FB Twitter

Wysoko zawieszona poprzeczka

| 0 komentarzy

 Kiedy chwilę po północy, by powitać nowy rok, rozległ się huk miliarda fajerwerków, selekcjoner Adam Nawałka przeważnie słyszał noworoczne życzenia, by ten rok przyniósł nam awans na Euro 2016. Wtedy w styczniu cel wydawał się więcej niż realny, ale każdy zdawał sobie sprawę, że jego osiągnięcie nie będzie łatwe. Dzisiaj, kiedy wiemy jaki jest finał tej historii, warto rzucić okiem wstecz i krok po kroku prześledzić, jaki był ten 2015 rok dla naszej reprezentacji.

Rok 2014 zakończyliśmy niespodziewanie na pierwszy miejscu grupy D. Wszystko to dzięki sensacji, którą wprawiliśmy w oszołomienie cały piłkarski świat, kiedy pokonaliśmy 2-0 Niemców. Nam, jako liderom stawki, w sposób oczywisty musiały zaostrzyć się apetyty i nikt nie bał się otwarcie mówić, że brak awansu będzie ogromnym rozczarowaniem. Jeśli jednak przypatrzymy się bliżej sytuacji w grupie D na przełomie 2014 i 2015 roku, to zobaczymy, że zadanie nie było tak łatwe, jak mogłoby się wydawać. Fakt, mieliśmy najwięcej punktów spośród wszystkich drużyn, ale od miejsca, które nie gwarantowało nawet udziału w barażach, dzieliły nas zaledwie 3 punkty. Jedno potknięcie i marzenia o Francji znacznie by się oddaliły.

Pierwszy mecz polskiej kadry w 2015 roku odbył się w ostatnich dniach marca, a nasi piłkarze udali się do Dublina, gdzie ich przeciwnikiem była drużyna Irlandii. Biorąc pod uwagę, że nad Irlandią mieliśmy właśnie 3 oczka przewagi oraz fakt, że na Zielonej Wyspie trudno gra się każdemu, celem tego wyjazdu było, by meczu nie przegrać i wrócić do ojczyzny z punktami. Mecz ułożył się dla nas znakomicie, bo po indywidualnej akcji Peszki wyszliśmy na prowadzenie, a rywale nie przejawiali pomysłu na rozmontowanie naszej defensywy. Co więcej, z trybun dało się słyszeć głośne: ?Gramy u siebie? i każdy był przekonany, że to wsparcie licznej grupy polskich kibiców przełoży się na końcowy sukces. Niestety, Irlandczycy wyszli na drugą część spotkania tak zmobilizowani, że całkowicie przyćmili nasz zespół. Przewaga gospodarzy była przygniatająca, a nasi zawodnicy ograniczyli się jedynie do wykopywania piłki do przodu. Kiedy wydawało się, że jakimś cudem przetrwamy tę irlandzką nawałnicę, Shane Long wpakował piłkę do polskiej bramki w ostatnich minutach spotkania i musieliśmy się zadowolić jednym punktem. Z jednej strony czuć było niedosyt, z drugiej satysfakcję, że zrealizowaliśmy przedmeczowe założenie ? nie przegraliśmy w Irlandii.

Na zakończenie sezonu 2014/15 pozostały polskiej reprezentacji dwa spotkania. Jedno eliminacyjne z Gruzją i drugie towarzyskie z Grecją. Pierwszy mecz zakończył się pewnym zwycięstwem Polski 4-0, choć nie był to spacerek. Pierwszą bramkę zdobyliśmy dopiero po godzinie gry, a resztę wpakował rywalom Lewandowski w ostatnich czterech minutach spotkania. Zaś sparing z Grekami to wydarzenie, o którym należało jak najszybciej zapomnieć. Na dramatycznie niski poziom tego meczu złożyło się kilka czynników, m. in. zmęczenie sezonem oraz forma rywali, u których piłka nożna przechodzi kryzys zbliżony do ekonomicznego. Po ostatnim gwizdku tego bezbramkowego spotkania każdy myślał o wrześniu i arcyważnym meczu z Niemcami. Wciąż byliśmy liderami grupy D i nad miejscem czwartym mieliśmy 4 punkty przewagi.

