FB Twitter

Mity greckie, czyli za kulisami Erasmusa

| 2 komentarze

Z moich obserwacji przeprowadzonych wśród rówieśników wynika, że obecnie studentów decydujących się na wyjazd na zagraniczną uczelnię można podzielić na dwie grupy. W skład pierwszej wchodzą osoby, które przy wyborze sugerują się jakością kształcenia, a półroczną naukę traktują jako atrakcyjny wpis w CV. Druga grupa natomiast bazuje na wykresach średnich temperatur, zapierających dech w piersiach zdjęciach plaż oraz bogatych ofertach życia nocnego.

W trakcie pisania tego tekstu za oknem mam 18 stopni (29 stycznia) a moją największą rozterką jest to, jak zaplanować kolejny wieczór, niestety jeden z ostatnich w Atenach. Domyślacie się zatem, które kryteria zastosowałem, kiedy rok temu moim oczom ukazał się formularz wyboru uczelni docelowej programu Erasmus. Jeżeli przyczyną, dla której zaglądacie właśnie na tę stronę jest chęć poznania historii Grecji bądź jej zabytków kulturowych, darujcie sobie. Po taką wiedzę zapraszam na pierwszą lepszą turystyczną stronę internetową. W tym przypadku chciałbym podzielić się z Wami kilkoma historiami i refleksjami, które nasunęły mi się podczas mojego czteromiesięcznego już pobytu w stolicy Grecji. Niektóre z nich są śmieszne, niektóre smutne – ocenę pozostawiam Wam.

Tam twój dom, gdzie twój zadek

Oferta mieszkania w ścisłym centrum nie zawsze okazuje się atrakcyjna. O tym, jak łatwo dać się zwieść pozorom, przekonałem się na własnej skórze wynajmując lokum, jak się później okazało w imigranckiej, czarnej dzielnicy. Zarówno wszystkie skrzyżowania, jak i mniejsze uliczki obstawione były przez afro-prostytutki. Wielokrotnie byłem świadkiem rzucanych w stronę białych kobiet gróźb, które miały na celu zaznaczenie swojego terytorium. Mimo strachu, który był nieodłącznym towarzyszem moich nocnych powrotów nie mogę zapomnieć o pozytywnych aspektach tej sytuacji – na palcach jednej ręki mogę policzyć bilety miejskie, które kupiłem podczas mojego pobytu w Grecji, żaden kanar o zdrowych zmysłach nie zapuszczał się bowiem w te rejony.

Jaki kraj, taka szkoła

Poruszmy teraz kwestię uczelni ekonomicznej, na której miałem przyjemność studiować. Gwarantuję Wam, standard panujący tam śmiało można porównać do przeciętnego technikum samochodowego. Szkołę zdominowała anarchia. Ściany obfitują w liczne graffiti, plakaty, których motywem przewodnim jest sierp i młot, pod nogami walają się ulotki wszelakich partii politycznych. Greccy studenci wegetują przez okrągły rok grając w karty i popalając papierosy wewnątrz budynku, korytarzami przechadzają się bojówki partyjne, często w kapturach i kominiarkach. Pod koniec mojego pobytu byłem świadkiem wrzucenia do stołówki granatu dymnego. Wszystko to spowodowane jest faktem, iż Uniwersytet w Atenach jest jednym z nielicznych miejsc w stolicy, gdzie policja ma zakaz wstępu, z czego bojówkarze skwapliwie korzystają. Nie jest to jednak jedyna grupa, która czerpie profity z takiego prawa – miejcie świadomość, że chodnik przed bramą uniwersytetu okupowany jest codziennie przez dziesiątki imigrantów, którzy skłonni są Wam sprzedać wszystko, czego tylko możecie zapragnąć, począwszy od toreb Louis Vuitton, wszelkiej maści Rolexów, po sportowe buty, pastę do zębów, proszek do prania i piloty do telewizorów. Dla cybernetycznie zacofanych znajduje się również stoisko z filmami pornograficznymi na DVD. Miejsce to wybrane jest nie bez powodu – podczas szturmu policji wszyscy sprzedawcy z uśmiechem na ustach przechodzą na drugą stronę bramy i wykonują gesty, których sam Kozakiewicz by się nie powstydził. Kuriozalną, aczkolwiek pozytywną inicjatywą były trzy darmowe posiłki dziennie oferowane studentom placówki. Mimo, iż menu było stałe, możliwość bezpłatnego jedzenia znacznie podreperowała stan mojego konta i oddaliła mnie od chęci brania kredytów bądź sprzedaży nerki.

