FB Twitter

Wywiad z Tomaszem Jarońskim

| 2 komentarze

Nie ma nic przyjemniejszego i bardziej pouczającego, jak rozmowa ze swoim wieloletnim idolem i guru dziennikarstwa sportowego. Przez lata jedynie marzyłem o takiej możliwości, a teraz wreszcie nadarzyła się taka wspaniała okazja. Pana Tomasza Jarońskiego, komentatora Eurosportu oraz eksperta w dziedzinie kolarstwa, udało mi się zaprosić do rozmowy podczas tegorocznych ?Dni Biznesu w Sporcie? w SGH. Zapraszam serdecznie do lektury nie tylko fanów Pana Tomasza, ale i młodych adeptów dziennikarstwa. Przekonajcie się, że bycie dobrym dziennikarzem w dzisiejszych czasach, to wielka sztuka, a komentarz sportowy to nie ?bułka z masłem?.

 

Maciej Wir-Konas : Jak zaczęła się pana przygoda z dziennikarstwem sportowym?

Tomasz Jaroński: Aby trafić do tego zawodu trzeba po pierwsze interesować się sportem od dziecka. W moim przypadku ledwo nauczyłem się czytać i już studiowałem książki czy wydawnictwa. Miałem o dwa lata starszego brata, który również interesował się sportem, więc nastąpiło to na zasadzie rodzinnego dziedziczenia. Pamiętam, że już Igrzyska Olimpijskie w Tokio w 1964 roku, kiedy miałem 9 lat, śledziłem i sporo nawet do dziś pamiętam. Często tak jest, że jak coś młodemu człowiekowi zapadnie w pamięć, to już na dłużej zostaje w głowie. Jeździliśmy wspólnie na narty na Halę Gąsienicową i tam często wypożyczaliśmy z niedużej biblioteki Pamiętniki Feliksa Stamma. Dostępność do innych źródeł informacji była wtedy z oczywistych powodów bardzo ograniczona, dlatego trzeba było dużo czytać. Wybiegając w przyszłość, czytanie o historii jest niezwykle istotną kwestią w byciu dziennikarzem sportowym. Większość informacji historycznych w Internecie jest śladowa. Na ogół informacje odnoszą się do końca ubiegłego i początku obecnego wieku i bardzo mało jest takich elementów historycznych. Moim zdaniem, żeby w czymś się specjalizować, to trzeba znać historię danej dyscypliny i mieć punkty odniesienia.

M. W-K : Czyli na początku kluczowe było pańskie zainteresowanie sportem. Co wydarzyło się dalej?

T. J : Po ukończeniu Akademii Wychowania Fizycznego w Poznaniu na Wydziale Turystyki i Rekreacji, bardzo ciężko było mi znaleźć zatrudnienie w tym fachu. To były lata 80.,czas kryzysu. Dlatego zdecydowałem się na Pomagisterskie Studium Dziennikarstwa na Uniwersytecie Warszawskim i potem nastąpiło to w sposób naturalny. Miałem praktyki w ?Przeglądzie Sportowym? i w Polskiej Agencji Prasowej, a później zaproponowano mi z definicji etat stażowy w Przeglądzie Sportowym. To był bardzo dobry pomysł, mało popularny obecnie. Miałem tam jakąś niewielką pensję, ale miałem również możliwość zapoznania się czy to jest właśnie to, co chciałbym robić i czy do tego się nadaję. Ten etat stażowy był roczny, a po pół roku zaproponowano mi już stały etat. To znaczy, że się nadawałem. To była droga zdobycia miejsca pracy, jak najbardziej naturalna, choć zdaję sobie sprawę, że teraz warunki są zupełnie inne. Jest dużo mediów, ale nie wszystkie stoją na odpowiednim poziomie i trzeba się przebijać już w taki sposób polegający bardziej na ? rozpychaniu się łokciami ?. Pracując na etacie stażowym nie miałem żadnej presji. Wiadomo było, że nie muszę o nic walczyć, tylko muszę robić to, co do mnie należy. Jeżeli to jest ok, to w tym kierunku mogę dalej pójść.

M. W-K: Możemy więc powiedzieć, że teraz, będąc już doświadczonym dziennikarzem, spełnił pan swoje marzenie z dzieciństwa?

T.J : Dokładnie tak. To jest bardzo dobra profesja, bo robię to, co lubię i czym zawsze się interesowałem. Zawsze lubiłem wszelkiego rodzaju rywalizację. Jeżeli jest gdzieś jakaś rywalizacja to mi się to podoba, niezależnie czego ona dotyczy np. mogę nawet oglądnąć ?The Voice of Poland?, ale interesuje mnie to tylko w kontekście sportowej rywalizacji. Zauważmy, że ten element pojawia się w wielu rozmaitych programach, dotyczących show-biznesu. Nawet tańce na lodzie były oparte na systemie pucharowym np. sam element tego, że dany zawodnik odpada z konkursu.

