FB Twitter

Sen o Guczy cz. 1

| 0 komentarzy

?Gucza to raj? ? powiedział nam spotkany na campingu Polak. Na miejscu byliśmy już od kilku dni i próbowaliśmy odnaleźć się w tym małym miasteczku, które raz do roku staje się świątynią Bachusa. Przytłoczyły nas hałaśliwe tłumy, wieczorami brodziliśmy w kałużach piwa i przyglądaliśmy się z lekkim dystansem odurzonym alkoholowym snem ludziom. Gucza to raj. Pozwala zmienić na moment zwyczajne życie, zapomnieć o codzienności i odlecieć w błogim niebycie w oparach rakii. Może być ucieleśnieniem marzeń każdego, kto chce puścić swoje hamulce i oddać się w panowanie tłumu. Jeśli coś zapamięta, będą to przeżycia niezapomniane.

Gucza to mała serbska miejscowość, w której odbywa się największy na Bałkanach festiwal trębaczy. W tym roku miała miejsce już pięćdziesiąta trzecia edycja tej imprezy. Co roku do miejscowości zjeżdżają się tłumy Serbów i zagranicznych turystów, którzy chcą doświadczyć szalonej bałkańskiej zabawy przy dźwiękach jedynych w swoim rodzaju brzmień. Każdy, kto chce poznać Bałkany, powinien choć raz odwiedzić Guczę. W tym roku wybrałam się tam razem ze znajomymi. W sierpniu wyruszyliśmy w podróż przez Belgrad, Guczę, Nowy Sad, Budapeszt, Eger, Tokaj i Koszyce. Postaram się opisać tę podróż udzielając wam praktycznych porad na temat tego, jak poradzić sobie w poszczególnych miejscach, ominąć typowo turystyczne rozrywki i doświadczyć jak najwięcej.

