FB Twitter

Punk’s not dead? Muzyka buntu w „lepszych czasach”.

| 0 komentarzy

Wywiad z Robertem Materą przeprowadzony przez Milenę Chodołę

dezerter 

–  Na wstępie chciałabym się dowiedzieć, jak powstał zespół Dezerter? Skąd wziął się pomysł na jego założenie?

– Zespół powstał z wewnętrznej potrzeby wyładowania skumulowanej w nas energii i frustracji na otaczającą nas rzeczywistość. Był rok 1981. Dookoła nas zaczynała rodzić się wolność, był to schyłek epoki komunizmu. Sytuacja polityczna kraju określała wszystko, włącznie z miejscem młodego człowieka, który znalazł się w takiej sytuacji, jak my. Byliśmy uczniami średniej szkoły technicznej na Żoliborzu, do której każdy poszedł z jakiś tam względów, a może po prostu z braku lepszego pomysłu na życie. Mieliśmy poczucie, że niezależnie od tego, czy skończymy tę szkołę, będziemy elektronikami czy nie, to i tak nasze życie jest określone przez to, w jakim kraju żyjemy. Jakikolwiek cel sobie postawiliśmy, w zasadzie stawał się on od razu niedostępny. To było takie poczucie osaczenia i beznadziei, na które próbowaliśmy znaleźć sposób. Założyliśmy zespół, ponieważ nie mieliśmy pomysłu na jakąkolwiek inną sensowną działalność, którą moglibyśmy podjąć i która dawałaby nam satysfakcję. Działanie, które pomogłoby nam odnaleźć się w systemie, który traktowaliśmy jak wroga. Dążono do zniszczenia jednostek, do zniszczenia nas, a nie do zaoferowania jakiejkolwiek przyszłości. Założenie zespołu punkowego było sposobem na odrzucenie tego systemu, pozostawania poza jego zasięgiem i znalezienia sobie miejsca w otaczającej nas rzeczywistości.

– Dlaczego właśnie w taki sposób postanowiliście walczyć z systemem? Były przecież różne możliwości, jak np. działalność polityczna.

– Wiedzieliśmy, że są ludzie, którzy angażują się w politykę, ale my wybraliśmy drogę bardziej emocjonalną niż systemową. Poza tym mieliśmy odczucie, że każda polityka jest zepsuta. Dostrzegaliśmy świeżą energię ?Solidarności?, ale pozostaliśmy totalnie zrażeni do polityki. Uznaliśmy, że to nie jest nasza droga, że będziemy próbowali mówić do ludzi bezpośrednio, na poziomie emocji, a nie walki politycznej.

– Dlaczego wybraliście muzykę punk-rockową? Skąd czerpaliście inspirację?

– To był akurat czas, kiedy zetknęliśmy się z taką muzyką. Przeżyliśmy szok, że można w ten sposób wyrażać uczucia i sprzeciw wobec systemu. Na przełomie lat ?70 i ?80 istniało niewiele punkowych zespołów w Polsce. A już na pewno nie było czegoś takiego jak płyty czy nagrania, do których można by dotrzeć. Pozyskanie ich z Zachodu też stanowiło problem, bo nie było zachodnich płyt w sklepach, ale gdzieś tam udało nam się usłyszeć nagrania takich pionierów  punk-rocka, jak Sex Pistols czy The Clash. Właśnie to stanowiło impuls, który nas zmotywował. Był to ten rodzaj wściekłości, który nam odpowiadał. Muzyka, która jest antymuzyką. Przeciwko wszelkim kanonom, przeciwko światu. Ale była to też muzyka na tyle prosta, że mogliśmy ją szybko opanować i zacząć grać bez potrzeby pójścia drogą edukacji muzycznej.

Róbreggae Festival 1984

Źródło: www.dezerter.com

– Czy mieliście wcześniej jakiś warsztat muzyczny?

– Miałem za sobą nieskończoną podstawówkę muzyczną. Grałem na fortepianie, ale przed punk-rockiem interesowałem się muzyką rockową, dlatego też próbowałem grać na gitarze jakoś samodzielnie. Układałem sobie pierwsze akordy i to w zasadzie była cała moja podstawa. Natomiast Krzysiek był totalnym abnegatem i samoukiem. Stepa, nasz pierwszy basista, miał w domu pianino, ale nie chodził do żadnej szkoły muzycznej.

– Wasza pierwsza nazwa zespołu brzmiała SS-20. Dlaczego nagle postanowiliście ją zmienić?