M. W-K: Kiedy pojawiło się u pana zamiłowanie do kolarstwa czyli swojej ukochanej dyscypliny?

T. J : Ogólnie interesowałem się sportem i podczas wstępnej prezentacji przy okazji stażu w ?Przeglądzie?, jako moje dyscypliny podałem, o ile dobrze pamiętam, piłkę nożną i lekkoatletykę. Piłką nożną w zasadzie interesowali się wtedy wszyscy, dlatego ten sport był najbardziej ?obstawiony?. Jako początkujący dziennikarz mogłem liczyć tylko na dyscyplinę, która w danym momencie była ?wolna?. Dlatego na początku zajmowałem się jeździectwem, ponieważ Witold Domański senior tym się zajmował, ale wtedy był już na emeryturze i przydał się ktoś młody zwłaszcza w kontekście jeżdżenia na zawody, pisania reportaży i robienia wywiadów. Później redaktor Lech Cergowski zaproponował mi bycie drugim dziennikarzem od kolarstwa. Pojechałem na Wyścig Pokoju, zacząłem jeździć też po krajowych wyścigach i po śmierci redaktora Cergowskiego zostałem tym pierwszym od kolarstwa w ?Przeglądzie Sportowym?. Siłą rzeczy kolarstwo stało się wtedy moją dyscypliną koronną, ale jednak na początku jakiś tam przypadek za tym stał. Nie byłem nigdy kolarzem. Jeżdżę na rowerze w sposób bardziej turystyczny, dlatego nigdy się nie ścigałem. Trenowałem różne dyscypliny sportu, ale kolarstwa akurat nie.

M. W-K: W tamtych czasach ?Przegląd Sportowy? cieszył się bardzo dużą renomą. Na czym polegała dokładnie pańska praca, zanim osiągnął pan szczebel zastępcy redaktora naczelnego?

T.J : Miałem i mam dalej takie szczęście, że obie firmy ( ?Przegląd Sportowy? i Eurosport), z którymi związałem się na dłużej, cieszyły się w środowisku sportowym dużym prestiżem. W przypadku ?Przeglądu? trzeba chyba użyć czasu przeszłego. To jest bardzo ważne, ponieważ człowiek ma poczucie, że pracuje w firmie, która jest ceniona i lubiana. ?Przegląd? był w latach 80. i 90. bardzo dobrą kuźnią dziennikarstwa. Dziennikarstwo sportowe nie było poważane w środowisku, a tak naprawdę wyglądało to zupełnie inaczej. Abecadła i podstawy dziennikarstwa nauczyłem się właśnie w ?Przeglądzie Sportowym?, bo tam wymagania były bardzo duże. Kluczowa była atmosfera, którą nazwałbym rodzinną, ale w określonej hierarchii. Tak, jak w rodzinie mamy dziadka, ojca i matkę o określonym autorytecie i wpływie na młode pokolenie. W ?Przeglądzie? było tak samo. Wszyscy sobie pomagali i można było się wiele nauczyć. Zawsze podaję jako doskonały przykład, także w zawodzie dziennikarza, układ mistrz ? czeladnik, który bardzo dobrze się sprawdzał. Na początku pisanie mniejszych tekstów i chodzenie do swojego pryncypała, żeby on ten tekst obejrzał, zatwierdził, miło ocenił i wskazał na błędy. Ta zasada była w ?Przeglądzie? naprawdę stosowana i w tamtych czasach mówiło się, że dziennikarze sportowi to są tacy, którzy pracowali w ?Przeglądzie Sportowym?, pracują w nim albo marzyli o stym,by tam pracować, ale w tym momencie tego zaszczytu nie dostąpili. Bardzo dobrze zorganizowana była również kwestia awansu w systemie redakcyjnym, związanym z wydawaniem gazety. Zaczynałem od redaktora depeszowego, później zostałem sekretarzem redakcji czyli wydawcą poszczególnych numerów, a na końcu pełniłem funkcję zastępcy redaktora naczelnego.

M.W-K: Chciałbym teraz przejść do czasów teraźniejszych, ponieważ obecnie większość kibiców kojarzy pana z duetu komentatorskiego, jaki stworzyliście z Krzysztofem Wyrzykowskim. Jak doszło do powstania tego duetu?

