FB Twitter

Trzeba po prostu grać ? wywiad z Magnificent Muttley

| 0 komentarzy

Magnificent Muttley, czyli Krzysiek Pożarowski (wokal i bas), Kuba Jusiński (gitara) i Olek Orłowski (perkusja), to młody warszawski zespół grający bezkompromisowego rocka. Są w ciekawym momencie kariery ? właśnie wydali znakomicie przyjętą epkę ?Little Giant? i zaczynają ogólnopolską trasą koncertową. Pełni entuzjazmu, ale i świadomi realiów rynku muzycznego, chętnie dzielą się swoimi spostrzeżeniami.

Klaudia Januszewska: Skąd wziął się pomysł na EP Little Giant, co było najpierw ? nagrania z Otwartej Sceny i nowe utwory czy pomysł na epkę?

Olek: Na początku była Otwarta Scena, tam poznaliśmy Leszka Biolika, z którym nam się super współpracowało. Po tych nagraniach rozmawialiśmy z naszym nowym managementem, który zastanawiał się, jak zacząć promować nas na nowo po pierwszej płycie. Na początku wyszliśmy z pomysłem drugiej płyty. Ale jak usłyszeliśmy nagrania z Otwartej Sceny, które brzmiały lepiej, niż najważniejsze numery z pierwszej płyty, zaczęliśmy się zastanawiać, jak to wszystko połączyć. A do tego bardzo chcieliśmy współpracować z Leszkiem.

Kuba: To właśnie on i management zaproponowali, żeby nie robić na szybko całej płyty, tylko epkę. Czyli właśnie te dwa nowe numery i Otwartą Scenę. I jak najszybciej zacząć promocję, zrobić zajawkę przed drugą, pełną płytą.

Olek: I pokazać jak gramy live. Nagrania z Otwartej Sceny to miał być też pokaz tego, jak wygląda nasz koncert.
Czym różniło się nagrywanie dla Otwartej Sceny od pracy w studiu i koncertów?

Krzysiek: Nagrania te rządzą się swoimi prawami, to jest próba uchwycenia energii grania na żywo w warunkach studyjnych. Wiadomo, że tam nie ma żadnych dogrywek. Do każdej z tych piosenek mieliśmy dwa podejścia. Wybieraliśmy najlepsze i tyle.

Mówiliście że współpraca z Leszkiem Biolikiem to początek nowego etapu. Co przez to rozumiecie?

Krzysiek: Chodzi o poziom profesjonalizmu, tego jak myślimy i jakie mamy możliwości nagrywania. Prawda jest taka, że dzięki nowemu managementowi otworzyły się przed nami nowe horyzonty, a dzięki Leszkowi także nowy poziom jakościowy. To nie jest tak, że my nagle zmieniamy podejście do tworzenia muzyki, albo nagle wciąga nas jakiś inny gatunek. To po prostu jest takie nowe otwarcie.

Kuba: Szczególnie, że Leszek, jako producent, nie wkraczał zbytnio w nasze kompozycje, bardziej zwracał nam uwagę na energię podczas nagrań.

Krzysiek: I przy samych nagraniach nakierowywał nas właśnie pod tym kątem.

Kuba: Tak, niemalże trzymał każdego za rękę przy w czasie nagrań i mówił, który take jest lepszy i dlaczego. To było niesamowicie pomocne.

Olek: Mówił też, jak myśleć i na co zwracać uwagę podczas nagrywania. Myślę, że to też jest ten nowy etap, nowe podejście. Od czasów, kiedy siedzieliśmy w sali prób i graliśmy dla siebie, doszliśmy do momentu, gdy rzeczywiście zaczynamy się skupiać na muzyce. Zaczynamy to robić bardziej świadomie. To jest ciągle ten sam gatunek, to są ciągle te same trzy osoby, każdy ma taką rolę jaką miał, ale podchodzimy do tego przedsięwzięcia w bardziej świadomy sposób.

