FB Twitter

Duma czy wstyd?

| 0 komentarzy

Choć dla jednych dochodzenie dawno się skończyło, a dla innych trwa nadal i będzie trwało długo, to obecnie najważniejszy jest festiwal polskości ? i tej „prawdziwej” i tej „gombrowiczowskiej”. Pomiędzy tymi seansami pozostanie większość Polaków, zmęczonych wszystkim tym, co wywodzi się z absurdu i w nim najpewniej pozostanie.

Przyczyna katastrofy jest o tyle nieważna, że „kto ma wiedzieć, ten wie”. Jedni są przekonani do pewnej dozy racjonalizmu, splotu różnych, smutnych i przygnębiających okoliczności, które doprowadziły do wypadku. Inni widzą w tym cudzy palec ? i nie jest to palec Boży (chociaż w pewien sposób można to tak odbierać). Ci, którzy ? cytując za Asnykiem ? lubią „pieścić się boleścią” wiedzą, że „ruscy/kacapy” przynajmniej od 1610 roku mają poważny interes w tym, aby Polaków zgnębić. Wszak nieprzypadkowo są naszym największym wrogiem, który próbuje uniemożliwić nam misję jaką mamy do wykonania jako Chrystus Narodów (dlaczego nie Winkelried?). A gdy urzędujący prezydent, któremu sondaże nie dawały szans na reelekcję, który wreszcie był prezydentem marnym, pogroził Rosjanom, to oni mu tego nie darowali. Nic to, że dawno i niespecjalnie się wówczas przejęli. Oni nie zapominają.

Miłośnicy polskości ? la Gombrowicz, którzy z twórcą „Ferdydurke” mają tyle wspólnego, że wiedzą, że był, a w najlepszym wypadku zetknęli się z ową lekturą i „Transatlantykiem”, wierzą, że był to zwykły wypadek spowodowany masą charakterystycznych dla Polaków przywar i niechlujstwem. Zdarzyło się i tyle. Że zginął prezydent, generałowie i marszałkowie? Ludzie jak ludzie, wypadek jak każdy inny. Nie widzą oni żadnych powodów, by Polska miała kiedykolwiek spełniać rolę mocarstwową, czy nawet pretendować do niej. Inni mogli do takiej pozycji dojść ciężką pracą, my nie możemy ? takie jest nasze polskie przeznaczenie. Nic to, że my walczymy, a inni marnotrawią to co mają. Oni mogą, my nie – i tyle.

Z dziada pradziada patrioci, od wieków reprezentanci szlacheckiego stanu, chyba opacznie rozumiejący słowa Stanisława Stadnickiego „lepiej nie żyć, niż szlachcicem nie być” (przez co w ich wizji jakieś 3/4 narodu to potomkowie rycerzy spod Cedyni i Grunwaldu), cierpią na kompleksy. Chcieliby ? i chyba słusznie ? żeby Polska była wielka, potężna, szanowana na scenie międzynarodowej. Czyż nie była niegdyś najpotężniejszym państwem w świecie, który ograniczał się do granic Europy? Czyż nie była wielka od morza do morza? Czyż nie była ośrodkiem szlachetności i rycerstwa, przedmurzem chrześcijaństwa, które zawistni wrogowie podstępnie rozebrali? Była. Ponad 3 wieki temu, a od tej pory i Polska się zmieniła i świat się zmienił ? chciałoby się zauważyć.

Europejczycy z wyboru, obywatele świata, nowocześni, młodzi, piękni i wykształceni łączą się z prawdziwymi patriotami w tym, że również cierpią na kompleksy. Bo niby dlaczego ta Polska ma być taka konserwatywna, zacofana, gdzie rząd nad duszami sprawuje Kościół katolicki? Dlaczego nie może być jak Włochy czy Hiszpania (z litości serca nie wspomnę o Grecji), gdzie wszystko płynie spokojnie i powoli, ludzie są radośni, a kraje wysoko rozwinięte? Bądźmy zatem nowocześni, nośmy się modnie i czerpmy z zachodnich klubów, kawiarni i myśli jak najwięcej, odrzucając martyrologiczne cierpiętnictwo. Będziemy zachodni, będziemy Europejczykami ? będziemy czymś więcej niż tylko Polakami, co w końcu znaczy tyle co nic. Ot, kwestia urodzenia.