T.J: Z Krzysztofem znaliśmy się oczywiście wcześniej. On pracował w L’equipe, a ja w PS. Jego przyjacielem był mój pryncypał Lech Cergowski i siłą rzeczy spotkaliśmy się kiedyś wspólnie. Zostałem przedstawiony jako młody, zdolny i grzeczny, a Krzysztof mógł te opowieści skonfrontować. Później widywaliśmy się sporadycznie. Namówiłem jednak Krzyśka do powrotu do pisania felietonów w PS, a ja zacząłem okazyjnie komentować w Eurosporcie, mimo że wydarzeń kolarskich emitowanych w języku polskim było znacznie mniej. W pewnym momencie Krzysztof zakończył swoją pracę w L’equipe i wtedy ? pożenił? nas ówczesny dyrektor Eurosportu Witold Domański. Rozpoczynaliśmy od komentarza przy okazji wyścigu Tour de France, a potem od 2002 roku zaczęliśmy relacjonować wspólnie biathlon. Do biathlonu musiałem się troszeczkę przyuczyć inaczej niż Krzystof, który pracując w L?equipe zajmował się kolarstwem i właśnie biathlonem.

M.W-K: Jak powstała idea nowej konwencji komentowania opartej na rozmowie o luźnym charakterze, na przeróżne tematy przy okazji wyścigów kolarskich?

T.J: Wszystko wyszło spontanicznie. Na pewno mamy podobne poczucie humoru i podobne doświadczenia: moje bardziej dotyczące polskiego kolarstwa, a Krzysztofa kolarstwa zagranicznego związanego z Francją, z Tour de France. To nie jest tak, że usiedliśmy sobie wspólnie i ustaliliśmy, że taki będzie teraz nasz system komentowania. Kolarstwo ku takiemu systemowi skłania. Wykres emocji z dłuższego wyścigu kolarskiego na początku idzie do góry, a później znacznie opada pod względem sportowym i pod względem komentowania. Człowiek ma dużo do powiedzenia na początku a propos poprzedniego etapu, prognoz i analiz. Kolarze również próbują uciekać, ale później to wszystko ?siada?. Na ekranie telewizora nic się nie dzieje, bo jest ucieczka, która ma ciągle przewagę i tylko się zmienia różnica w stosunku do peletonu. Nam również sportowe tematy się wyczerpały i właśnie wtedy wyniknęła możliwość luźnej rozmowy. Można ją porównać do towarzyskiego spotkania –  może nie przy piwie, ale przy kawie. Nigdy nie baliśmy się tematów krajoznawczych, ale również politycznych. Ludzie normalnie o tym rozmawiają, dlatego doszliśmy do wniosku, że przynajmniej nie zanudzamy. Jest to połączenie komentarza sportowego, idącego czasami w kabaret lub dyskusję polityczną. Dobrym porównaniem są radiowe audycje muzyczne z dwójką prowadzących. Są przerywniki pomiędzy piosenkami i dużo lepiej się tego słucha, kiedy prowadzący np. Wojciech Mann lub Grzegorz Wasowski w luźny sposób zapowiadają kolejne utwory.

M.W-K: Według pana praca komentatora sportowego jest łatwiejsza w parze z innym dziennikarzem od komentowania solo?

T.J : Różne są koncepcje. Optymalnym rozwiązaniem jest dziennikarz, który obok ma eksperta wywodzącego się z danego sportu. Takie duety funkcjonują teraz w wielu dyscyplinach, więc ewidentnie jest na to moda. Tylko, że często nie ma pomiędzy tymi osobami interakcji. Dziennikarz mówi swoje, robi przerwę na wzięcie powietrza i wtedy ekspert wygłasza w lepszym lub gorszym języku polskim swoje kwestie, a dziennikarz już w ogóle do tego nie nawiązuje. Często tak się zdarza w piłce nożnej. Mam czasami wrażenie, że aż byłoby wskazane kontynuować dany temat, ale tego nie ma. My z Krzysztofem komentujemy Tour de France ze studia w Warszawie, ale gdybyśmy byli na miejscu to świetnym uzupełnieniem byłby dla nas Darek Baranowski. Przy okazji wyścigu kolarskiego trzecia osoba do komentowania bardzo się przydaje. Dziennikarz z fachowcem na takie okresy nudy, uspokojenia to jest trochę za mało. Wiadomo, że ekspert może się czuć niepewnie w rozmowach spontanicznych, dlatego nasz układ dwóch dziennikarzy dobrze się sprawdza. To samo jest z duetem komentatorów od snookera ( Rafał Jewtuch i Przemysław Kruk). Koledzy też bardzo dobrze wypełniają momenty, w których nic ciekawego na stole się nie dzieje. Nie wyobrażam sobie, kiedy mielibyśmy z Krzyśkiem robić mecz piłki nożnej. Wszystko się dzieje interwałowo, dlatego nie ma czasu na dłuższe wątki. W piłce nożnej dziennikarz budujący emocje i ekspert, który jest w stanie wytłumaczyć elementy taktyczne to zdecydowanie lepsze rozwiązanie.