Kuba: To niesamowite mieć taką osobę jak, Leszek, rozumiemy się i mamy do niego zaufanie. On rozumie nasze intencje, ale przy okazji ma dystans do tego, co robimy, bo to nie on komponuje piosenki. Ma świeże spojrzenie na te utwory. Czasami jego odbiór był inny, niż moja wizja piosenki i nagle okazywało się, że to, co mówi, ma ogromnie dużo sensu, że myśląc w ten sposób można podejść do kawałka inaczej, zbudować go tak, żeby był jeszcze lepszy.
1743437_779854008696193_806318102_n

Powiedzieliście kiedyś, że jedno z waszych marzeń to występ na Open?erze. Udało wam się tam zagrać w zeszłe wakacje. Macie jakieś inne koncertowe i festiwalowe marzenia?

Kuba: No pewnie! Ja chciałbym zagrać na jednym festiwalu z Queens of the Stone Age, najlepiej nie w Polsce, tylko gdzieś za granicą. No i w ogóle zagrać na zagranicznym festiwalu.

Krzysiek: Ja bardzo chciałbym zagrać na Lollapaloozie albo Coachelli, na takim gigantycznym festiwalu. Z europejskich Roskilde albo Glastonbury. Być drugim polskim zespołem który zagra na Glastonbury.

No właśnie, jak jest z polskimi zespołami grającymi za granicą? Czy inicjatywa musi wyjść od nich, czy jednak ktoś sam je zauważa?

Krzysiek: Trzeba włożyć w to strasznie dużo pracy. Wydaje mi się, że ludzie na zachodzie dostrzegają i doceniają to, co robią polskie zespoły. Ale nawet ci najbardziej przychylni mają świadomość tego, jak działa rynek. A rynek jest skonstruowany tak, że promotorzy i bookerzy nie patrzą na to, że możesz zagrać jeden koncert za granicą i jest spoko. Jeżeli zostajesz zaproszony na jakiś showcase to musisz być w stanie zorganizować trasę wokół niego, nawet dokładając do niej pieniądze, tylko po to żeby promować się na własną rękę. Wtedy zaczynają to doceniać. To jest trochę okropne, ale w sumie też sprawiedliwe, oni tak trochę jakby przychodzą na gotowe. Chcą współpracować na etapie, na którym jest już z czym, więc de facto trzeba sobie samemu wyrobić jakąś podstawę.

Olek: Myślę, że podstawowa zasada grania za granicą jest taka, że trzeba porzucić polskie myślenie ? jak się pojedzie na jeden koncert za granicą, to znaczy już, że za granicą się uda, że ktoś nas znajdzie i nagle powie ?hej, mam strasznie dużo pieniędzy i nie mam co z nimi zrobić, zorganizuję wam trasę, na którą przyjdzie miliard osób, grajcie, grajcie u nas!?. Tam naprawdę zaczyna się od początku. To jest trochę tak, jak w Polsce ? pierwsza trasa to jest twój wkład, często też finansowy, i spanie u znajomych na podłogach. Początki grania za granicą to jest właśnie zaczęcie od samego początku, tylko że w nowym miejscu.

Krzysiek: Jest taki przykład, zespół Paula i Karol. Dopiero przy trzeciej trasie po Niemczech ich koncerty zaczęły jakoś wyglądać. Na początku przychodziła garstka ludzi na domówki, które organizowali znajomi znajomych. Dopiero po dwóch latach i trzech trasach zaczęło to jakoś wyglądać. Tam trzeba sobie samemu wyrobić drogę.

Wracając do Open?era, słyszałam, że pochwalił was na nim sam Devendra Banhart, czy możecie coś więcej o tym opowiedzieć?

