FB Twitter

Workcamp: czy tylko turystyka?

| 0 komentarzy

Wielkimi krokami zbliżają się wakacje, a więc czas, który student może dość swobodnie rozplanować. Dla wielu z nas jest to nie tylko okres błogiego wypoczynku, ale też czas zdobywania nowych doświadczeń, nawiązywania nowych znajomości, podreperowania studenckiego budżetu lub wdrażania się do przyszłego zawodu poprzez różnego rodzaju praktyki czy szkolenia. Właśnie dla tych, planujących nieco praktyczniejsze spędzenie wakacji, wyjazd na workcamp może być szczególnie interesujący.

Jako studentowi filologii nieraz przyszło mi się zastanawiać, jak skutecznie mogę rozwijać swoje kompetencje językowe. Lektura zagranicznych książek lub gazet, oglądanie filmów lub telewizji, słuchanie radia, rozwiązywanie ćwiczeń gramatycznych i leksykalnych, konwersacje na zajęciach z praktycznej nauki języka… To wszystko do pewnego stopnia pomaga. Po jakimś czasie jednak człowiek osiąga pułap, na którym orientuje się, że to, co odbiera w danym języku obcym, rozumie bez większego wysiłku, mimo tego jednak, nie jest w stanie równie łatwo w nim ?nadawać?. Mówienie staje się poważnym problemem. Najlepszym lekarstwem na taką ?językową nieśmiałość? okazuje się kontakt z żywym językiem, czyli w praktyce, wyjazd za granicę, do kraju, gdzie dany język jest w powszechnym użyciu.

Tak, ja też potrzebowałem tego lekarstwa. Tu powstał drugi problem – koszta. Jak wyjechać i nie zbankrutować? Czy to w ogóle możliwe? W moim przypadku wszelkie płatne, turystyczne kursy językowe były poza zasięgiem. Trzeba było szukać czegoś niekomercyjnego. No i znalazłem. Na stronie internetowej Europejskiego Portalu Młodzieżowego w zakładce pod tytułem: Workcampy. Jest w niej lista największych i najważniejszych organizacji organizujących workcampy. Miałem zatem w czym wybierać…

Wybór padł na Młodzieżowe Służby Ekumeniczne (Ökumenische Jugenddienste). Głównie ze względu na koszta. Większość organizacji, w tym również Service Civil International, Organizacja-Matka inicjatyw nazwanych z czasem workcampami, żąda uiszczenia opłaty manipulacyjnej/wstępnej/początkowej w wysokości od 200 do 600 zł, w zależności od tego, gdzie dany workcamp się odbywa. Nie mam nic przeciwko takiej opłacie, w końcu na workcampie wyżywienie, nocleg i ewentualny program rozrywkowy są zapewnione. Jedyne, co ?dopłacamy? do tej relatywnie niskiej opłaty, to nasza praca na rzecz społeczności lokalnej lub praca w ramach realizacji jakiegoś społecznego, kulturalnego lub ekologicznego projektu. Po 5-7 godzinach jesteśmy wolni. Ja jednak chciałem jeszcze taniej i… znalazłem.

We wspomnianych już MSE (ÖJD) opłata za uczestnictwo w workcampie dla uczestników z Polski wynosi 15 euro. Polakom i innym szczęśliwcom z krajów byłego bloku wschodniego przysługuje również refundacja kosztów podróży do wysokości 20 euro. W praktyce więc zarobiłem 5 euro na całym przedsięwzięciu, nie wspominając już o wspaniałych przeżyciach, nawiązaniu nowych, międzynarodowych przyjaźni, poczuciu pożytecznego spędzenia czasu, no i oczywiście, zwalczeniu mojej ?językowej nieśmiałości?. Nie wspominam również o zwiedzeniu dużej części Berlina…

Mówiąc krótko: veni, vidi, vici. Udało mi się zrealizować mój wakacyjny praktyczny cel ? zwalczyłem wspomnianą już wcześniej ?nieśmiałość? i zacząłem  swobodnie mówić po niemiecku. Swobodnie oznacza nie tyle bezbłędnie, co płynnie i znośnie dla Niemców. Niejako przy okazji jednak zdobyłem bardzo cenne doświadczenia z zakresu komunikacji międzykulturowej, bo każda grupa na workcampie jest mieszanką różnych narodowości i kultur. Równie ciekawe było także podglądanie codziennego życia Niemców, takie zwiedzanie kraju ?od środka?. Polecam to każdemu, kto ma w sobie odrobinę socjologicznego lub antropologicznego zacięcia. Taka obserwacja w skali mikro niesie ze sobą, moim zdaniem, dużo więcej informacji niż statystyki lub analizy w skali makro. No i jest dużo ciekawsza.

Pozostaje mi zatem gorąco polecić wyjazd na workcamp każdemu, kto chce ciekawie i pożytecznie spędzić część swoich cennych wakacji. Warto korzystać z Europy bez granic. Można się dużo nauczyć, dobrze zabawić, pomóc komuś i poznać to, co dla zwykłego turysty pozostaje ukryte.