12325044_738078039657996_1386611758_n

Źródło: www.freeimages.com

No i przyszedł wyczekiwany wrzesień. Z zaplanowanych spotkań z Niemcami i Gibraltarem, emocje budziło tylko to pierwsze, gdyż potyczka z drugim przeciwnikiem należała raczej do formalności. Natomiast starcie z mistrzami świata na ich terenie było wyjątkowe nie tylko ze względu na tło historyczne i rangę rywala, ale także sytuację w tabeli. Ewentualne zwycięstwo sprawiłoby, że awans byłby na wyciągnięcie ręki. Niestety, zachodni sąsiedzi okazali się zespołem o klasę lepszym i choć Polacy zagrali dobry mecz, to ponieśli pierwszą eliminacyjną porażkę w stosunku 1-3. Jedynego gola dla Polski strzelił Lewandowski. Kilka dni później przyszło nam się mierzyć z Gibraltarem na Stadionie Narodowym i tak jak się spodziewano, rozgromiliśmy rywala aż 8-1. Należy tu wspomnieć o wymarzonym debiucie Bartosza Kapustki w kadrze, który po kilku minutach przebywania na boisku zdobył bramkę. Nazwisko to warto zapamiętać, bo bardzo prawdopodobne, że za kilka lat będziemy je wymieniać jednym tchem obok Lewandowskiego i Krychowiaka. Pomocnik Cracovii w grudniu skończy dopiero 19 lat, a już pytają o niego największe europejskie firmy. Wracając do reprezentacji: straciliśmy fotel lidera na rzecz Niemców, ale powiększyliśmy przewagę nad czwartą Szkocją do 6 punktów. Po piętach deptała nam Irlandia, która zgromadziła o 2 punkty mniej i październikowe spotkania z tymi drużynami już zaczęły elektryzować. Chwila prawdy nadchodziła wielkimi krokami.

Pierwszą przeszkodą na drodze do awansu była Szkocja. Polaków czekał ciężki bój, bo było to spotkanie wyjazdowe, a i nastawienie rywali zakrawało o wojenne. Szkoci bowiem, by zachować szanse na miejsce barażowe, musieli to spotkanie wygrać, a więc nie było mowy o kompromisie. Zaczęliśmy dobrze, a nawet wyśmienicie, bo w trzeciej minucie gry do bramki trafił Lewandowski. Mieliśmy parę okazji by podwyższyć prowadzenie, ale zawodziła skuteczność. Gdy sędzia spotkania spojrzał na zegarek, by odesłać piłkarzy do szatni, Matt Richie huknął zza pola karnego i umieścił piłkę w samym rogu bramki Fabiańskiego. Stadion oszalał, a polscy kibice zaniemówili. Nic nie wskazywało na to, że Szkocja wyrówna, a jednak wynik do przerwy brzmiał 1-1. Po przerwie Szkoci dołożyli drugie trafienie i gra polskiej reprezentacji nieco się posypała. Dopiero w końcówce biało-czerwoni ruszyli do rozpaczliwego ataku, ale świetnie spisywał się bramkarz gospodarzy. Czasu było coraz mniej i z kibicowskich serc ulatniała się wiara w dobry rezultat. Złe wieści docierały z Irlandii, gdzie miejscowi prowadzili z Niemcami, co jeszcze bardziej komplikowało polską sytuację. W ostatniej minucie gry piłkę w znacznej odległości od bramki ustawił Grosicki i każdy zdawał sobie sprawę, że potrzeba cudu, by wywieźć ze Szkocji choćby punkt. Ale cuda się zdarzają i taki miał miejsce właśnie 8 października. Robert Lewandowski dosłownie wepchnął piłkę do szkockiej bramki i w polskich domach nastąpiła eksplozja radości. Polska wywalczyła punkt, który dawał pewny komfort przed meczem z Irlandią, a zarazem odbierał jakąkolwiek nadzieję na awans Szkotom.