Kuba: Z Devendrą Banhartem graliśmy na tej samej scenie, czyli na Tent Stage. Szczerze mówiąc wtedy jeszcze nie wiedziałem, kto to jest, może to obciach, no ale taka prawda. Jedynie Krzysiek z naszego zespołu go znał (Krzysiek: Tak, ja się bardzo nim jaram!), a dodatkowo dostał od naszego managera płyty Devendry do podpisania. Ja wtedy dopiero zacząłem się nim interesować i okazało się że gramy właśnie na tej samej scenie. Kiedy graliśmy wyszedł ze swojej garderoby, przyszedł pooglądać. Po koncercie spotkaliśmy go dosłownie w drzwiach, jak szykował się do swojego występu. Krzysiek zagadał, czy podpisze mu płyty, a on sobie przypomniał że my to my i zapytał się, z jakiego kraju jesteśmy. Jak usłyszał, że jesteśmy z Polski, to się trochę zdziwił, co było dla nas dosyć absurdalne. Myślał, że jesteśmy z Ameryki albo z Anglii.

Krzysiek: Tak, ale dostał płytkę, zamieniliśmy parę słów. Bardzo miły gość. I podobno był z Natalie Portman. No, radzi sobie chłopak.

Olek: Jak to Krzysiek powiedział potem: ?jaki on jest piękny?.

Po czym stwierdzacie, że dany koncert był udany?

Krzysiek: Dobre pytanie?

Olek: Jesteśmy w tak dziwnym miejscu, że trudno się dowiedzieć, jaki mamy odbiór. Graliśmy na tych wszystkich festiwalach, to było super i było dużo osób, ale w klubach tak naprawdę jeszcze nie mamy rozeznania.

Kuba: Teraz się dowiemy, jak zaczniemy trasę?

Olek: Wiadomo, ludzie są jednym z najważniejszych czynników, ale dla mnie też jest bardzo ważne to, co czujemy oraz nasze zgranie. Jeżeli czujemy się dobrze na scenie, to nawet jeżeli są dwie osoby w publiczności, to też może być udany koncert.

Krzysiek: Były takie przykłady, pamiętam na przykład Szklarską Porębę, ja miałem wtedy super koncert, a warunki były do bani i było dziesięć osób.

Kuba: Ale był burmistrz Szklarskiej Poręby. No i graliśmy poza sezonem, więc umówmy się, w Szklarskiej Porębie nie było nikogo.

Olek: Cała Szklarska Poręba przyszła na nasz koncert.

Kuba: Ale przede wszystkim chodzi jednak o odbiór. Miałem koncerty, podczas których nie grało mi się najlepiej na świecie, ale odbiór ludzi był tak dobry, że dostawałem wielkiego kopa energii.

Krzysiek: O, ja już wiem, ja mam dobry koncert, kiedy następnego dnia mam zakwasy w szyi. Teraz sobie przypomniałem.

Kuba: No, ja też tak mam. To znaczy, my nie machamy dyńkami, jak idioci, ale jakoś lata nam ta głowa, stąd zakwasy. I potłuczone kolana też mi się zdarzają.

Olek: Ja jak następnego dnia otwieram pokrowiec po werblu i widzę tam krew, to znaczy że udany był koncert (śmiech). Jak źle by to nie zabrzmiało.

To stąd stwierdzenie że krew, pot i łzy nie są wam obce?

Krzysiek: Tak, coś takiego było, tak o nas napisali.

Kuba: To było chyba po koncercie na Nocy Muzeów, jak rozwaliłem rękę o gitarę.

Olek: Krew i pot tak, łzy to jak dorastaliśmy.

Kuba: Już nie płaczemy.

Olek: Kiedyś przy Nirvanie Unplugged.

Kuba: Teraz jest tylko krew i pot.

Często opisuje się was jako zespół inspirowany klasycznym rokiem, który krytykuje współczesną muzykę, czy możecie wymienić jakieś pozytywy dzisiejszej sceny muzycznej?

Krzysiek: My nie krytykujemy współczesnej muzyki, nie krytykujemy nawet muzyki popularnej, tylko pop w sensie produktu czysto komercyjnego, a nie muzycznego.

Kuba: Jest dużo dobrego popu, ale Lady Gaga, Miley Cyrus i tak dalej to przecież jest jakiś dramat, a tego jest mnóstwo.

Olek: A warto powiedzieć, że ten stary pop to był bardzo często właśnie rock, na przykład Led Zeppelin. To była muzyka popularna.