– To były czasy kiedy zespół SS-20 osiągnął już pewien status, tzn. graliśmy już koncerty. Zaczęły pojawiać się plany na nagrania. Mieliśmy już za sobą występ na pierwszym Jarocinie. Właśnie po nim zaczęliśmy być rozpoznawalni również poza Warszawą. Zaczęliśmy także dostawać sygnały od organizatorów koncertów z klubów studenckich. To tam było najwięcej wolności i chociażby minimalne przyzwolenie na taką muzykę, bo domy kultury w zasadzie były przeciwko. Chociaż zdarzały się wyjątki. Od organizatorów ze środowiska studenckiego, zaczęły docierać do nas informacje, że z taką nazwą niemożliwe jest zrobienie koncertu, bo tego typu nazwa nie może pojawić się na plakacie. Wszyscy przecież wiedzieli, chociaż władza starała się to ukrywać, że to nazwa radzieckich pocisków atomowych. To było źle widziane, że mówi się o takich rzeczach głośno. Nasza nazwa mogła być uznana za prowokację antyrządową, w związku z czym, jeżeli organizator  umieściłby taką nazwę na plakacie i wieszał je w miejscach publicznych, mógłby mieć problemy ze strony swoich zwierzchników

– Czyli po prostu nie chcieliście sprawiać kłopotów organizatorom?

– Stanęliśmy przed problemem.. Zrezygnować z grania, czy zmienić nazwę? Uznaliśmy, że wybierzemy mniejsze zło. Było to okupione psychicznie ciężkim kosztem, bo do tamtego momentu staraliśmy się funkcjonować bezkompromisowo. Uznaliśmy, że lepiej jest grać pod inną nazwą, niż nie grać w ogóle. Na osłodę wymyśliliśmy sobie nazwę, którą uznaliśmy za równie prowokującą, która nie jest grzeczna i nie była zgodą na system. Była to nazwa Dezerter, pod którą do dziś działamy.

– Pamiętasz Wasz pierwszy koncert? Jak wyglądał? Jak odebrała Was publiczność?

– To było bardzo dawno temu (śmiech), ale oczywiście pamiętam. Było to wielkie przeżycie dla nas z różnych względów. Wiadomo, publiczny występ, więc trema zżerała czterech małolatów, którzy postanowili wystąpić tam, gdzie się dało. Odbyło się to w roku 1981 na Przeglądzie Zespołów Rockowych na Mokotowie, organizowanym przez Dom Kultury. Na eliminację musieliśmy wysłać nagranie. Zostaliśmy wytypowani jako uczestnicy konkursu. To był dla nas szok. Raz, że trema, bo to pierwszy występ. Dwa, zetknięcie z profesjonalnym sprzętem, co w tamtych czasach stanowiło ewenement, bo graliśmy na sprzęcie, który sobie częściowo samodzielnie składaliśmy. Nauczyliśmy się przystosowywać zdemolowany sprzęt, np. nagłośnienie wokalne podłączaliśmy pod gitarę i jakoś to musiało wystarczać. A tutaj prawdziwe wzmacniacze, bębny? To  był dla nas szok, że wszystko aż tak dobrze słychać! Najważniejsze jednak było, że możemy wystąpić przed publicznością, złożoną z jurorów, ale i w dużej części z młodzieży, która przyszła jak co roku na przegląd muzyki rockowej.  Ponieważ w tamtych czasach organizowano niewiele takich przeglądów, to ludzi przyszło sporo. Najbardziej cieszyliśmy się, że wreszcie możemy wystąpić! Umówiliśmy się, że niezależnie od tego co się stanie, gramy dopóki nam nie przerwą (śmiech). Udało nam się wykonać cztery kawałki, o takich tytułach jak ?System?, ?Ku przyszłości??

– Dosyć odważnie!

– Taaaak, teksty były odważne. To zaskoczyło komisję. Myślę, że muzycznie byliśmy na tyle wyraziści i radykalni, że publiczność zaczęła żywo reagować, nawet może zbyt żywo? To też zszokowało jury. W sumie nie wiem czy teksty, czy ta reakcja spowodowały, że zostaliśmy wytypowani jako zwycięzcy tego konkursu.

de+zer+ter

– Pierwszy koncert i od razu taki sukces?

– Tak! Właśnie! To nas bardzo podbudowało. Do czasu, kiedy nastąpił dzień wręczania nagród?

– Co się wtedy stało?

– Wręczenie nagród miało nastąpić wcześniej, ale przyszedł stan wojenny, który wszystko zmienił. W związku z nim zmieniły się również wyniki konkursu i dostaliśmy tylko wyróżnienie (śmiech).

– Czy informacja o zmianie wyników została podana szerszej publiczności?

– Poinformowali nas o tym, ale tak między wierszami. Pani kierownik domu kultury wręczając nam dyplom pamiątkowy i mosiężną popielniczkę powiedziała, że ma nadzieję, że spotkamy się w lepszych czasach, a teraz musi być tak jak jest?

