FB Twitter

Prawie jak Maglev

| 0 komentarzy

Wielkimi krokami zbliża się czternasty grudnia. Tego dnia będziemy obchodzić pewną rocznicę. Dokładnie rok temu zmieniło się znacząco życie Polek i Polaków ? zaczęło kursować pendolino.

ojciec-leon-o-pendolino-622x414

 źródło: www.ps-po.pl

Jestem z Wrocławia, więc gdy dowiedziałam się, że podróż do domu może trwać 3 godziny 40 minut, a nie nawet do siedmiu godzin, bardzo się ucieszyłam. Tym bardziej, że kupiłam bilet dużo wcześniej i zapłaciłam 28,90 zł. Pierwszą podróż tym szybkim jak statek kosmiczny pojazdem odbyłam kilka dni przed świętami Bożego Narodzenia. Gdy tylko dotarłam na peron zorientowałam się, że to nie będzie zwyczajna podróż. O nie. Im bliżej godziny odjazdu, tym bliżej torów znajdowali się pasażerowie. Niestety, pociąg nawet gdy zwolnił, jechał zbyt szybko, by móc zrobić sobie z nim ?selfie?. Przynajmniej lokomotywa została uchwycona. Oprócz fotografów, na peronie stały również młode osoby w pomarańczowych, odblaskowych kamizelkach. Ustawieni byli parami, w znacznych odstępach od siebie. Każdy z nich miał na sobie zawieszony numerek od 1 do 7. Przez chwilę przeszło mi to przez myśl, ale pomyślałam, że byłby to kompletny kretynizm, więc nie chciałam w to wierzyć. A jednak ? byli to pracownicy PKP (zresztą bardzo sympatyczni), którzy ustawili się przy wejściach do wagonów. Może za dużo wymagam, ale chyba jest to dosyć logiczne, że elementy składu pociągu są ustawione w kolejności. Mało prawdopodobne, i w dodatku bezsensowne, byłoby trollowanie pasażerów niestandardowym ustawieniem wagonów, np. 1-5-2. Każda osoba myśląca prędzej czy później trafiłaby do swojego wagonu? Przy wejściu przypominano pasażerom, że należy mieć zakupiony wcześniej bilet, bo inaczej mandacik ? bagatela 650zł.

Zajęłam miejsce przy ?dużym stoliku?. Pomyślałam sobie, że jestem super cwana, że przechytrzyłam wszystkich. Myślałam: będę miała nieograniczoną ilość miejsca – istnie królewskie warunki jazdy. W przypływie euforii zapomniałam o tym, że przy stoliku są jeszcze trzy miejsca i ? jak to przy stoliku ? osoby siedzą naprzeciw siebie. Moim towarzyszami podróży, oprócz kilkudziesięciu innych osób siedzących w tym wagonie, było małżeństwo z kilkuletnią córką. Co tu ukrywać ? w rankingu najbardziej irytujących współpasażerów na podium znajdują się: zakochane pary, osoby nieczujące potrzeby mycia się oraz właśnie małe dzieci.

 W wakacje jechałam nocnym z Gdańska do Wrocławia. Ośmioosobowy przedział był pełny, wśród pasażerów byli między innymi rodzice i dziecko. Osobno oni i osobno ich pociecha. Para usiadła obok siebie i w objęciach zasnęła. Natomiast koło mnie posadzili syna, który równie szybko usnął. Podczas snu przytulił się do mnie. Najpierw mnie rozczulił, ale z czasem przytulanie zmieniło się w miażdżący uścisk. Zawsze mnie zastanawiało, skąd dzieci mają tyle siły… Nie mogłam spać. Nie chciałam obudzić chłopca, więc siedziałam jak sparaliżowana. Miałam nadzieję, że jego rodzice wkrótce się ockną i uwolnią mnie z jego ?szponów?. Obudziła się matka.

? Stasiek! Stasiek! Patrz, jak słodko śpi. – powiedziała do męża i uśmiechnęła się do mnie.

Co mogłam zrobić w takiej sytuacji? W symbiozie, ku mojej ogromnej radości dojechaliśmy do Wrocławia.

 Przypomniawszy sobie tę historię pragnęłam, aby nie usadowiła się obok mnie ta dziewczynka. Usiadła jej mama. Pomyślałam, że nie powinnam być negatywnie nastawiona… Mój ojciec do znudzenia powtarza, że każdy kiedyś był dzieckiem. Nie da się ukryć. Jednak podczas tej podróży to nie 8-letnia Zosia irytowała mnie do granic możliwości, a jej rodzice. Dziewczynka grzecznie siedziała z tabletem w rączkach, gdy nagle tata powiedział jej, że czas na naukę.