Kuba: Tak jak Nirvana w latach 90?.

Olek: O to nam właśnie chodzi, o popkulturę.

Kuba: Staramy się przywrócić rock do muzyki popularnej.

Krzysiek: Ja cały czas się zastanawiam, kiedyś w trójkę też o tym rozmawialiśmy, czy jest teraz jakiś zespół, który za trzydzieści lat zajmie miejsce Rolling Stonesów. Czy jest w ogóle zespół rockowy, który ma szansę stania się takim epickim zespołem, z wszystkimi tego konsekwencjami. Tylko pytanie, czy rock jest teraz na tyle silny, a moim zdaniem powinien być, żeby mieć takich swoich wielkich reprezentantów.

Kuba: Myślę, że powoli pojawiają się takie zespoły, np. Queens of the Stone Age. Teraz grają na wielu festiwalach, nie tylko w Ameryce, są zespołem, który naprawdę robi się bardzo znany. Może Arctic Monkeys, których lubię, chociaż te ostatnie płyty mniej. I Alex Turner. To co on robi trochę mi się nie podoba. Zmienia się w jakiegoś bardzo modnie ubranego Elvisa.

Krzysiek: Właśnie, dlatego wycofałem się z powiedzenia o tym zespole. Też chciałem, ale po tej płycie to trochę się wycofuję. Tak samo uważałem po dwóch pierwszych płytach Kings of Leon, ale teraz to już totalnie się z tego wycofuję.

Kuba: Ja kiedyś myślałem że Muse będzie czymś takim. Ale teraz to co to w ogóle jest za gatunek?

Olek: Też ? propos Queens of the Stone Age, najciekawsze jest to, że oni w 2006 roku wydali płytę, która też jakoś super znana na początku nie była (Kuba: A to była już trzecia płyta), a potem przez siedem czy osiem lat byli w trasie z tą płytą, niby z przerwami, ale tak naprawdę oni przez te siedem lat po prostu grali koncert za koncertem. Od kiedy wydali tą płytę to po prostu grają już na największych festiwalach. To jest świetny przykład, że tak naprawdę jeżeli chcesz się wybić, to trzeba po prostu dawać jak najwięcej koncertów.

Kuba: Nie ma innej rady, no trzeba po prostu grać, wszędzie gdzie się da.

Olek: To jest zespół konsekwentny.

Kuba: Tak jak my. Tacy musimy być, no nie mamy wyboru (śmiech).

Można powiedzieć, że w pewnym sensie zależy wam na przebiciu się do mainstreamu?

Krzysiek: To brzmi tak trochę głupio, ?chcemy przebić się do mainstreamu?.

Olek: Chcemy żyć z muzyki, chcemy robić dobrą muzykę.

Kuba: Chcemy robić dalej swoje, chcemy żeby nasza muzyka była w mediach, w ogóle żeby rockowa muzyka przebiła się do mainstreamu, bo umówmy się, już od wielu lat jej tam nie ma. Więc walczymy z wieloma przeciwnościami losu. Kiedyś ktoś nas zapytał, czy mamy jakąś misję związaną ze swoją muzyką, a ja pomyślałem sobie, że bez przesady. Ale z biegiem czasu stało się dla mnie jasne, że jednak mamy jakąś misję. Bo robimy konsekwentnie to, co zawsze robiliśmy, gramy tą samą muzykę, nie staramy się szukać patentów, które pozwoliłyby nam gdzieś się przebić, tylko chcemy swoją ciężką pracą i muzyką spowodować, żeby jednak coś się zmieniło w muzyce.

Krzysiek: Ale jest też ważne to, co powiedział Olek, że chcemy żyć z muzyki. Odpowiadając na twoje pytanie, czy chcemy przebić się do mainstreamu, to moja odpowiedź brzmi, że totalnie tak, ale oczywiście nie za wszelką cenę. Ale nie ma co się krygować, przepraszać za to, że się chce zarabiać na graniu muzyki i za to, że chce się być jednak docenionym przez szerszą publiczność.