Gucastatue

MUZYKA

Muzyka była głównym powodem, dla którego postanowiliśmy odwiedzić Guczę. Ten wspaniały festiwal trąbki, przyciąga największych fanów bałkańskich brzmień. Od samego rana po ulicach Guczy przechodzą głośne korowody lokalnych trębaczy. Na każdym kroku spotyka się orkiestrę. Kiedy trębacze przyjdą do ciebie, najlepiej oddaj się tej niesamowitej chwili i nie żałuj dinarów. Dla studentów polecam jednorazowe przeżycie takiej przyjemności ? nie jest to najmniejszy wydatek, ale zapewniam – warto wygrzebać ostatnie pieniądze. Spotkana na festiwalu Niemka (przyjeżdża już tam od trzech lat), doradziła nam ile dinarów powinniśmy wrzucić do trąbek. Na pewno nie ważcie się wrzucać mniej niż dwieście, czyli ok. ośmiu złotych. Mniejsza suma jest dla trębaczy jak wymierzenie policzka. W Serbii trzeba być hojnym. Można więc zapłacić trębaczom tysiąc dinarów i dostać specjalny koncert tylko dla siebie. W koncertowym szale bardzo łatwo o zatracanie. Kiedy w typowy serbski, gorący dzień pijesz już któregoś z kolei Jelenia (niesłychanie popularne piwo w Serbii, głównym sponsor festiwalu w Guczy), miej się na baczności. Przeżyjesz niesamowite chwile, ale trębacze przekonają Cię, żebyś był bardziej hojny niż zamierzałeś. Potem zostanie Ci pamiątkowe mnóstwo szalonych zdjęć, ale obiecasz sobie, że to już ostatni prywatny koncert w czasie całego twojego pobytu. Festiwal w Guczy to jednak nie tylko uliczne granie. Odbywa się wówczas mnóstwo zorganizowanych koncertów. Można przebierać między tymi na małej scenie i wieczornymi hucznymi widowiskami na stadionie. Na pewno warto zorientować się jakie wielkie gwiazdy odwiedzą w danym roku festiwal. My mieliśmy wielką przyjemność usłyszeć orkiestrę Bobana Markovicia i dobrze znanego w Polsce Gorana Bregovicia. Doświadczenie z koncertu pierwszego z nich nauczy nas przezorności i większego baczenia na pogodę. Mimo zapowiedzi gospodarza zawierzyłam swojej cichej nadziei oraz nieroztropnemu instynktowi i nie wzięłam ze sobą kurtki przeciwdeszczowej. Zaskoczyła nas olbrzymia burza, kurtyna wody zmoczyła nasze ubrania w mgnieniu oka. Przemoczeni do suchej nitki znaleźliśmy odrobinę suchości na trybunach. Zimno wynagrodziły nam wspaniałe brzmienia muzyki. Dla osób, które były na koncercie deszcz nie stanowił problemu. Z zazdrością obserwowałam jak kolejne osoby przeskakują przez barierki pędząc w stronę tańczącego tłumu. Ach, gdybym potrafiła skakać tak zgrabnie! Koncert Bregovicia rozpoczęliśmy stojąc na trybunach. Już po drugiej piosence zrozumieliśmy, że nasze miejsce jest w rozśpiewanym tłumie pod sceną. Tego, co działo się później nie da się opisać słowami. Można jedynie spróbować zobaczyć to oczyma wyobraźni słuchając płyty serbskiego wirtuoza. Najważniejszym punktem festiwalu jest konkurs na najlepszą orkiestrę i najlepszego trębacza. Wówczas koniecznie trzeba posłuchać wyników. I zrobić to bardziej uważnie niż my, którzy przemoczeni, marzyliśmy tylko o powrocie do namiotu i ciepłym, GORĄCYM, prysznicu. Kolejnym ważnym muzycznie punktem jest parada. Naprawdę warto jest posłuchać przechodzących muzyków ubranych w regionalne stroje. Ciekawym aspektem parady była obecność polskiej orkiestry złożonej z młodych muzyków. Mieli oni także koncert na scenie pod domem kultury. Dumnie reprezentowali również nasz kraj trzymając polską flagę pod sceną w czasie koncertu Bregovicia. Polskich flag w czasie festiwalu było z reszto niemało. Ostatnim muzycznym tematem, który poruszę jest serbska muzyka dyskotekowa. Spodziewaliście się nieustających klimatów rodem z Bregovicia? Oczywiście na każdym kroku usłyszycie wspaniałe, chwytające za serce Ederlezi (przez Serbów nazywane zwykle Djurdjevdan) i inne niesamowite pieśni. Specyfiką Guczy jest jednak pewne wymieszanie nowego ze starym. Poza tradycyjnymi pieśniami usłyszycie bałkańskie hity reggae, taneczną Śliwowicę i mnóstwo innych piosenek, które na waszą udrękę, pozostaną z wami na długo. Wieczorami, część ulic Guczy zamienia się w dyskotekę, o typowych dla takich miejsc brzmieniach. Jeśli chcecie zobaczyć jak to wygląda, wypatrujcie kobiet na stolikach jednego z barów i tańczących na beczkach młodych Serbów. Gucza ma w sobie niesamowity urok w ciągu dnia. Wyobraźcie sobie, że przechadzacie się skąpaną w słońcu ulicą słuchając Ederlezi. Wieczorem ten klimat trochę się ulatnia. Oczywiście zabawnie jest przyglądać się tańczącym na beczkach mięśniakom, nie było to jednak to, czego szukaliśmy na tym festiwalu.