M.W-K: Jak wygląda pana przygotowanie do relacji sześciogodzinnej z górskich etapów Tour de France?

T.J: Do każdego komentarza telewizyjnego trzeba szczegółowo się przygotować czyli przestudiować trasę i wyniki. Na przykład, kiedy ucieka kolarz, który zajmuje dziesiąte miejsce w klasyfikacji generalnej to wiem, że będzie on groźny, a nie dopiero podczas transmisji szukam jego miejsca. Czyli najpierw takie praktyczne przygotowanie do etapu połączone z opracowaniem miejsc, przez które przejeżdżają kolarze. W przypadku wyścigów kolarskich nie ma tak szczegółowego przygotowania, jak w przypadku np. meczu tenisowego, w którym wiadomo, że wystąpią dwie osoby i można sobie przygotować całą historię ich poprzednich gier i życiorysów. W kolarstwie zajęłoby to zbyt wiele czasu, a ja nie lubię robić czegoś na próżno, czyli opracować informacje o kolarzu X-sińskim, który w danym etapie się nie pokaże lub wycofa się z wyścigu na pierwszym etapie. Moje przygotowanie wynika raczej z ogólnego zainteresowania. Na szczęście w Internecie można teraz znaleźć rozmaite historie związane z kolarstwem.

M.W-K: W Eurosporcie komentujecie przeważnie ze studia w Warszawie. Czy nie brakuje panu atmosfery na żywo z różnych aren sportowych?

T.J: Zdecydowanie mi brakuje. To jest ewidentny minus pracy w Eurosporcie, w którym fundusze i budżety narzucane przez ?górę z Paryża? polskiemu Eurosportowi nie wystarczają na wyjazdy. Optymalnym rozwiązaniem byłyby systematyczne wyjazdy np. raz jestem na Tour de France, potem na jakimś mniejszym wyścigu i na koniec Giro d?Italia. Człowiek zaczyna tracić kontakt ze środowiskiem zwłaszcza, że z Krzysztofem jesteśmy wychowani na wyścigach relacjonowanych na żywo. Pracując w PS objechałem wszystkie polskie wyścigi, a Krzysiek wiele razy był na Tour de France. Mnie tego ewidentnie brakuje. Na pewno przez to komentarz jest uboższy, bo człowiek nie ma żadnego odniesienia do rzeczywistości. Podam najprostszy przykład: w wyścigu na etapie Vuelta Espana może padać deszcz, a w Warszawie jest upał. Przechodząc od parkingu do studia jest mi gorąco i potem ciężko wczuć się w rolę kolarzy. Brakuje również atmosfery, ponieważ środowisko kolarskie za czasów moich wyjazdów na Wyścig Pokoju czy inne wyścigi polskie było bardzo zżyte. O różnych rzeczach się mówiło i od kolegów z różnych redakcji można było pozyskać sporo wiadomości. My jesteśmy niestety od tego odcięci, ale taka jest polityka szefów z Paryża wynikająca pewnie z powodów finansowych.

M.W-K: Dla fanów sportu jest pan osobą bardzo znaną i cenioną, a tak na co dzień przenosi się to na ogólną rozpoznawalność?

T.J: Jeżeli ktoś jest związany ze sportem to kojarzy mnie. W Eurosporcie tak to jest zbudowane, że nie widać naszych twarzy i zostaje tylko nasz głos. Tym większą sprawia mi przyjemność sytuacja, która już się zdarzała, że ktoś rozpoznał mnie po głosie. Jest to wtedy coś niesamowitego, chapeau bas też dla człowieka, który ma słuch tak rozwinięty, że potrafi głos skojarzyć. Jest to olbrzymia przyjemność. Również to jest przyjemne, kiedy jestem na wyścigu i kibic chce zdjęcie, chce porozmawiać i uścisnąć dłoń. Nie znając mojej twarzy te osoby nie idą na taki celebrycki blichtr. Przenieśmy się na chwilę do Zielonej Góry i pojawiłby się tam Maciek Kurzajewski, to na niego się wszyscy ?rzucają?, bo znają go z telewizji. Do mnie podchodzą dwie, trzy osoby, które są naprawdę zainteresowane i nie jest to takie powierzchowne. Sprawia to wtedy większą satysfakcję.