–   Ale tatooo, oglądam ?Świnkę Pepę? – jęczała mała.

–   OK, stop it. Stop it please, Zosia. Let’s learn something. How are you?

–   Tato, ja chcę oglądać świnkę Pepę.

–    No Zosia, it’s not time for ?The Piggy Pepa?. Talk to me. In English.

Szkoda mi było Zosi. Nie dość, że angielski pana Taty był dosyć słaby, to jeszcze gdy używał obcego języka ( nie wiadomo dlaczego) mówił dużo głośniej, jakby dużymi literami. Tym irytował i mnie, i Zosię. Ja powstrzymywałam moje niezadowolenie, dziewczynka nie była w stanie tego zrobić. W sumie, jakby to mnie męczył powtarzając sto razy pytanie ?Hał ar ju?? pewnie też bym się wkurzyła. Zośka zaczęła stopniowo coraz głośniej jęczeć, aż wreszcie zaczęła ryczeć. Dała taki koncert, że wkrótce cała rodzina była na ustach pasażerów.

?  Naprawdę, nie potrafią dziecka wychować. Za moich czasów to było nie do pomyślenia, żeby jakiś berbeć robił tyle hałasu.

Zaczęłam żałować, że nie wzięłam środków uspokajających przed podróżą. Oprócz ojca Zosi, do grona irytujących osób zaliczała się również grupa pasażerów zniesmaczonych faktem, że w pendolino nie ma wifi.

?   Jak to nie ma? – zapytał z wyrzutem kontrolera pewien pan ? No to jest nie do pomyślenia. Tyle pieniędzy wydałem na bilet i nawet ?łaj faj? nie ma.

W pendolino, na trasie Warszawa-Wrocław, nie ma ani ?łaj faj?, ani ? przez większość czasu ? zasięgu. Ale to nie stawało na przeszkodzie, żeby próbować, a nuż się złapie zasięg. będzie można wtedy pogadać, no bo co tu robić innego. Zanudzić się można.

?  Halo? HALO? Matko, nie słyszę cię. No wiesz… HALO! No co jest?! Tak, już jadę. Pendolino. No mówię, że w PENDOLINO siedzę, już jadę.

Nie słyszałam, żeby ktoś w pociągu TLK wykrzykiwał przez telefon: ?Jadę TLK?. Ale fakt poruszenia się pendolino oczywiście trzeba podkreślić.

Byłam tak zirytowana nie tylko dlatego, że jestem niecierpliwa i szybko się irytuję. Głównie dlatego, że miałam przy sobie książkę, którą chciałam, co więcej musiałam przeczytać, a zupełnie nie mogłam się skupić. Do odgłosów dobiegających ze strony pasażerów dochodził również kojący, niski (w zamierzeniu przyjemny dla ucha) głos pani z głośnika. Kobieta  informowała o istnieniu wagonu restauracyjnego, przypominała o tym, że jesteśmy w PENDOLINO, a nie jakimś tam plebejskim pociągu. Mówiła o konieczności posiadania ważnego biletu zakupionego przed odjazdem, o ekipie sprzątającej, odpowiedzialnej za nadzwyczajne zabrudzenia… Co chwilę coś ogłaszała. Maszynista również dorzucał swoje trzy grosze ? m.in. moment, w którym osiągnęliśmy zawrotną prędkość 200km/h. Japoński Maglev jeździ 600km/h. Ciekawe, czy Japończykom trzeba o tym przypominać?

Przy każdej stacji, przed zatrzymaniem i zaraz po odjeździe, żeby nikogo nie ominęła ta przyjemność, z głośników słychać nokturn Chopina. Piękny utwór, powtarzany w kółko, pod koniec podróży staje się nie do wytrzymania.

 Dojechałam. Bez opóźnień. Czas przejazdu rekompensował mi w jakimś stopniu emocje doświadczone w pociągu.

 Naprawdę bardzo się cieszę z tego, że taki pociąg zaczął kursować po Polsce, że przejechanie 400 km może zajmować mniej czasu niż pół dnia. Jedyne co mi nie odpowiada to fakt, że robimy tyle hałasu – zarówno mówiąc o pendolino, jak i siedząc w jego wnętrzu.

 

Autor: Dorota Świerkot

Wrocławianka, studentka studiów filologiczno­-kulturoznawczych, czyli połączenia filologii angielskiej, hiszpańskiej i włoskiej. Jej największe pasje: nauka języków obcych i podróżowanie. Przez rok mieszkała w Meksyku w ramach programu Rotary Youth Exchange. Z przymrużeniem oka krytykuje w zasadzie wszystko. Dużo się śmieje i uwielbia ludzi z poczuciem humoru.

Dodaj komentarz

Wymagane pola oznaczone są *.