Pozostaje tylko zapytać, czy wszystkie historie o „Polaczkach” na wakacjach, wszystkie opowieści o polskim pijaństwie, czy wzajemnej polskiej wrogości do samych siebie za granicą ? jesteśmy chyba jedynym narodem, który woli trzymać się z dala od swoich ? są udziałem tylko jednej z tych grup? Z pewnością to nieprawda, bo jedni chcą pokazać, że nawet w innym kraju są panami, natomiast drudzy chcą udowodnić kolegom z innego państwa, że przecież są inni niż ich rodacy. A kim są jedni i drudzy tak naprawdę? Kim jest człowiek, który chciałby być kimś, kim nie jest?

Utożsamiam się z tą zmęczoną grupą, która ma niekiedy zdecydowanie dość jednych i drugich. Dla jednych wstydzimy się polskości, wypieramy się Boga i tradycji, jesteśmy politycznie poprawni i stanowimy najgorszą masę miałkich ideowo. Dla drugich jesteśmy „Polaczkami”, którzy chcieliby przyznać się do tego, choć wstydzą się, że tu wyrośli i się wychowali, a z drugiej strony odczuwają pewną niechęć do bycia „człowiekiem zachodnim”. Według jednych za mało w nas patriotyzmu, według innych za mało chęci modernizacji, bycia nowoczesnym. A może po prostu za dużo w nas cech jednych i drugich?

Spłycam, rzecz jasna. Trywializuję, sprowadzając obie postawy do banałów. Są one oczywiście o wiele bardziej skomplikowane, niż to przedstawiłem. Nie o dogłębną analizę tutaj jednak chodzi. Faktem jest, że jesteśmy narodem zakompleksionym. Przez nieudaną historię, przez szarzyznę PRL-u, przez brak pieniędzy i tym podobne. W kontekście Smoleńska dość mocno się to objawiło. Niemniej jednak, większość ludzi ma dość obu postaw ? symbolizowanych zarówno przez „namiot” z Krakowskiego Przedmieścia, jak i krzyż z puszek piwa „Lech”. Jedni są nad wyraz dumni, prawdziwi, patriotyczni, świadomi. Inni są otwarci bardziej niż reszta, obyci, oczytani, nowocześni. A kim jesteśmy my, reszta?

Skąd w ogóle to dążenie do jaskrawości? Bycia „jak najmocniej” Polakiem lub bycia „jak najmniej” Polakiem? Czy jako Polak mam się czego wstydzić? Pewnie, jest wiele rzeczy, które należałoby zmienić, wiele sytuacji, gdy najlepiej byłoby zapaść się pod ziemię. Ale czy można się przed tym schować? Z drugiej strony, czy mam z czego być dumnym? Odpowiedź jest jak najbardziej pozytywna i nie chodzi tu wyłącznie o historię. W tej sytuacji najbardziej wskazany byłby najpewniej arystotelesowski złoty środek, ale czy jest możliwy dla ludzi, którzy nie mają pewności kim są?

Jeśli jestem dumnym Polakiem i patriotą ? jestem zwolennikiem koncepcji zamachu na prezydenta. Jeśli uważam się za obywatela świata i miłośnika obcych kultur ? jestem kosmopolitą (w tym znaczeniu jako obelga), lecz jednocześnie jestem nowoczesny (a może postmodernistyczny?). Jedni i drudzy wymagają od nas samookreślenia, oczywiście w czarno-białych barwach. Jeśli nie, oni sami wyznaczą do jakiego kręgu powinienem należeć. I to chyba jedyny taki przypadek, że zdecydowanie lepiej byłoby mieć wór kompleksów i katalizować je w któryś z podanych sposobów. Identyfikacja z jedną z grup pozwoliłaby nam poczuć się wśród nich jak u siebie. A tak sami nie wiemy, gdzie i kim jesteśmy, choć jest nas przerażająca większość.

fot. Patryk Korzeniecki, na licencji CC-BY-SA-3.0

Autor: Juliusz Skibicki

Student nauk politycznych (I rok studiów magisterskich) i makrokierunku samorząd terytorialny i polityka regionalna (II rok studiów licencjackich).

Dodaj komentarz

Wymagane pola oznaczone są *.