– I rzeczywiście udało wam się spotkać w tych ?lepszych czasach??

– Chyba nie, bo już nie braliśmy udziału w tym konkursie. Nasze losy potoczyły się inaczej. Wystąpiliśmy w Jarocinie. Zaczęliśmy grać raczej w klubach studenckich, bo one się otworzyły na muzykę punkową. A na Łowicką już nie wróciliśmy.

– Przez jakiś czas współpracowaliście ze Skandalem (Dariusz Hajn). Co stało się później? Dlaczego przestał z Wami grać? Czy doszło do jakiegoś konfliktu?

– Darek Hajn[1] był naszym pierwszym wokalistą. Na początku założyliśmy zespół we trzech, ale uznaliśmy, że jednak trzeba rozszerzyć skład, bo trudno jest ogarnąć w trójkę śpiewanie i granie jednocześnie. Zaczęliśmy szukać wokalisty i szybko pojawił się Skandal, czyli Darek Hajn. Szybko go zauważyliśmy, ponieważ chodził do tej samej szkoły i widywaliśmy go na korytarzu, a wyglądał dosyć charakterystycznie, więc szybko doszło do spotkania. Na korytarzu zaprezentował jakim głosem wyobraża sobie punkowe śpiewanie. Nam to odpowiadało. Zaprosiliśmy go na próbę i tak zaczęliśmy razem pracować. Zagraliśmy razem w Jarocinie, a potem graliśmy przez kilka lat koncerty. W tamtych czasach ludzie, którzy obracali się w środowisku punkowym byli silnymi indywidualnościami. Darek też taki był. My również nie odpuszczaliśmy. Każdy miał swój pomysł na życie. O ile ten pomysł na życie umożliwiał nam wspólne granie, wszystko było w porządku, ale gdy okazało się, że trudno jest się spotkać na próbie, trudno koncertować, to przestaliśmy się dogadywać. Nie było czegoś takiego jak otwarty konflikt, ale pewnego dnia spotkaliśmy się na stacji kolejowej, przed koncertem i okazało się, że jesteśmy we trzech, nie we czterech i trzeba pojechać i zagrać ten koncert. Ponieważ ja śpiewałem chórki, znałem te numery,  na początku zespołu również śpiewałem, więc łatwo było mi to przejąć. I tak w zasadzie zostało.

dezerter ze Skandalem na wokalu

Źródło: www.dezerter.com

– Czyli moment, kiedy Skandal nie pojawił się na peronie był kluczowy? Od tego momentu przejąłeś rolę wokalisty?

– Tak wyszło.

– Utrzymywaliście później ze sobą kontakt?

– Spotykaliśmy się i jakoś zażegnaliśmy tę sytuację, bo nie był to właściwie bezpośredni konflikt. Po prostu okazało się, że nasze drogi się rozchodzą. Cały czas byliśmy w tym samym środowisku. Na różnych obszarach, w różnych dzielnicach były załogi, które się spotykały lokalnie, ale na koncertach wszyscy pojawiali się w Remoncie czy w innych nielicznych klubach. Mieliśmy też wspólnych znajomych, spotykaliśmy się. Ta znajomość trwała. Potem stopniowo się rozpływała. Darek zawsze był osobą poszukującą. Zresztą my również. Wspólnie odkrywaliśmy takie tematu jak wegetarianizm czy ekologia. Natomiast on miał również poszukiwania mistyczne. Z jednej strony buddyzm i różne odłamy alternatywnych religii, bo religia katolicka była dla nas czymś nieautentycznym w tamtych czasach. W zasadzie traktowaliśmy ją jako element panującego systemu. Wiedzieliśmy, że są tam obszary wolności, ale też to nie była nasza droga, podobnie jak ?Solidarność?. Więc Darek poszukiwał i w swoich poszukiwaniach zaplątał się w przeróżne środki odurzające. To po kilku latach doprowadziło do tego, że nasze drogi całkowicie się rozeszły, a po dłuższym spowodowało, że jego droga się zakończyła[1]. Nie mieliśmy na to wpływu, bo w tym czasie już nie było z nim kontaktu. Zresztą historia taka, jak ta nie była rzadkością w naszym środowisku.

– W dzisiejszych czasach niewiele osób wie, czym była Rock Galicja w 1982r. Czy mógłbyś opowiedzieć coś o tym wydarzeniu?

