FB Twitter

Nierentowne kierunki?

| 1 komentarz

W przedświątecznym wydaniu „Newsweeka” pojawił się artykuł dotyczący nierentownych kierunków studiów, po ktorych absolwenci nie są w stanie znaleźć pracy. Wśród akademickich „bubli” znalazły się między innymi socjologia i filologia angielska. Jak to jest z dyplomami ukończenia tych kierunków?

Wieść uniwersytecka głosi, że na filologię angielską wybiera się wiele osób, które nie dostają się na lingwistykę stosowaną – w efekcie, „męczą się” na filologii, nie rozwijają się, nie robią nic poza uczęszczaniem na zajęcia i „odbębnianiem” obecności. Przyznanie racji temu stwierdzeniu byłoby krzywdzące, bowiem na każdym kierunku znajdą się studenci, którzy poza pojawianiem się na ćwiczeniach nie robią nic innego. Powstaje jednak pytanie, czy można stwierdzić, że osoby te same są sobie winne, że nie mogą po studiach znaleźć pracy, czy też wydział, bez względu na kierunek, ma obowiązek zapewnić swoim studentom perspektywy na przyszłość?

Kuriozalne byłoby wymaganie, by równe szanse po studiach miał ktoś, kto w trakcie studiów nie robił nic i osoba aktywna, udzielająca się naukowo, zawodowo lub społecznie. A taki właśnie roszczeniowy ton bije z wspomnianego przeze mnie artykułu. Wiedzy i umiejętności nie da się także przeliczyć na ilość posiadanych dyplomów uczelni wyższych, zwłaszcza, iż dzisiaj praktycznie kazdy magister może wykazać się co najmniej dwoma – licencjackim i magisterskim. Autor raportu przytacza przypadek mężczyzny, który legitymuje się trzema dyplomami – licencjackim z zakresu informatyki w zarządzaniu, magisterskim z informatyki i dodatkowym podyplomowym z pokrewnej dziedziny. To, że przynajmniej dwa z powyżej wymienionych redukują się do jednego, nie wymaga dodatkowego komentarza, dziwić może jedynie populizm narracji , stosowanej w magazynie, który sam siebie określa mianem opiniotwórczego.

A teraz – ad rem. Statystyki statystykami, wiadomo, że są nieobiektywne. Podobnie z koniunkturą – jest nieprzewidywalna. Kilka lat temu absolwenci zarządzania mogli liczyć na intrantne posady po studiach, dzisiaj zarządzanie figuruje wśród najbardziej „nierentownych” kierunków. Skusiło się na nie wielu absolwentów liceów, liczących na karierę w biznesie. Wielu z nich, niestety, na ten kierunek się nie nadawało i stąd też przykre i zapewne krzywdzące dla uczelni ekonomicznych (i nie tylko) liczby. Ale skąd te liczby? Już samo prowadzenie „ewidencji” kierunków, po których nie można znaleźć pracy jest trudne – jak bowiem przeliczyć czas spędzony na nauce na ewentualne szanse znalezienia pracy? Naturalnie, można sięgnąć po statystyki urzędów pracy i sprawdzić, które kierunki studiów generują największe liczby bezrobotnych, ale z wielu względów nie będzie to czynnik obiektywny – głównie dlatego, że nie wszyscy absolwenci zgłaszają się do urzędów pracy. Większość próbuje poszukiwać pracy na własny rachunek – korzystając z Internetu, prasy, czy wreszcie – wiedzy znajomych.

W dzisiejszych czasach tytuł na dyplomie odgrywa coraz mniejszą rolę w procesie rekrutacji do pracy. Liczą się indywidualne predyspozycje, aktywność na studiach i zdobyte umiejętności, dlatego też tworzenie jakichkolwiek zestawień najbardziej „nierentownych” w studiowaniu kierunków jest bezcelowe i bezsensowne. Bezrobotny po studiach może być równie dobrze absolwent socjologii, jak i informatyki, jeśli obaj spędzili studia na bezsensownym wyczekiwaniu na swoją „życiową szansę”.

Jeden komentarz

  1. Uniwersytet nie jest miejscem rentowności, czy produkcji ludzi kariery – tak by się mogło wydawać próbując dociec źródeł idei uczelni wyższej. Plus dla autorki – edukacja, wiedza to wszystko jest nie mierzalne, nijak przystaje to prób ujęcia tego statystyki. Jednak minus dla autorki za spłycenie tematu. Krytykuje dziwne próby porównań, jednak temat jest dużo głębszy – może warto go poruszyć.

Dodaj komentarz

Wymagane pola oznaczone są *.