Czyli z jednej strony macie duże doświadczenie i realistyczne podejście do rynku muzycznego, ale z drugiej jednak kieruje wami pewien idealizm?

Krzysiek: Myślę, że z niego wynika nasza muzyka, może nie z takiego stricte idealizmu, ale z tego, że nie zależy nam na niczym oprócz tego, żeby nasza muzyka była jak najlepsza. Żeby przede wszystkim się nią cieszyć.

Olek: Byliśmy wychowani na zespołach, które konsekwentnie trzymały jakość, robiły swoje i były znane, chociażby Red Hot Chili Peppers, których wszyscy też lubimy, albo właśnie Queens of the Stone Age To są popowe gwiazdy, które trzymają poziom i wybiły się grając swoje.

Kuba: Ostatnio widziałem piękne motto, to będzie idealne na koniec tego, o czym teraz mówiliśmy. Sebastian Vettel, czyli jeden z rajdowców Formuły 1, powiedział, że kiedy robisz to, co kochasz, to nikt cię nie może powstrzymać. Więc zobaczymy (śmiech). Nie no, myślę, że to mobilizujące.

Często zachęcacie do kupowania płyt, szczególnie polskich artystów. W jakim formacie wy najchętniej słuchacie muzyki?

Kuba: Ja bardzo lubię mieć oryginalne płyty. Jakiś czas temu, kiedy się przeprowadziłem, ustawiłem sobie wszystkie płyty na nowo i je posegregowałem, bardzo to było miłe. Mam je też oczywiście w wersji mp3, ale uwielbiam właśnie to, jak masz nie tylko dobrej jakości płytę, ale też te wszystkie ?papierki? ? słowa, zdjęcia. To jest dla mnie jedna całość, coś zupełnie innego, niż kupienie płyty jako mp3, mi to nie do końca wystarcza.

Krzysiek: Ja niestety muszę się przyznać, że ostatnio słucham dużo płyt na Deezerze. To nie jest dobre, jedyne szczęście to, że nie płacę za tego Deezera.

Olek: Ja się wychowałem na płytach, które mieliśmy w domu, które często były już doszczętnie zjechane. Mam dużą cyfrową bibliotekę płyt, które już się starły. Jakbym miał pieniądze, to z przyjemnością kupowałbym płyty. Ale też rzadko słucham czegoś, co wychodzi aktualnie, rzadko zdarza mi się czekać na pójście do sklepu, żeby kupić ukochaną płytę.

Na koniec ? macie jakieś rady dla początkujących zespołów grających właśnie gitarową muzykę?

Kuba: Obcinajcie paznokcie przed grą na gitarze, bo to jest o wiele wygodniejsze.

Krzysiek: Ćwiczcie w słuchawkach. Nie no, żartuję.

Kuba: Trzeba samemu odkryć to, co się lubi grać, i robić to cały czas.

Olek: Pokora. Też każdy z nas tak naprawdę gra od jakiegoś czasu i przeszedł różne etapy swoich stylów i miłości, nie ma co się zamykać, trzeba po prostu grać i szukać swojej drogi.

Kuba: Patrzeć, co jest fajnego dla ciebie w różnych gatunkach i przeanalizować to sobie. Niekoniecznie grać dokładnie to, co tam jest, ale pomyśleć koncepcyjnie, jak to jest zrobione. No cóż, to jest ciężka praca, raz jest lepiej, a raz jest gorzej, to się nigdy nie kończy. Trzeba po prostu grać.

Autor: Klaudia Januszewska

Miłośniczka muzyki, od post-punku, przez psychodelię i shoegaze, po britpop i elektronikę. Entuzjastka koncertów, szczególnie tych kameralnych. Festiwal to jedyna okoliczność, która jest ją w stanie zmusić do spania pod namiotem. Dużo podróżuje, najczęściej w celu obejrzenia na żywo ulubionych zespołów. Studiuje kulturoznawstwo USA, ale kultura brytyjska też nie jest jej obca. Jej ikoną stylu jest Andy Warhol.

Dodaj komentarz

Wymagane pola oznaczone są *.