– Zacznijmy od tego, że w Rzeszowie istniało środowisko akademickie bardzo aktywne, jeżeli chodzi o animację ruchu rockowego. Takie zespoły jak RSC, nawet niekoniecznie punkowe, tylko właśnie rockowe, pochodziły z Rzeszowa. Tam były kluby oraz miejsca, gdzie można było grać koncerty. No i też to środowisko związane z organizacją studencką miało jakieś możliwości organizacyjne. Niejaki Fazi był głównym pomysłodawcą i organizatorem tego typu wydarzeń. On to wszystko ogarniał. W końcu wpadł na pomysł, żeby zrobić trasę zespołów punkowych po Rzeszowszczyźnie. Uznał, że jest to świetny grunt i że taka muzyka jest tam dobrze przyjmowana. Zorganizował więc trasę tak, jak to się organizuje trasy artystów, powiedzmy, tych profesjonalnych. Wynajął autobus i sale w domach kultury. To były chyba Krosno, Rzeszów, Sanok i Mielec. Kilka miast z Rzeszowszczyzny. Tych bardziej znaczących i tych, które dysponowały domem kultury i miały jakąś tradycję w organizowaniu imprez muzycznych. Zaprosił zespoły Dezerter, Deuter i TZN Xenna, czyli warszawską czołówkę punk-rocka, na trasę, która zaczynała się w Rzeszowie. Potem przez kilka dni objechaliśmy klika miast Rzeszowszczyzny. Na pierwszym koncercie była młodzież z dużego miasta, która wiedziała, czego się spodziewać po punk-rocku. Natomiast w innych miejscach często wywoływaliśmy szok, ponieważ było to pierwsze zetknięcie z muzyką tego typu. Nie wszystkim się to podobało. Różni ludzie przebywali na sali.

– Czyli zdarzało Wam się spotykać z negatywną reakcją publiczności?

– Ogólnie odbierano nas pozytywnie, ale bywało tak, że część publiczności była zszokowana i po prostu wychodziła. Nie byli w stanie tego wytrzymać. Natomiast reszta była zachwycona.

– Wspólna trasa koncertowa punkowych zespołów? To musiało być jakieś szaleństwo!

– Tak, tym bardziej, że jeździliśmy wspólnym autobusem, mieliśmy noclegi w jednym miejscu, więc tam też się działy rzeczy różne. To była wspólna załoga. Już wcześniej spotykaliśmy się na koncertach, głównie w klubie Remont, ale ta trasa to było coś niesamowitego. Zdarzało się, że ludzie, którzy byli na tych imprezach, przychodzili po 20 latach i mówili, że wciąż doskonale je pamiętają.  Natomiast wiadomo, że Ci których tam nie było i o tym nie słyszeli, odbierali to jako abstrakcję. Trudno się dziwić, że nie każdy wie, jaki to był to przełom. Bo to był przełom na obszarze lokalnym, chociaż wieści o nim poszły w całą Polskę pocztą pantoflową i specjalnym systemem dystrybucji.

– Na czym polegał taki specjalny system dystrybucji?

– Ponieważ nie było płyt, wszyscy przegrywali kasety. Istniały nagrania z tej trasy. Ktoś zarejestrował z konsolety cały koncert w Rzeszowie i następnie wszystko poszło dalej. Kolejne kopiowanie, przekazywanie sobie tych nagrań. W ten sposób fama o tym wydarzeniu poszła w Polskę. Ci, którzy interesowali się punkową muzyką, dzięki tym nagraniom byli w stanie do nas dotrzeć. Kolejne kopie były coraz gorszej jakości. Zdarzały się takie, że pozostawał już prawie tylko sam szum, ale jednak miały wartość, bo był to jakiś zapis.

– System się zmienił. Dezerter wciąż występuje na scenie. Cały czas gracie punk-rocka. Czym jest dzisiejszy punk? Czy istnieją jeszcze punki?

– Minęło tyle czasu, że zmieniło się całe pokolenie (śmiech). W życiu tego kraju to też jest już inna epoka. Zupełnie. Naprawdę trudno jest to, co się teraz dzieje, odnosić do przeszłości. Wiadomo, że jest pewna ciągłość, jeżeli chodzi o stylistykę czy postawę. Ludzie, którzy słuchają punkowej muzyki, odnoszą się do tamtych rzeczy i wyglądają w podobny sposób. Mają podobne odniesienie do świata, ale jest to zawieszone w zupełnie innej rzeczywistości. Z jednej strony można powiedzieć, że punk przetrwał, bo jednak jest pewna ciągłość w twórczości naszego zespołu. Widać ją też w przypadku innych zespołów, które powstały później, ale odnoszą się do tej tradycji. Jest to jednak już coś innego, kiedy się porówna to, co istniało w tamtych latach.

Fot. Tomasz Milewski

Źródło: www.dezerter.com

– A co z publicznością? Kim jest Wasza obecna publiczność?

