FB Twitter

Zamienię Mazury na Alpy. W dwóch słowach o dwóch kołach ? cz.1.

| 0 komentarzy

Gdybym miała się z kimś założyć, że za około 500 zł spędzę cztery niezapomniane dni w Austrii z rowerem w roli głównej, najpierw wyśmiałabym tę osobę, a potem byłabym zmuszona do przełknięcia gorzkiej pigułki przegranej. Początkowy sceptycyzm miał jednak swoje źródło w ubiegłorocznych paragonach znad Bałtyku. Moja i moich znajomych historia pokaże jednak, że do zagranicznego wyjazdu nie potrzeba ani fortuny, ani wielu przygotowań.

– Zmiana planów. Nie jedziemy na Mazury. ? tak mniej więcej brzmiało pierwsze zdanie przełomowej rozmowy telefonicznej z Kubą, kiedy pewnego sierpniowego wieczoru wracałam od koleżanki z? Mazur. Tak, tak, trochę wolnego i wyjątkowo sprzyjająca pogoda zachęcały do opuszczenia stolicy na rzecz wakacyjnej przygody. Plany na sierpień były następujące: praca ? rodzice ? Mazury z przyjaciółką ? praca ? ?rowerowe Mazury? z kolegami ? praca. Ale zaraz, jak to? Czy ja przed chwilą nie usłyszałam, że wyprawa rowerowa nie dojdzie do skutku?

– Dlaczego? ? zapytałam.

– Bo zamiast Mazur będzie trochę droższy wyjazd.

– Jak drogi?

– Około 300 zł za osobę. ? usłyszałam w odpowiedzi.

– Co? Dwudniowa trzyosobowa wyprawa rowerowa z własnym zaopatrzeniem za 300 zł? Gdzie wy chcecie jechać?

– Nie dwudniowa, tylko czterodniowa, i nie na Mazury, tylko do Austrii.

?Tak, mów mi więcej?. pomyślałam z przekąsem. Wyjazd nad polskie jeziora był planowany na weekend 22 i 23 sierpnia. Wystarczyło jednak, żebym na kilka dni opuściła Warszawę i wstępne założenia całkowicie uległy zmianie. Jednak słuchając dalszej argumentacji coraz bardziej byłam skłonna przystać na nową opcję.

***

Plan był prosty. Pakujemy rowery i żywność do samochodu, który miał nas dowieźć do wybranego kempingu w Austrii. Na miejscu rozbijamy namioty, przygotowujemy nasze jednoślady i wyruszamy nimi w trasę rowerową m.in. wzdłuż Dunaju.Już na początku włączyła mi się czerwona lampka, bo byłam pewna, że zapłacimy kilkakrotność 300 zł, a bycie studentem nie jest dla mnie synonimem bogactwa. Chociaż strach przed kosztami był dla mnie głównym hamulcem, to niestety niejedynym. W ostatecznym rozrachunku doszłam jednak do wniosku, że nie taki diabeł straszny, jak? no właśnie.

Ragus_01

Fot. Agnieszka Ragus

Lista czynności do wykonania przed wycieczką wyglądała mniej więcej następująco: oddać rowery do przeglądów, zakupić winietę, która ?załatwiała? sprawę płatnego korzystania z autostrad w Austrii, przygotować samochód, zaplanować dokładną trasę, wymienić złotówki na euro, sprawdzić, czy nasze ubezpieczenia są również ważne poza Polską i ewentualnie dokupić dodatkową opcję, zrobić zakupy żywnościowe, odebrać rowery z przeglądów, spakować się, zmieścić się ze wszystkim do samochodu. Na zorganizowanie całej zagranicznej wyprawy mieliśmy cztery dni, a każde z nas w tym czasie pracowało. Sama już nie wiedziałam, czy to dużo, czy mało. Dla mnie miał być to pierwszy tak daleki wyjazd z rowerem, a w dodatku którego byłam jego współorganizatorką. Chociaż podzieliliśmy się zadaniami, zaczęłam się zastanawiać kiedy spontaniczność zamieniała się w brawurowość.