M.W-K: Które z wydarzeń sportowych komentowanych przez pana zapadło najbardziej w pamięć? Może Igrzyska Olimpijskie w Turynie w 2006 roku?

T.J: Chciałem właśnie powiedzieć, że biedny jest ten nasz sport. Sukcesów jest niewiele. Przez długie lata od kiedy komentujemy kolarstwo w Eurosporcie, przyjemność i emocje wynikające z sukcesów naszych sportowców zdarzają się rzadko, a daje to potężnego ?kopa? i bardzo duży plus. Podobnie jest w biathlonie. Nie można oczywiście przesadzać i wszystkiego budować na zasadzie faworyzowania np. w biathlonie niech wszyscy pudłują oprócz Polaków. Sam sposób budowania relacji w przypadku sukcesów Polaków jest bardzo pomocny i to też wywołuje zupełnie inne zainteresowanie u kibiców. Niewątpliwie zgadzam się. Najprzyjemniej wspominam medal Tomasza Sikory na Igrzyskach Olimpijskich w Turynie San Sicario, ale też zwycięstwo Sylwestra Szmyda na Mont Ventoux podczas wyścigu Dauphine Libere i podobnie pamiętam też wspólny komentarz ze Stanisławem Brzózką srebrny medal Zbigniewa Sprucha podczas Mistrzostw Świata w Plouay. Na pewno takie wydarzenie zapamiętuje człowiek najbardziej pod względem emocjonalnym. Z drugiej strony najtrudniejszym wydarzeniem do komentowania był jeden z etapów Tour de France, na którym kolarze protestowali w związku z badaniami dopingowymi. Komentowałem sam ten zbojkotowany etap. Kolarze przejechali wyznaczoną trasę zgodnie z kilometrażem w bardzo wolnym tempie 30km/h, nie ścigając się. Nic się nie działo. Peleton cały czas jechał razem i zawodnicy spóźnili się na metę w stosunku do harmonogramu około 2h. Ja biedny siedziałem i przyjąłem taktykę wyjaśniania co 15 minut powodów tego bojkotu. Nie skupiałem się już na żadnych analizach, bo miałem świadomość, że właściwie mało osób może oglądać wyścig, w którym nic się nie zmienia. Dziwna to była decyzja centrali?

M.W-K: Na koniec chciałem zapytać ogólnie o pańską pracę. Co sprawia w niej największą przyjemność?

T.J: Świetnie się składa, że przed każdą relacją kolarską czy biathlonową czuje dreszczyk emocji. Interesuje mnie to, co się wydarzy także z pozycji kibica. Jest to satysfakcjonujące, że nie idę odrabiać pańszczyzny, tylko emocjonuje mnie to pomimo tylu lat zajmowania się sportem. Pojawia się zawsze ta żyłka kibica. Każdy ma swoje oczekiwania i sympatie związane z danym zawodnikiem. Jeśli się to spełnia np. Contador dzisiaj zaatakuje, bo to etap dla niego, a ja go lubię, sprawia to większą satysfakcję. Trzeba to jednak umiejętnie ukrywać, ponieważ sympatie komentatora niekoniecznie muszą się pokrywać z sympatiami kibiców. Przykładem z ostatnich miesięcy jest kolega z TVN, który w zbyt oczywisty sposób powiedział, że wszyscy muszą kibicować Borussi Dortmund. Nie dał wyboru ludziom i troszeczkę potraktował widzów jak ? połgłówków?, którzy nie wpadną na to, że powinni bardziej wspierać zespół, w którym gra trzech Polaków.

M.W-K: Panie Tomku, chciałbym serdecznie podziękować za to, że zgodził się pan na rozmowę. Był to dla mnie prawdziwy zaszczyt!

T.J: Dziękuje, mi też było bardzo miło.

Autor: Maciej Wir-Konas

Na co dzień student studiów magisterskich na warszawskiej SGH, a po godzinach zapalony tenisista i narciarz. W Europie poznał już wiele narciarskich spotów. Wielbiciel kultury i języka włoskiego. Jedną z jego pasji są podróże, które uwielbia skrzętnie planować. Za to na miejscu dogaduje się z mapą jak nikt inny. Pisze głównie o sporcie, ale i o przedsiębiorczości.

omentarzy

  1. Przeczytałem z przyjemnością. Tylko, dlaczego zepsuli nazwisko Wielkiego Leszka C? Pozdrawiam.

Dodaj komentarz

Wymagane pola oznaczone są *.