– Jeżeli chodzi o publiczność, to jest to w naszym przypadku śmieszna sytuacja. Zmieniły się pokolenia. Przychodzą następne, ale wraca też część naszych dawnych fanów. Na naszych koncertach można zaobserwować dużą rozpiętość wiekową. Są małolaty, które zaczynają dopiero słuchać punk-rockowej muzyki, ale są też ludzie, którzy byli na Jarocinie w latach ?80, potem weszli w ciepłe kapcie i domowe pielesze, następnie odchowali dzieci i poczuli, że czegoś im brakuje w życiu. Zobaczyli, że jest koncert Dezertera i wrócili do tego, trochę przez sentyment, trochę przez wspomnienia dawnej energii.  Tak więc na naszych koncertach widać duże zróżnicowanie.

– Punk to muzyka buntu. W latach ?80 dla wszystkich było jasne przeciwko czemu się buntujecie. Teraz sytuacja wygląda inaczej. Czy wciąż jednak poprzez muzykę wyrażacie jakiś sprzeciw?

– Dawniej ten sprzeciw był podskórnym przeświadczeniem. Staraliśmy się jednak tak to wyrażać, żeby nakłonić ludzi do myślenia, do otworzenia oczu i stworzenia własnej drogi. Chcieliśmy, żeby zaczęli myśleć samodzielnie, żeby sami podejmowali decyzje czy coś im się podoba czy nie. Teraz w zasadzie robimy to samo. Można powiedzieć, że bardziej zaakceptowaliśmy tę rzeczywistość, ale też trzeba zaznaczyć, że ta rzeczywistość się zmieniła do poziomu bardziej akceptowalnego. Z drugiej strony pewne rzeczy, które w tamtych czasach nas bolały, przetrwały i mam wrażenie, że ciągle są bolesne.

– Co masz na myśli?

– Na przykład takie masowe zachowanie społeczeństwa. Są pewne tryby, pewien kanon funkcjonowania w społeczeństwie i rola społeczna do odegrania. Większość ludzi przyjmuje tę rolę nieświadomie i bez jakiejkolwiek refleksji i bez zdawania sobie sprawy, że można żyć inaczej. Od zawsze zwracaliśmy na to uwagę w naszych tekstach. Poruszaliśmy różne tematy takie jak ekologia, prawa człowieka, zwierząt. Życie składa się z wielu elementów i dobrze jest się nad każdym z nich zastanowić, a nie iść owczym pędem, tam gdzie wszyscy.

– Teksty Waszych piosenek zawsze niosą konkretne przesłanie.

– Staramy się mówić coś od siebie. Odnosić się do świata i wyrażać swoje poglądy, które komuś się spodobają bądź nie, ale mamy nadzieję, że chociaż pobudzą do własnego zastanowienia się nad tym i znalezienia własnej drogi, a nie wejścia w wygodne koleiny, które są wytyczone przez innych.

– Uważasz, że osoby, które słuchają Dezertera odnoszą się do tych wskazówek?

– Pewnie bywa z tym różnie, ale mam wrażenie, że kiedy spotykam się z ludźmi, którzy nas słuchają to na nich to działa. Mówią mi, że nasza muzyka i teksty jakoś na nich wpłynęły. Dzięki temu wymyślili sobie coś, co robią teraz. Dzięki temu, że ktoś im wtedy otworzył oczy na pewne sprawy i to nie w ten sposób, że ktoś powiedział, że trzeba to zrobić tak i tak, tylko że właśnie można kombinować samodzielnie.

– Z muzyką Wasze teksty nabierają zupełnie innego wydźwięku. Czy przedstawienie tych utworów w całości na początku lat ?80 zdemaskowałoby Was przed cenzurą?

– Tak, mogłoby to nie przejść. Byłoby to ryzykowne. Chociaż wiesz, trudno jest dzisiaj wyrokować. Wtedy nastał już czas pewnych przełomów. W cenzurze też. I pewnie ludzie byli bardziej otwarci. Być może był to początek otwierania pewnej furtki. Tak jak i samo wydanie naszej płyty było możliwe dzięki temu, że w firmie wydawniczej Tonpress decydenci to byli ludzie młodzi, którzy takie rzeczy jak punk-rock byli w stanie zrozumieć i uznali, że to jest rzecz wartościowa, którą warto pokazać. Dla nich to był rodzaj ryzyka, ale też próba poszerzenia sfery wolności słowa czy też wypowiedzi artystycznej w Polsce. Myślę, że klika czynników złożyło się na to, że doszło do wydania tak prowokacyjnej płyty.

– Jak wspominasz występ na Jarocinie w 1984 roku? Doszło wtedy do nieporozumienia między Waszym zespołem a organizatorami. Podobno grożono Wam nawet ZOMO.