W celu przybliżenia problematyki workcampu oraz ukazania społecznych skutków, jakie ta inicjatywa za sobą niesie, przeprowadziłem krótką rozmowę z Karolin Minkner, koordynatorką organizacji workcampów w ramach MSE (ÖJD). Pod wywiadem znajdziecie linki do najważniejszych organizacji związanych z workcampami.

Marcin Szczęsny: Jako że jest to wywiad kierowany do odbiorców niekoniecznie zaznajomionych z tematem, czy mogłabyś krótko wyjaśnić, co to jest workcamp?

Karolin Minkner: Workcamp jest spotkaniem młodych ludzi różnych narodowości, mających od 16 do 26 lat, kórzy po pierwsze chcą wspólnie pracować nad jakimś projektem, a po drugie chcą poznawać siebie nawzajem, a także kulturę i wyjątkowe miejsca kraju, w którym taki workcamp jest organizowany.

M.S: Kiedy po raz pierwszy miałaś kontakt z czymś takim jak workcamp?

K.M: Siedem lat temu, gdy zaczęłam pracować dla Młodzieżowych Służb Ekumenicznych. Sama jak dotąd nie uczestniczyłam w workcampie, ale organizuję je od przeszło siedmiu lat.

M.S: Co Cię w tym całym przedsięwzięciu zainteresowało? Skąd czerpałaś motywację?

K.M: Niezwykle interesujące było dla mnie nawiązanie kontaktu z wieloma różnymi ludźmi, poznanie ich historii, także historii ich państw, ich rodzin i jako że pracuję w MSE, także tego w co wierzą, z jaką religią mają do czynienia na własnym podwórku.

M.S: Co było i jest celem ludzi organizujących workcampy w ramach MSE? Po co to robicie?

K.M: W centrum naszych zainteresowań było i po dziś dzień jest w zasadzie budowanie porozumienia między narodami. Mam na myśli to, że dzięki wspólnej pracy i de facto wspólnemu życiu, trwającemu dwa tygodnie, w ludziach rozwija się zrozumienie dla innych państw i innych kultur. Ten proces jest bardzo żywy i wesoły, można się wspólnie pośmiać, w pamięci zostają piękne przeżycia. W Niemczech istnieje wiele organizacji oferujących workcampy. Funkcjonują one w dużej mierze dzięki dotacjom rządowym, ich działalność jest bowiem traktowana jako praca na rzecz pokoju.

M.S: Jaka jest historia inicjatywy organizowania workcampów? Kiedy i gdzie się to wszystko zaczęło, jak się rozwijało?

K.M: Pierwsza akcja na kształt workcampu odbyła się we Francji tuż po Pierwszej wojnie światowej, w okolicach Verdun. Potem, to znaczy po Drugiej Wojnie, workcampy rozpowszechniły się w całej Europie. Można przyjąć, że workcampy jako takie, organizuje się od końca Drugiej wojny światowej, a więc od bardzo dawna. Ja biorę w tym udział dopiero od siedmiu lat, natomiast idea budowania porozumienia między narodami, poprzez takie właśnie spotkania, istnieje od ponad pięćdziesięciu. Pomysł powstał po zakończeniu działań zbrojnych, kiedy spostrzeżono, że prowadzenie wojny nie jest żadnym rozwiązaniem, że trzeba jakoś do siebie podejść i zobaczyć, czy stereotypy między nami mówią o nas całą prawdę. Jednym z głównych celów workcampów i innych podobnych spotkań było i jest właśnie obalanie stereotypów, a więc wytworzenie w uczestnikach przekonania, że ludzie niekoniecznie są tacy, jak się o nich mówi. Było to szczególnie ważne właśnie zaraz po wojnie.

M.S: Co odróżnia  workcampy od typowych, turystycznych obozów młodzieżowych oferowanych przez wiele biur podróży?

K.M: Decydującym aspektem wydaje się fakt, że w czasie workcampu człowiek pracuje i nie dostaje za tę pracę pieniędzy. Z drugiej strony jednak cena, jaką trzeba zapłacić za workcamp, jest bardzo niska. Za te zwykłe, turystyczne obozy trzeba na ogół zapłacić bardzo dużo a na przykład u nas, w Młodzieżowych Służbach Ekumenicznych koszt uczestnictwa w workcampie to 15 euro plus koszty podróży, pokrywane przez każdego na własną rękę. Istnieje dodatkowo częściowa refundacja tych kosztów (szczególnie dla uczestników z Europy Środkowo-Wschodniej i Wschodniej, przyp. red.). Niska cena jest zatem niejako wynikiem pracy wykonanej w ramach realizacji jakiegoś społecznego projektu lub projektu lokalnej społeczności.