LUDZIE

Na festiwal przyjeżdżają głównie Serbowie. I całe szczęście! Dzięki temu chociaż jeden aspekt lokalności został nienaruszony. W weekend serbski pobrzmiewa jeszcze donośniej, ponieważ do Guczy zjeżdżają się samochody z okolicznych miasteczek. Trudno nie dostrzec również całej rzeszy zagranicznych turystów. Jedną z najliczniej reprezentowanych mniejszości są Polacy. Tylko na naszym niewielkim campingu (podwórko mieszkańca Guczy) zatrzymały się aż trzy samochody z polskimi rejestracjami (nie licząc naszego) i dwa motocykle. Na ulicach Guczy można również spotkać wielu Niemców. Ci, których dane nam było poznać byli już weteranami festiwalu. Kobieta, z którą rozmawialiśmy, odwiedziła Guczę po raz trzeci. Opowiadała nam o miłości do festiwalu i do bezpośrednich, spontanicznych ludzi, których tu spotyka oraz o uwielbieniu do melodyjnego języka, którym się posługują. Słuchając jej opowieści uznałam, że mogłabym zakochać się w Guczy. Zwróciła jednak moją uwagę na ważną kwestię ? stosunek mężczyzn do kobiet w Serbii. Opowiadała o niezliczonych jednoznacznych propozycjach, o tym, że wzajemne zainteresowanie i ciekawa rozmowa, z perspektywy mężczyzny, zawsze powinny mieć swój finał w łóżku. Spotkana w Guczy młoda Polka powiedziała nam o propozycjach trębaczy. Jeden z nich miał iść na stronę z jej koleżanką, drugi z nią. Przecież skonsumowanie udanej znajomości jest oczywistością! Sama Gucza jest świątynią rozpusty. Alkohol i głośna muzyka mieszają zmysły i podsycają żądze. Temu erotycznemu nastrojowi ulegają nie tylko miejscowi. Obserwowaliśmy Szweda, dla którego tańczyła Cyganka w średnim wieku. Z jej strony był to taniec do muzyki orkiestry, która grała obok. Dla niego taniec striptizerki, której może włożyć pieniądze za majtki. Wszystko obserwowała mała córka kobiety. Córka, która też tańczyła. Gucza uwalnia pewne instynkty, które na co dzień ukrywamy. Tańczymy do słabej muzyki (oczywiście częściej do dobrej), pijemy mnóstwo piwa i zapominamy o tym kim jesteśmy na co dzień. W Guczy możemy na chwilę stać się kimś innym. Kolejny ważny temat rozpocznę od pytania, które zadała mi Niemka. Jak w Polsce traktujemy Cyganów? Odpowiedziałam tylko częściowo, bo rozmowę przerwała nam obecność kolejnej orkiestry. Unikamy ich, uważamy, że kradną, nie ufamy, nie szanujemy. Jak wygląda sytuacja Cyganów w Guczy? Oczywiście szanuje się ich jako wspaniałych muzyków. W dużej mierze Gucza to ich święto. Jednak już na samym początku Polacy powiedzieli nam: ?uważajcie na cygańskie dzieci, bo kradną?. Czy to tylko polski stereotyp, czy rzeczywistość? Nikomu z nas nikt nic nie ukradł, trzymaliśmy jednak kurczowo nasze torby i patrzyliśmy ukradkiem na małych Cyganów. Wychodzę jednak z założenia, że w jakimkolwiek tłumie się znajdujesz, zawsze musisz uważać, żeby nikt Cię nie okradł. Równie dobrze mógłby to zrobić Szwed, czy Niemiec, a nawet Polak. Taka już specyfika podobnych zbiorowisk. Jestem pewna, że z łatwością można ukraść portfel upojonemu alkoholem i upałem człowiekowi. Dzięki Bogu, że nas to nie spotkało! Wracając jednak do tematu samych Cyganów. Na ulicach Guczy można spotkać mnóstwo żebrzących dzieci, ale też starszych ludzi. Dziewczynki tańczą próbując zebrać pieniądze, chłopcy po prostu siedzą bawiąc się samochodzikami. Myślę jednak, że prawdziwe pieniądze zbierają dopiero, kiedy kończy się ostatnia impreza. Nocą ulice Guczy wypełnione są butelkami, puszkami, plastikowymi kubeczkami i każdym rodzajem śmieci, który można wyobrazić sobie po festiwalu. Rankiem puszek już nie ma.