– Jarocin był jedynym festiwalem w latach ?80, gdzie promowano muzykę rockową. To był pierwszy festiwal, na jaki przyjęto nasze zgłoszenie. Na początku wystąpiliśmy jako zespół konkursowy. Wygraliśmy! W 1984 roku byliśmy zaproszeni jako zespół już znany. W dniu naszego koncertu było upalnie i sucho. Przyszło dużo ludzi. Teren pod sceną był piaszczysty, więc kiedy publiczność zaczęła wykonywać jakiekolwiek ruchy, wzniosły się tumany kurzu, który uniemożliwiał oddychanie. Na dodatek widzieliśmy, że ochrona zamiast dbać o bezpieczeństwo, chce bić publiczność, w związku z czym zatrzymaliśmy koncert. Poprosiliśmy organizatorów o upomnienie ochrony oraz o zrobienie czegoś z pyłem. Zaproponowaliśmy, żeby dyżurujący obok strażacy polali unoszący się kurz wodą. Zostało to odebrane jako atak na organizatorów. Wywiązała się publiczna kłótnia. Z organizatorem, który siedział w budce realizatora dźwięku, dyskutowaliśmy przy użyciu mikrofonów, więc kilka tysięcy ludzi słuchało naszej sprzeczki i powoli zaczęło brać naszą stronę. Zrobiło się niebezpiecznie, bo niektórzy ludzie z publiczności zaczęli ciskać grudy ziemi w stronę budki realizatora dźwięku. Denerwowały nas odpowiedzi organizatora, który straszył nas, że w pobliżu stoi ZOMO i tylko czeka na rozkaz. Zrobiło się bardzo gorąco, ale w końcu udało nam się porozumieć. Zaczęliśmy znowu grać i poczuliśmy, że dookoła zapanowała niezwykła atmosfera. Kilka tysięcy ludzi razem z nami wystąpiło przeciwko organizatorowi. Rzadko zdarza się na koncertach taki poziom emocji.

Jarocin 1987Robert Matera

Źródło: www.dezerter.com

– Pierwszą płytę nagraliście w grudniu 1987r. w USA, dzięki wytwórni Maxiumum Rock&Roll. Coś niesamowitego! Polski zespół, na dodatek punk-rockowy… W jaki sposób Wam się to udało?

– To był ewenement na skalę całego bloku wschodniego, ale też znak czasu pokazujący jak u nas wyglądał przemysł muzyczny. Żeby wydać dużą płytę musiał pojawić się wydawca w USA, bo w Polsce było to dla nas wtedy niemożliwe. Doszło do tego w zasadzie przypadkiem, poprzez personalne kontakty z wokalistą grupy DOA, kanadyjskiego zespołu punkowego, który chyba przez klub Remont został zaproszony na trasę koncertową po Polsce. To był taki czas, kiedy pierwsze zespoły zachodnie pojawiały się w Polsce. Dzięki temu doszło do spotkania z zespołem DOA i z jego wokalistą, Joe Keighley?em, który opowiedział nam jak wygląda punk-rock w Kanadzie, a my opisaliśmy mu, jak wygląda tutaj. Zaprosiliśmy go na próbę i zobaczył w jakich warunkach funkcjonujemy, na jakim sprzęcie gramy, więc się trochę załamał. Opowiedzieliśmy mu, jak wyglądają sprawy wydawania płyt w Polsce, że w zasadzie mamy aktualnie szlaban i po jednej epce, którą wydaliśmy na zasadzie szczęśliwego przypadku, nie mamy szans na wydanie czegokolwiek.

– Z jakiego powodu otrzymaliście szlaban na wydawanie płyt?

– Wydawcy po prostu obawiali się tak niebezpiecznego przekazu w czasach stanu wojennego, więc to też było takie nieoficjalne, jak sygnał o tym, żeby zmienić nazwę. Natomiast fakt był taki, że po prostu nikt nie był zainteresowany wydaniem naszej płyty, ale pamiętajmy też, że były chyba ze trzy wytwórnie w całej Polsce i niewiele się wydawało w ogóle. Tak więc sytuacja była skomplikowana na wielu poziomach.

– I to wszystko opowiedzieliście wokaliście DOA?

– W skrócie. Wówczas on zaproponował, że spróbuje wydać nam płytę w Stanach Zjednoczonych. Ponieważ nie byliśmy w stanie tam pojechać, bo nie było szansy na zdobycie paszportów i wizy, Joe postanowił wydać płytę montując ją ze wszystkich możliwych nagrań, które posiadaliśmy. Mieliśmy wtedy tę epkę z 4 utworami. Mieliśmy też nagranie na żywo z koncertu w Jarocinie oraz nagrania z sesji w radiu, których dokonaliśmy nielegalnie.

– Nielegalne nagranie w radiu? Jak do tego doszło? Mieliście jakieś wtyki?