Przed decydującym starciem z Irlandią mieliśmy tyle samo punktów, co nasi rywale, ale lepszy bilans bramkowy nieco ułatwiał nam zadanie. Remisy 0-0 i 1-1 oraz zwycięstwo dawały nam bezpośredni awans do turnieju finałowego. Wysoki remis lub porażka premiowały Irlandię. Dodatkowo mieliśmy jeszcze jeden silny atut: Stadion Narodowy. I nie chodzi tu o sam obiekt, ale o fantastycznych kibiców, którzy wypełnili go po brzegi i z całych sił pomagali polskiemu zespołowi. Pierwszy powód do radości dał im Grzegorz Krychowiak, ale chwilę później nastroje znacznie się pogorszyły, bo z karnego wyrównał Walters. Jednak sprawę w swoje ręce wziął Lewandowski i, jak na prawdziwego lidera przystało, zdobył bramkę, która okazała się zwycięska. Bo choć minuty drugiej połowy dłużyły się niemiłosiernie, Polska utrzymała prowadzenie i zakończyła eliminacje na drugim miejscu w grupie, dającym awans na Euro 2016. Tym sposobem polscy reprezentanci przypieczętowali to, na co pracowali od długich miesięcy, a o czym śnił każdy polski kibic piłki nożnej. Polska znalazła się w gronie najlepszych drużyn starego kontynentu!

Rok 2015 był dla polskiej piłki niezwykle udany. Polska kadra przegrała tylko jeden mecz i to z mistrzami świata, Niemcami. Osiągnęliśmy założony cel, awansując na Euro, a i po meczach eliminacyjnych udowodniliśmy, jak bardzo jesteśmy silni. W listopadowych meczach towarzyskich pokonaliśmy Islandię 4-2 i Czechy 3-1. Warto wspomnieć, że to właśnie te drużyny odprawiły z kwitkiem Holendrów, którzy latem przyszłego roku do Francji się nie wybiorą. Dobra dyspozycja Polski uruchomiła bardzo oczywisty mechanizm. W myśl powiedzenia, że apetyt rośnie w miarę jedzenia, coraz częściej słyszy się o oczekiwaniach wobec polskich piłkarzy w kontekście przyszłorocznego turnieju. Jedni zakładają wyjście z grupy, jeszcze inni liczą po cichu na medal. Huraoptymizmu i euforii obawia się Zbigniew Boniek, który przewrotnie powiedział: ?Mam nadzieję, że wiosną reprezentacja przegra sparing. Czasem porażka uczy więcej niż zwycięstwo.? Prezes PZPN twardo stąpa po ziemi i zdaje sobie sprawę, że postawa reprezentacji Polski we Francji i jej wynik zostaną uwarunkowane przez wiele czynników, z których nie na wszystkie mamy wpływ. Dużo będzie zależeć choćby od rywali, na jakich skieruje nas ślepy los. Jednak już nic nie zmieni faktu, że każdy z nas obiecuje sobie po tych mistrzostwach bardzo dużo. To sami piłkarze, swoją dobrą grą, zawiesili poprzeczkę dość wysoko. Wszyscy mają nadzieję, że nadszedł czas na prawdziwy sukces polskiej piłki.

Autor: Dominik Kania

Student dziennikarstwa i medioznawstwa. Do wielkiej stolicy przybył z mniejszych, lecz niemniej dumnych Katowic. Przez całe życie obserwuje i to naprawdę inspirujące zajęcie, bo dzięki temu rodzi się w jego głowie natłok myśli, który aż domaga się przelania na papier. Uwielbia sport, a szczególnie piłkę nożną, która towarzyszy mu od przedszkola. Interesuje się także wszystkim tym, co nas otacza i rzadko udaje mu się powstrzymywać od komentarza wydarzeń politycznych, czy społecznych. Tymi obszarami zamierza się zajmować w "Sednie", ale ponieważ temat czasem leży na chodniku, nigdy nie mówi nigdy.

Dodaj komentarz

Wymagane pola oznaczone są *.