doc_1592_0

JEDZENIE

Czytałam, że Gucza jest mekką mięsożernych smakoszy. Jako jedna z nich czuję się nienasycona i trochę oszukana. Fantastycznym widokiem są pieczone wszędzie prosiaki i baranki. Nie można pojechać do Guczy i ich nie spróbować. Najlepiej jest jednak polować na moment zdejmowania mięsiwa z rusztu. Wtedy należy szybko złapać najbliższy stolik i zamówić porcję pysznego mięcha. Jeśli nie chcemy czekać, możliwe, że dostaniemy zimne mięso, które nadal jest dobre, ale? to już nie to samo. Musicie brać pod uwagę, że w restauracji zawsze podadzą wam pieczywo i doliczą jego koszt do rachunku. Koniecznie trzeba spróbować sałatki serbskiej (ogórki, pomidory, odrobina ostrej papryczki i oliwa) lub szkopskiej (serbska z dodatkiem słonego białego sera). Obowiązkowym punktem jest jeszcze kupus, czyli coś w rodzaju polskiego bigosu. Gliniane garnki stojące przed prawie każdą napotkaną knajpą, zwiastują jego pyszną obecność. Można spróbować cevap cici, czyli kiełbasek z mielonego mięsa pieczonych na grillu, potrawy popularnej na całych Bałkanach, a także pieczonej papryki. Najlepiej wyglądała ta, na którą nie udało nam się załapać ? pieczona na grillu obok pljeskavicy przy jednym ze stoisk szybkiej obsługi. Momentalnie rozpłynęła się w powietrzu! Skoro zaczęłam już temat pljeskavicy? to coś w rodzaju serbskiego hamburgera. Dostajesz bułę i mielone mięcho pieczone na grillu i sam dobierasz dodatki ? musztardy, keczupy, kapuchy, pomidory. Rewelacji nie ma, chyba, ze umiesz wyczarować coś z niczego. Ciekawostka ? nigdzie nie można było dostać frytek, ani pieczonych ziemniaków. Tylko pieczywo. Warto spróbować dobrego lokalnego sera ? białych słonych kostek, które jedliśmy na śniadanie, a także serbskiego przysmaku ? burka. Jest to coś w rodzaju smażonego w głębokim tłuszczu ciasta z rozmaitym nadzieniem. W Guczy próbowaliśmy burka z białym serem i z mięsem. Ja preferuję tego z mięsem, ale znam też zwolenników serowej wersji. Trzeba przygotować się na dużą porcję tego sycącego dania i zaopatrzyć się w coś do picia (w piekarniach, w których serwuje się burek, można zwykle kupić jogurt). Ostatnim punktem jest oczywiście arbuz. Na każdym kroku możecie spotkać mnóstwo wozów obładowanych tą ambrozją. Trzeba też spróbować naleśników – palacinków. Najbardziej lokalne są te z eurokremem (coś na podobieństwo nutelli) i plazmą (kruszone ciasteczka). Musicie być tylko przygotowani na niebywałą dawkę słodyczy. W Serbii nie napijecie się raczej herbaty. Pije się ją zwykle w razie choroby, dlatego mimo obecności w karcie, mało prawdopodobnym jest, że ją dostaniecie. Jeśli chodzi o trunki, obowiązkowo trzeba spróbować lokalnego Jelenia. Dla tych, którzy lubią piwa urozmaicone ? warto spróbować Jelenia o smaku grejpfrutowym. Nie piliśmy szczególnie dobrego wina, ale z pewnością można je gdzieś znaleźć. Na pewno warto popytać gospodarzy. Koniecznie trzeba napić się rakii. Najlepiej od gospodarza, czy innego prywatnego producenta.

To już koniec pierwszej części naszego reportażu o Guczy. Na drugą odsłonę zapraszamy Was niebawem!

Autor: Maria Dybcio

Studentka stosowanych nauk społecznych, ?prawie? absolwentka studiów wschodnich. Wielbicielka literatury faktu i Polskiej Szkoły Filmowej. Zafascynowana Kaukazem i Bałkanami. Zakochana we wszystkim, co warszawskie. Dla SEDNA odkrywa nieznane zakątki Warszawy i śledzi aktualne festiwale filmowe.

Dodaj komentarz

Wymagane pola oznaczone są *.