M.S: Czy workcamp to jeszcze turystyka, czy już rodzaj zaagnażowania społecznego?

K.M: Jedno i drugie. To jest właśnie świetne w całym tym przedsięwzięciu. Jest to w sumie zaangażowanie społeczne, ale nie pracuje się przecież cały dzień (5-7 godzin dziennie, przyp. red.), więc popołudnia, wieczory i weekendy można spędzić trochę jak turysta. Jest sporo czasu na zwiedzanie i dobrą zabawę.

M.S: Jakie są, Twoim zdaniem, skutki takiego zaangażowania lub zaangażowanej turystyki?

K.M: Ludzie z lokalnej społeczności uczą się, jak być gospodarzem i dobrze ugościć kilkunastu lub kilkudziesięciu ?obcych?. Poznają tym samym wspaniałych ludzi, którzy przyjeżdżają do nich po to, by wyświadczyć im pomoc w realizacji jakiegoś projektu. Wydaje mi się, że jest to fantastyczne uczucie, gdy stajemy się wspólnotą, a więc nie krajem Niemców lub krajem Polaków. Kiedy na przykład Polacy przyjeżdżają do Niemców po to, by im w czymś pomóc, to jest to dla tych Niemców wspaniałe przeżycie. To wzbudza w człowieku wdzięczność za to, że są tacy zaangażowani ludzie. Zdobywa się zatem całkiem nowy obraz ludzi. Uczestnicy, którzy przybywają na tego rodzaju przedsięwzięcie, też uczą się bardzo wiele a w tym konkretnym przypadku, poznają Niemcy niejako od wewnątrz.

M.S: Powrócę jeszcze do kwestii lokalnej społeczności. Czy jej reakcja jest inna w wielkim mieście, na przykład w Berlinie i inna na wsi lub w małym miasteczku?

K.M: W wielkim mieście wygląda to dużo bardziej anonimowo, dużo się dzieje w związku z częstymi wypadami do miasta, tak więc kontakt z lokalną społecznością nie jest szczególnie intensywny. Ale za to na przedmieściach wielkiego miasta lub na wsi, człowiek kontaktuje się z tutejszymi praktycznie bez przerwy. Zawsze znajdzie się jakaś okazja, żeby pogadać, ten kontakt kształtuje się dynamiczniej, jest bardziej odczuwalny.

M.S: Jak sądzisz, jak taka reakcja mogłaby wyglądać w kraju mononarodowym i monokulturowym, w którym idea organizowania workcampów jest póki co nieznana większości społeczeństwa? Chodzi mi oczywiście o Polskę.

K.M: Jestem w stanie sobie wyobrazić, że jeśli Polacy doświadczą przyjazdu ludzi, którzy z jednej strony wyrażają zainteresowanie polską historią, kulturą i krajem jako takim, a z drugiej strony angażują się w pracę na rzecz jakiegoś społecznego projektu, to wówczas łatwo im będzie nawiązać kontakt z owymi przybyszami. Zobaczą po prostu, że to niesamowicie ciekawe, wymienić się doświadczeniami i wspólnie się w coś zaangażować.

M.S: Potrzebujecie uczestników z Polski?

K.M: Tak, bardzo! Cieszymy się z każdego Polaka!

M.S: Dziękuję za rozmowę.

(25.03.2011, Wünsdorf-Waldstadt, pod Berlinem)

Dla wszystkich zainteresowanych zamieszczam poniżej kilka linków do organizacji wymienionych w niniejszym artykule:

http://europa.eu/youth/volunteering_-_exchanges/work_camps/index_eu_pl.html – Europejski Portal Młodzieżowy z listą europejskich organizacji oferujących workcampy.

http://www.ejbo.de/workcamp/index.php – Młodzieżowe Służby Ekumeniczne, organizacja organizująca workcampy przy współpracy z Kościołem Ewangelickim i wsparciu rządu niemieckiego.

http://www.jedenswiat.org.pl/index.php?aktualnosci – Stowarzyszenie ?Jeden Świat? – polska filia ogólnoswiatowej organizacji Service Civil International, która po I Wojnie światowej zainicjowała organizowanie workcampów jako form pracy na rzecz pokoju.

http://www.eurodesk.pl/ – portal informacji europejskiej dla młodzieży, baza wiedzy o pracy, studiach i wolontariacie w Europie, zawiera również bazę organizacji współpracujących z młodzieżą oraz najświeższe aktualności dla zaangażowanych.

https://www.asf-ev.de/de/friedensdienste/friedensdienste.html – Służby Pokojowe – Akcja Znak Pojednania, niemiecka organizacja, której celem jest ?naprawianie? szkód wyrządzonych społeczeństwu przez narodowy socjalizm; organizuje w związku z tym wiele projektów, w tym workcampy, obozy letnie lub wolontariat długoterminowy.

grafika: Marcin Szczęsny

Dodaj komentarz

Wymagane pola oznaczone są *.