Rzut w dal Mołotowem

Zapewne każdy z Was miał okazję obejrzeć w wiadomościach transmisje z protestów i strajków, które miały miejsce w Atenach. Będąc na miejscu, uznałem że taką okazję trzeba wykorzystać i uzbrojony w telefon udałem się na miejsce osobiście w celu złapania kilku kadrów. Z tego co pamiętam, tego dnia przyczyną manifestacji była pokojowa wizyta Angeli Merkel. Nie spodziewając się niczego, zająłem miejsce w jednym z pierwszych rzędów, by nic nie umknęło mej uwadze. Zwiastunem tego, co zaraz miało się wydarzyć, był prezent w postaci maski gazowej od nieznajomego mężczyzny, który skwitował to jednym zdaniem: „będzie ci potrzebna”. Gdybym wiedział, że będę zmuszony skorzystać z niej w ciągu najbliższych trzech minut, pewnie zmieniłbym swoją pozycję, jednak nieświadomy nadciągającej niespodzianki zachwycałem się pomysłowością plakatów autorstwa rozgoryczonych Greków. Nagle moją sesję zdjęciową przerwał niespodziewany huk i sytuacja zmieniła się jak w bollywoodzkim filmie. Ze wszystkich stron otoczyła nas policja, wrzucająca w tłum puszki gazu łzawiącego, ludzie taranowali się wzajemnie uciekając w popłochu a pikanterii dodawały ciosy policyjnych pałek wymierzone w tych bardziej podejrzanych lub tych ze słabszym refleksem. Spotkałem jednak ludzi (wspominałem o nich opisując moje życie szkolne), którym niestraszne były te okoliczności i prowadzili czynną walkę z organem ścigania, co i raz rzucając kontrolnie koktajl Mołotowa bądź kawałki gruzów zdobyte z rozebranych chodników. Takie sytuacje miały miejsce kilkakrotnie, czego efektem była znaczna poprawa mojej kondycji i czasów na krótkie dystanse.

Po wszystko w kolejce

Jedną z kwestii, która najbardziej mnie zaintrygowała, jest poziom dostępności narkotyków i – co się z tym wiąże – poziom korupcji w policji. Moim znajomym znalezienie pierwszego dealera zajęło trzy dni (nota bene był to DJ w jednym z klubów, w którym organizowano imprezy dla Erasmusów). Dotarcie do kolejnego, który specyfiki te sprzedawał w ilościach hurtowych trwało dwa tygodnie. Moje pytanie zatem brzmi: jak bardzo skorumpowana musi być policja, skoro przeciętnemu Erasmusowi znalezienie trawki zajmuje kilkanaście dni, a policja walczy z narkotykami od lat i wciąż nie może namierzyć źródła dystrybucji? Chciałbym również dodać, że miejsce sprzedaży zlokalizowane było przy jednym z głównych placów w Atenach, sprzedawca zawsze stał w tym samym miejscu, a w momencie, kiedy zapasy się kończyły i musiał uzupełnić braki jadąc po nie skuterem z workiem na siano, tworzyły się kilkunastoosobowe kolejki jak w sklepie spożywczym.

Za hajs uczelni baluj

Jak wszyscy wiemy, najprzyjemniejszą z papierkowej części Erasmusa jest otrzymanie stypendium, które ma nam pomóc w przeżyciu na obczyźnie. Z przykrością stwierdzam jednak, że owa kwota starczyć może jedynie na kultowe już waciki. Mimo, iż jednorazowy przelew w wysokości kilku tysięcy złotych robił wrażenie, był to zaledwie wierzchołek góry lodowej wydatków, z którymi przyszło mi się borykać. Głównymi celami wyjazdów zagranicznych są podróże i chęć poznania innej kultury. Żadna z tych kwestii do tanich nie należy. Nikt nie decyduje się na półroczny wyjazd do obcego kraju, by siedzieć w mieszkaniu i oglądać każdą złotówkę dwa razy. Wydanie szkolnej zapomogi zajęło mi 23 dni. Dysproporcje w wydatkach spowodowane są inną walutą – każdy Polak wciąż podświadomie będzie przeliczał ceny na złotówki i za każdym razem dochodził do wniosku, że wszystko jest cztery razy droższe. Dla porównania, studenci z Holandii dostawali ok. 350 euro miesięcznie, mój znajomy z Bośni dostawał równe 1100 euro miesięcznie. Ja 280. Jak żyć? Oczywiście nie można mieć żadnej pretensji co do wysokości przyznanej kwoty, ale osoby zainteresowane wyjazdem na Erasmusa w najbliższej przyszłości uprzedzam, że ze stypendium wyżyć się praktycznie nie da. Wydaje mi się jednak, że bariera finansowa powinna być ostatnim problemem, który zmusi nas do rezygnacji, bo taka okazja nie zdarza się na co dzień, a nie ma nic gorszego, niż złość po niewykorzystanych możliwościach.

Niedługo wracam do Polski i nie żałuję – tęsknie za tym krajem, za Warszawą. Jednak z czystym sumieniem mogę powiedzieć, że czas spędzony na wymianie kwalifikuje się do najlepszych okresów mojego życia i że jest to coś, o czym w przyszłości będę opowiadał wnukom. Powyższy tekst dedykuję moim rodzicom.

Autor: Filip Krawczyński

Student Szkoły Głównej Handlowej w Warszawie.

omentarzy

  1. Uśmiałam się nieźle czytając Twój artykuł, fakt, wszystko co napisałeś to prawda, a każdy moment (nawet te strajki) był niezapomnianą przygodą. Dla tych jednak, którzy nic nie wiedzą o Grecji, żeby nie przestraszyły ich opisane przez Ciebie sytuacje – sami Grecy są najbardziej przyjaznymi i ciepłymi osobami jakie do tej pory poznałam, a znając jeszcze kilka podstawowych słów w ich języku, można szybko podbić ich serca. Plus, Grecja jest tak pięknym krajem z tak zadziwiającą pogodą, że Erasmus tam, to było najlepsze co mogło mnie spotkać. :)
    xx

  2. Ja poczytalam raporty przed wyborem Erasmusa i z nich jednoznacznie wynikało ze Grecja to nie najlepszy wybór. Dlatego polecam przed wyborem czegokolwiek w życiu robić sobie excela i ranking:)

Dodaj komentarz

Wymagane pola oznaczone są *.