 –  Z powodu problemów z wydaniem płyty, próbowaliśmy nagrać coś samodzielnie. Okazało się, że nasz kolega z klasy, który trochę pomagał nam w zespole, miał przez jakiś czas praktyki w Polskim Radiu. Trafiliśmy na sytuację, kiedy remontowano studio, więc oficjalnie było zamknięte. Mogliśmy jednak zdobyć do niego klucze i w nocy wejść tam po cichu ze sprzętem, nagrać kilka piosenek na taśmę, wyjść niezauważonym z taśmą i ze sprzętem zanim zacznie się praca.

– I rzeczywiście nikt Was nie zauważył?

– Trzeba było przekupić strażnika. Tam nikogo poza nim nie było.

– Czym go przekupiliście?

– Tym, czym się wtedy przekupywało, czyli flaszką. To był najbardziej chodliwy towar w takich sytuacjach. Joe Keighley zabrał nasze nagranie do Stanów i tam przedstawił wydawnictwu Maximum Rock and Roll, które zdecydowało się wydać je jako swego rodzaju osobliwość. Punkowy zespół z Polski? bo oczywiście nie wydali do tej pory nic z naszego kraju. Nawet nie bardzo wiedzieli co tam się dzieje, więc to dla nich była nie lada gratka.

– A dla Was prawdziwy powód do dumy.

– Dawało nam to wiarę, że jest sens dalej tworzyć. Sytuacja, kiedy gra się kilka lat i nie można ani grać zbyt wielu koncertów ani wydać płyty, była frustrująca.

– Czy mieliście później jeszcze jakiś kontakt z DOA?

– Tak, utrzymywaliśmy kontakt i w latach ?90 zdarzyło nam się spotkać w Holandii na trasie. Jakiś czas temu graliśmy razem koncert we Wrocławiu. Był to zespół, który później przyjeżdżał do Polski parę razy i koncertował po całej Europie. Mieliśmy więc okazję do krótkich spotkań.

– Na płycie, którą sami wydaliście w tzw. podziemiu na jednej ze stron zamieściliście piosenki nowofalowych zespołów pochodzących z ZSRR. Co to miało na celu? Chcieliście im pomóc, ponieważ ktoś pomógł Wam?

– Tak, to było podobne myślenie, jak w przypadku naszego amerykańskiego wydawcy, żeby pokazać, co dzieje się za wschodnią granicą. W Polsce oczywiście nie było nic na ten temat wiadomo, więc wpadliśmy na pomysł, żeby wydać kasetę, która na jednej stronie zawierała nagrania koncertowe Dezertera, a na drugiej zespoły ze Związku Radzieckiego. Nagrania te przemyciła nasza koleżanka, która studiowała jakiś czas w Rosji. Jak to usłyszeliśmy, uznaliśmy, że trzeba coś z tym zrobić. Chcieliśmy tę muzykę spopularyzować. Zarejestrowaliśmy wszystkie nagrania samodzielnie na magnetofonie kupionym  za pieniądze z ZAIKSu , które dostaliśmy za epkę wydaną w Polsce. To były największe pieniądze, jakie wówczas zarobiliśmy. Kupiliśmy za nie w Pewexie magnetofon dwukasetowy, który nadawał się do przegrywania. Na tym sprzęcie skopiowaliśmy około 200 sztuk tej kasety.

– To był taki rodzaj własnej wytwórni?

– Tak. Nazwaliśmy to Tank Records i wydaliśmy kilka rzeczy poza tą kasetą.

– Jak to rozprzestrzenialiście? Od znajomych do znajomych?

– Działaliśmy na zasadzie poczty pantoflowej. Trochę kaset sprzedawaliśmy na koncertach. Później zaczęto organizować też spotkania kolekcjonerów, gdzie wymieniano się nagraniami.

– Gdzieś w Warszawie?

– Tak. Odbywało się to pod klubem Hybrydy. Był też targ na Żoliborzu, gdzie sprzedawano różne starocie, płyty winylowe i kasety. Kolekcjonerzy się nimi wymieniali. Wśród nich była też grupka punkowców, którzy mieli nagrania z muzyką punkową.

– Kiedy zaczęliście koncertować za granicą? Jak to się stało, że w pewnym momencie staliście się znani na ogromną skalę na Zachodzie? Trasy koncertowe w Finlandii, Niemczech, Holandii, Francji, Szwajcarii, na Ukrainie, a nawet w Japonii?! Nawet teraz niewiele polskich zespołów występuje w Japonii. Jak do tego doszło?

– Zaczęło się to w latach ’90, kiedy dostaliśmy paszporty. Nastąpiła wtedy odwilż polityczna. Pierwsza była Finlandia. Dosyć daleki kraj, gdzie lokalne środowisko punkowo-anarchistyczne, w przeciwieństwie do tego jak to wyglądało w Polsce, było powiązane z oficjalnymi instytucjami kulturowymi w Helsinkach. To środowisko doprowadziło do tego, że nasz zespół został zaproszony na festiwal. Dostaliśmy wizy, pieniądze na podróż i wyruszyliśmy do Finlandii na krótką trasę.

