejszych. Żeby wejść do wielkiego baraku, w którym pracują urzędnicy, trzeba najpierw wylegitymować się u strażnika. Podać swoje dane, powód wizyty i przewidywany czas pobytu. Atmosfera w baraku też nie jest przyjemna. Jak to w urzędzie ? człowiek na człowieku, głośno, każdy narzeka, dzieci płaczą… Przed wejściem stoi oczywiście mężczyzna sprzedający gumy do żucia, słodycze, losy na loterię i papierosy na sztuki. Najbardziej bałam się ?ochroniarza?, którym był ubrany w kuloodporną kamizelkę policjant, z hełmem na głowie i karabinem w ręce. Wyglądał dosyć groźnie. Czułam przed nim respekt, nie chciałam mu w żaden sposób podpaść.

Podczas każdej wizyty mnie zbywano; albo nie było osoby uprawnionej do wydania mi takiego zaświadczenia, albo okazywało się, że jednak nie jest to odpowiednia osoba. Po jakimś czasie zaczęłam się tam czuć jak w domu. Wiedziałam kto jest za co odpowiedzialny, zamieniłam słowo prawie z każdym z urzędników. Nawet ochroniarz zaczął ze mną rozmawiać! Choć na początku byłam przerażona, widok karabinu mnie paraliżował. Ale Javier okazał się kochanym mężczyzną.

?        Cześć, jak leci? – zapytał gdy już się zaprzyjaźniliśmy. – Udało ci się wymienić dokumenty? Musisz iść do dyrektora, on ci to napisze!

?        Tylko, że nie dostaję pozwolenia na spotkanie z nim.

?        Jak to? Oh dziewczyno, pewnie źle przedstawiasz sprawę. Chodź ze mną.

Posłusznie poszłam za Javierem. Nie wiem czy jego rozmowa z sekretarkami, czy raczej fakt, że codziennie zawracałam im głowę, ale coś nakłoniło je do umówienia mnie z dyrektorem ds. komunikacji. Jego gabinet niczym nie różnił się od polskich dyrektorskich gabinetów. Może tylko temperaturą. Gdy na zewnątrz było czterdzieści stopni, w biurze, dzięki klimatyzacji, było szesnaście.

Przedstawiłam dyrektorowi moją sprawę. Był to mężczyzna w średnim wieku, przystojny,  przekonany o ważności pełnionej funkcji. Wysłuchał mnie cierpliwie po czym wyraził swoją opinię na temat nieufności polskich urzędników, wziął kartkę papieru, napisał odręcznie: ?Potwierdzam, że dokument wydany dla Doroty Świerkot jest oryginalnym dokumentem uprawniającym ją do prowadzenia pojazdu?. Przybił pieczątkę, złożył podpis i wręczył mi ?dokument?. Dopięłam swego! Tego samego dnia przesłałam skan do Polski. Byłam przekonana, że na tym moja przygoda z WORDem się skończy.

Niestety. W międzyczasie zmieniły się przepisy. Obecnie można wymienić zagraniczne prawo jazdy na polskie tylko wówczas, gdy jest ono wyrobione z kraju należącym do Unii Europejskiej. Byłam załamana. Wizja ponownego zdawania egzaminu spędzała mi sen z powiek…

W końcu, za siódmym razem, zdałam egzamin we Wrocławiu. W ciągu mojej rocznej nieobecności wiele się zmieniło, m.in. siedziba wrocławskiego WORDu. Bardzo przyczyniłam się do tego, żeby mogli cieszyć się nowoczesnym budynkiem i godnymi warunkami pracy. Uważam, że powinnam znaleźć się na honorowej liście darczyńców. ?Pragniemy podziękować tym, bez których wybudowanie tego wspaniałego budynku nie byłoby możliwe. Ogromne dzięki należą się…?. Chociaż te podziękowania bardziej należą się, tym, którzy sponsorowali każde z moich haniebnych oblań, moim rodzicom! Dyrektorze Wrocławskiego Ośrodka Ruchu Drogowego, czekamy na nagrody!

Autor: Dorota Świerkot

Wrocławianka, studentka studiów filologiczno­-kulturoznawczych, czyli połączenia filologii angielskiej, hiszpańskiej i włoskiej. Jej największe pasje: nauka języków obcych i podróżowanie. Przez rok mieszkała w Meksyku w ramach programu Rotary Youth Exchange. Z przymrużeniem oka krytykuje w zasadzie wszystko. Dużo się śmieje i uwielbia ludzi z poczuciem humoru.

Jeden komentarz

  1. Super historia wlasnie jade.na wakacje do mexico i tez myslalem ze sobie zrobie tam prawko a tu booom he he he

Dodaj komentarz

Wymagane pola oznaczone są *.