Bezpieczeństwo było dla nas priorytetem, dlatego szczególnie dużą wagę przywiązaliśmy do sprawności naszych rowerów. Góry są wymagające dla jednośladów, ale woleliśmy nie sprawdzać na miejscu i na własnej skórze, jak bardzo. Któż lepiej zajmie się rowerami, jeśli nie profesjonalne serwisy? Każde z nas oddało swój sprzęt w różne miejsca i w różnym czasie – to rozwiązanie okazało się dla nas najwygodniejsze. W ciągu dwóch dni w moim rowerze przykręcono to i owo. Byłam więc już prawie gotowa podjąć rowerowe wyzwanie.

Ragus_00

Fot. Agnieszka Ragus

Nieprzypadkowo również zabraliśmy jedzenie z Polski. Chociaż mieliśmy świadomość, że zajmie ono całkiem sporo miejsca w aucie, to jednogłośnie stwierdziliśmy, że lepiej mieć więcej w samochodzie niż mniej w portfelu. W końcu naszym celem był udany wyjazd jak najmniejszym kosztem. Spożywcze zakupy przypadły mi. Panowie jednak chyba zbyt pochopnie pozytywnie ocenili moje kulinarne zdolności, bo zamiast po cichu oczekiwanych kuchni świata zaprezentowałam wachlarz smaków kuchni studenckiej. W menu zagościły zatem m.in. zupki chińskie, pasztety, konserwy turystyczne, chleb tostowy i jeszcze więcej zupek, pasztetów, konserw i chleba. W karcie dań znalazły się jednak tylko te produkty, które nie wymagały lodówki. Miałam, słuszne zresztą, przeczucie, że ona się nie zmieści. Całe szczęście, że wyjazd trwał tylko cztery dni?

Wyznaczeniem trasy zajęli się chłopaki. Tata Kuby polecił nam kemping w małej miejscowości Kleinzell, gdzie sprawdził, czy są wolne miejsca. Przy rozplanowaniu możliwie najkrótszej i najwygodniejszej drogi do celu, wspaniałym narzędziem okazało się natomiast Google Maps. Nasza trasa do Austrii miała przebiegać przez Czechy. Czekało nas około 800 km w jedną stronę.

Ragus_02

Fot. Agnieszka Ragus

Pakowanie należało do jednych z trudniejszych logistycznie czynności tej wyprawy. Przeszkoda nr 1: należało spakować się tak, żeby zmieścić wszystko, co było potrzebne, zważając na wskazany minimalizm bagażowy. Były to m.in. ubrania i niezbędne akcesoria rowerowe, bluza/sweter, kurtka, kosmetyczka z żelami/płynami/kremami/kto tam czego używał. I naprawdę, moim jednym kolorowym kosmetykiem podczas wyjazdu był beżowy nawilżający błyszczyk. Przeszkoda nr 2: Peugeot Michała, którym mieliśmy jechać, nie był dostosowany do przewożenia rowerów na dachu, dlatego musiały się one zmieścić do środka. Przeszkoda nr 3: miały się tam również zmieścić nasze śpiwory, karimaty, duży namiot, kuchenka gazowa, składany stolik, jedzenie, nasze rzeczy i my. Pakowaliśmy się wieczór przed wyjazdem. Jako pierwszy do auta wniósł swoje rzeczy Michał. Potem pojechał po bagaż Kuby, a na samym końcu trzeba było wszystko wypakować i spakować jeszcze raz, żeby zmieściły się także moje rzeczy i rowery.

Udane spakowanie auta: czwartek, 20 sierpnia, ok. 23:30. Planowany wyjazd: ok. 3:00 w piątek 21 sierpnia. Ostatecznie: około pół godziny opóźnienia. Na zegarze 3:25. Zapiąć pasy! Wyruszamy!

c.d.n.

Autor: Agnieszka Ragus

Studentka dziennikarstwa i medioznawstwa na Uniwersytecie Warszawskim. To entuzjastka nowych mediów i poprawności językowej. Kilometry słów równie chętnie zamienia na kilometry rowerowe.

Dodaj komentarz

Wymagane pola oznaczone są *.