Robert Robal Matera

Źródło: www.dezerter.com

– I jak zareagowała na Was fińska publiczność? Jak na ciekawostkę? Curiosum?

– Pozytywnie! Aczkolwiek dla nich największym curiosum było właśnie to, że jesteśmy z Polski. Na festiwalu występowało kilka zespołów fińskich, które grały podobnie do nas, więc to tak jakby był element tej samej układanki.

– A koncert w Japonii?

– To z kolei była sytuacja związana z japońskim punkowym zespołem Stalin. Grupa ta funkcjonowała w zupełnie innych realiach niż my. W Japonii wszystko było wolno, więc zespół miał swoją agencję, która załatwiała trasy koncertowe. Ta agencja wpadła na pomysł, żeby zorganizować festiwal z okazji runięcia muru berlińskiego i zaprosić jakiś zespół zza żelaznej kurtyny. Jedynym zespołem, do którego udało im się dotrzeć, był właśnie Dezerter. Przedstawiciele tej agencji, w celu dogadania szczegółów, przylecieli do Polski i udali się do Polskiego Radia. To wszystko było bardzo oficjalne. W Polskim Radiu jakiś dziennikarz muzyczny skierował ich do naszego ówczesnego menadżera. Rozpoczęły się rozmowy na temat trasy po Japonii. Ciężko nam było w to wszystko uwierzyć! W pewnym momencie przyszły pieniądze na samolot i wtedy zrozumieliśmy, że naprawdę będziemy mieć trasę w Japonii. Polecieliśmy na festiwal do Tokio. Ze Stalinem zagraliśmy jeszcze kilka koncertów w Nagoi i Osace .

– Jak to wspominasz?

– Doznałem szoku. Było to zderzenie z zupełnie inną kulturą, w dodatku w punkowym kontekście. Japońscy punkowcy są inni niż polscy.

– A co najbardziej różni polskich punków od japońskich?

– Na przykład to, że oni mieli wszystkie ubrania kupowane w butikach, sterylnie czyste. Porwane dżinsy, ale czyste i schludne. Byli bardzo żywiołowi, ale w taki sposób artystyczny i ugrzeczniony. Nasze granie było dla nich swego rodzaju szokiem. Po każdej piosence następowała chwila ciszy i dopiero docierało do nich, co się stało i następował aplauz. Ciekawe było też to, jak Japończycy potrafią absorbować zachodnią kulturę. Na festiwalu, poza zespołem Stalin, grało też kilka innych japońskich grup i miałem wrażenie, że były to japońskie odpowiedniki The Clash, Boba Marleya i Sex Pistols. Wszystko mieli doskonale odwzorowane.

– Od tego czasu nagraliście dużo płyt. W październiku 2014 roku wydaliście album ?Większy zjada mniejszego?. O czym on jest?

– Płyta jest o tym co tu i teraz, a jeżeli chodzi o przesłanie to myślę, że jest to kontynuacja naszych wcześniejszych przemyśleń. Pokazujemy rzeczy, które nam się nie podobają, które uważamy za chore. Chcemy na nie wskazać, żeby ktoś zastanowił się czy można zmienić coś na lepsze. Zwracamy uwagę, że tak generalnie nie wszystko na tym świecie już jest w porządku. Mam na myśli zakres globalny, jak i wokół nas, na naszym podwórku.

dezerter większy zjada mniejszego

Źródło: www.dezerter.com

– Mick Jagger ma 72 lata i wciąż jest aktywnym muzykiem. Nie wygląda na to, żeby miał się żegnać ze sceną. A czy Wy macie jakiś limit? Wyobrażasz sobie skończyć z koncertami i zająć się czymś innym?

– Niczego takiego sobie nie ustaliliśmy. Myślę, że to wyjdzie naturalnie. Nie mamy żadnych założeń, żeby grać jakiś czas. Mamy poczucie, że nagrywamy płyty, których ludzie chcą słuchać. Na koncerty przychodzi publiczność, która chce się bawić i chce tego co robimy. Dopóki będą ludzie, którzy chcą nas słuchać, dopóty będziemy widzieli sens, żeby grać. Bo to dzięki nim i dla nich w zasadzie działamy.

– Czyli możemy spodziewać się kolejnych płyt?

– Tak myślę. Rok temu ukazał się nasz najnowszy album. A co dalej, zobaczymy?


[1] Dariusz ?Skandal? Hajn  zmarł 8 maja 1995 roku z powodu przedawkowania narkotyków.

Dodaj komentarz

Wymagane pola oznaczone są *.