FB Twitter

Woodkid i jego orkiestra – relacja z koncertu

| 0 komentarzy

Śmiało można stwierdzić, że Woodkid to jeden z najciekawszych performerów ostatnich lat. Zamiast tradycyjnego popowego zestawu instrumentów w swoich kompozycjach wykorzystuje on prawdziwą miniaturową orkiestrę. Na scenie nie ma gitary ani basu, brzmią za to instrumenty dęte, zespół instrumentów smyczkowych i olbrzymie bębny. Podkreślić trzeba też, że niewielu współczesnych muzyków przywiązuje aż taką wagę do wizualnej oprawy koncertów. Występy Woodkida to spektakle kompletne, w których dźwięk i kunsztownie zaaranżowane światła wzajemnie się uzupełniają. Na Arenie Ursynów nie było inaczej ? pochodzący z Francji Yoann Lemoine i towarzyszący mu zespół potwierdzili swoją klasę.

Od pierwszych brzmień puzonu wprowadzających do ?Baltimore?s Fireflies? czuć było narastające w tłumie napięcie. Wraz z pojawieniem się Yoanna, na Arenie Ursynów rozpoczęło się niezwykłe widowisko. Brodaty wokalista wystąpił tradycyjnie w czapce z daszkiem, z łańcuchem na szyi, w otoczeniu ubranych na czarno muzyków. Na koncercie Woodkida miejsce na barokowy przepych jest tylko w muzyce. Trzeba jednak przyznać, że ta minimalistyczna, nowoczesna stylizacja pasowała do orkiestrowego popu, który zachwycał precyzją.

Opisując muzykę Woodkida często wspomina się o jej filmowości. Jednak powiedzieć, że brzmi jak wyjęta z soundtracku filmu to za mało. Podkreślić należy, że chodzi o nakręcony z rozmachem, pełen scen walki film topowego Hollywoodzkiego reżysera, w którym najprawdopodobniej ważyć będą się losy ludzkości, ale nie zabraknie miejsca na wątek romantyczny. Jest w niej tyle podniosłości i dramatyzmu, który na żywo jest jeszcze bardziej odczuwalny. Woodkid opanował na szczęście sztukę wyważania tej wysublimowanej atmosfery niezwykłą szczerością prostych i osobistych tekstów o końcu dzieciństwa i nieudanej miłości. Jego niski, głęboki głos wyraża wiele emocji, i słychać było, że wszystko to, o czym śpiewa, jest prawdziwe.

Mimo całej majestatyczności, Yoann nie dystansował się od publiki, wręcz przeciwnie. Już od samego wyjścia na scenę udało mu się złapać z nią kontakt, a z każdą kolejną piosenką więź ta stawała się silniejsza. Artysta często pozwalał sobie na krótkie wstępy do piosenek, zapowiadając ?I Love You? przypomniał o swoich polskich korzeniach, a przed kawałkiem ?Brooklyn? podkreślał specjalną więź, łączącą go z tym miejscem.

Jednak to ?if you are nice, we?ll play new songs? było kluczową wypowiedzią. Publiczność na Arenie Ursynów najwyraźniej spełniła oczekiwania, bo miała okazję wysłuchać dwóch premierowych kompozycji. ?Go?, czyli ballada o mrocznym wnętrzu wokalisty urzekła melancholią, a potężnie brzmiące ?Volcano? energią i niemalże dubstepowymi motywami.

Obok nowych utworów zabrzmiał prawie cały album ?The Golden Age?, nie zabrakło też kawałków z poprzedzających go epek. Setlista była przemyślana i wyważona, wolniejsze utwory były idealnie zbalansowane tymi bardziej energetycznymi. Prawdziwa kulminacja nastąpiła pod koniec setu. Przy kończącym główną część występu ?The Great Escape? skakali nawet właściciele miejsc siedzących na trybunach. Nie trzeba było długo czekać na bis, podczas którego triumfalnie zabrzmiało ?Run Boy Run? i ?The Other Side?, będące jednocześnie ostatnim numerem na płycie.

Miło było widzieć, że podczas koncertu dobrze bawił się cały zespół – muzycy tańczyli na tyle, na ile pozwalały im na to instrumenty, a pod koniec nawet skakali obok wokalisty i wspinali się na głośniki, motywując publikę do głośniejszego klaskania. Należne brawa mieli okazję otrzymać osobiście, kiedy to przed opuszczeniem sceny Yoann dziękował oddzielnie każdemu z nich, wymieniając ich imiona, rolę w zespole, oraz? status związku. Na specjalną wzmiankę zasłużyła też występująca gościnnie sekcja smyczkowa, tworzona przez trzy utalentowane Polki.

Ekipa odpowiedzialna za oprawę wizualną nie została pominięta w podziękowaniach, które jak najbardziej się jej należały. Snopy białego światła bezbłędnie akcentowały uderzenia perkusji i kierowały uwagę na poszczególne miejsca sceny. Wszystko to dopełniały wyświetlane na wielkim ekranie utrzymane w czerni i bieli obrazy przedstawiające monumentalne motywy architektoniczne i krajobrazy.

Jako suport przed Woodkidem zagrał synth-popowy The Black Atlass, czyli młody Kanadyjczyk Alex Fleming. Chociaż tutaj w roli orkiestry wystąpił MacBook, głębokie basy i tak zabrzmiały bezbłędnie. Znalazło się też miejsce na zagrany na pianinie kawałek ?Paris? z najnowszego wydawnictwa artysty. Black Atlass ma z pewnością duży potencjał, wspomaga go z resztą sam Woodkid, pozostaje więc tylko czekać na jego długogrający album.

Autor: Klaudia Januszewska

Miłośniczka muzyki, od post-punku, przez psychodelię i shoegaze, po britpop i elektronikę. Entuzjastka koncertów, szczególnie tych kameralnych. Festiwal to jedyna okoliczność, która jest ją w stanie zmusić do spania pod namiotem. Dużo podróżuje, najczęściej w celu obejrzenia na żywo ulubionych zespołów. Studiuje kulturoznawstwo USA, ale kultura brytyjska też nie jest jej obca. Jej ikoną stylu jest Andy Warhol.

Dodaj komentarz

Wymagane pola oznaczone są *.